Deja vu po polsku. Czyli jak Europa urządza nam komunę w garniturze od Armaniego?
Tak sobie właśnie uświadomiłem, że coraz częściej łapię się na tym, że mówię coś w stylu: „a nie mówiłem?”, „kiedyś było inaczej”, „to już przecież było”. Najgorsze jest jednak to, że dziś coraz częściej dochodzę do jeszcze bardziej gorzkiego wniosku, że kiedyś było źle, a dziś jest „prawie tak samo”, tylko opakowanie zmieniono na bardziej błyszczące. Dawniej siermiężny beton, dziś powerpoint, konferencja klimatyczna i uśmiechnięty politykier w drogim garniturze. Mechanizm jednak pozostał natomiast identyczny.
Powody tego mojego przywoływania przyszłości mogą być dwa. Ten mniej przyjemny jest taki, że zwyczajnie się starzeję. Człowiek po pięćdziesiątce zaczyna podobno gadać o przeszłości częściej niż o przyszłości, zaczyna porównywać, analizować, wyciągać z pamięci obrazy, które młodszym wydają się prehistorią, ale jest też powód drugi i ten akurat cieszy mnie bardziej. Przeżyłem tyle, widziałem wiele, nasiąknąłem doświadczeniem do tego stopnia, że mogę dziś bez fałszywej skromności powiedzieć: ku*wa, znam się na wielu kwestiach, szczególnie politycznych.
Tak, to słowo było potrzebne. Nie dlatego, żeby epatować wulgarnością jak jakiś internetowy krzykacz, ale dlatego, że czasem tylko ono oddaje ciężar emocji. Zresztą, nie udawajmy świętoszków. „Ku*wa” siedzi w polskim języku od pokoleń. Dawniej oznaczała koguta, później kobietę lekkich obyczajów, a dziś jest naszym narodowym przecinkiem, wentylem bezpieczeństwa i językowym odpowiednikiem uderzenia pięścią w stół. Są momenty, kiedy człowiek nie powie „jestem zirytowany”, bo to brzmi jak notatka urzędnika z gminy, ale są też chwile, kiedy trzeba powiedzieć: „ku*wa mać, coś tu poszło bardzo źle”.
I właśnie tak się dziś czuję.
Mam prawie 54 lata, urodziłem się w Polsce w czasach, kiedy komunizm miał się jeszcze świetnie, czyli znam go nie z książek, nie z seriali stylizowanych na PRL, gdzie wszystko pachnie oranżadą i sentymentem do meblościanki. Ja pamiętam prawdziwy komunizm. Pamiętam ten zapach beznadziei, który wisiał nad krajem jak ciężka mgła. Pamiętam ludzi zmęczonych jeszcze zanim zaczęli dzień. Pamiętam propagandę sączącą się z telewizora, jakby była obowiązkową kroplówką dla społeczeństwa. Pamiętam państwo, które uważało obywatela za swoją własność. I wiecie co? Ku*wa, mam dziś deja vu.
Nie, nie ma pustych półek. Jeszcze nie. Nie ma kartek na mięso i kolejek po papier toaletowy, ale wrócił ten sam duch. Wróciła mentalność. Zamordyzm wrócił. To obrzydliwe przekonanie tak zwanych elit, że obywatel jest zbyt głupi, żeby sam decydować o swoim życiu. Że trzeba go prowadzić za rękę, kontrolować, regulować, karać, straszyć i tresować.
Dziś robi się to trochę subtelniej niż za komuny. Tamten system walił pałą przez plecy, a dzisiejszy działa bardziej jak korporacyjny psycholog. Uśmiecha się, mówi o bezpieczeństwie, odpowiedzialności społecznej, zielonej transformacji i europejskich wartościach, ale finał jest identyczny: masz siedzieć cicho i robić to, co ci każą. Kiedyś partia mówiła, ile masz produkować. Dziś urzędnik z Brukseli mówi, ile krowa dać ma mleka, czym masz palić w piecu, czym masz jeździć, co masz jeść i jak masz myśleć. Kiedyś w prasie, radiu i telewizji była cenzura, a dziś tę samą nazywa się „walką z dezinformacją”. Kiedyś obywatela kontrolował lokalny sekretarz partii. Dziś robią to algorytmy, banki, korporacje technologiczne i unijni komisarze, których nikt normalny nawet nie potrafi wymienić z nazwiska.
To jest właśnie największy przekręt współczesnego europejskiego systemu. Dawny komunizm przynajmniej nie udawał, że jest wolnością. Dzisiejszy autorytaryzm przychodzi w opakowaniu z napisem „postęp”. Masz być szczęśliwy, że ograniczają ci życie, bo przecież robią to dla planety i przyszłych pokoleń. Masz się cieszyć, że płacisz coraz więcej, bo przecież ratujesz klimat. Masz zaakceptować inwigilację, bo przecież chodzi o bezpieczeństwo. A ja mam w d*pie to wszystko, ja chcę żyć normalnie, nie chcę myśleć, że złodziejaszek rypidełko – taki robak, blokuje budowę obwodnicy.
To jest ten sam komunistyczny mechanizm, tylko ubrany w lepszy marketing.
Unia Europejska miała być projektem współpracy narodów. Wielkim pokojowym przedsięwzięciem po katastrofach XX wieku i przez moment rzeczywiście dawała nadzieję. Kiedy Polska wchodziła do UE, wielu ludzi wierzyło, że oto kończy się epoka biedy, kompleksów i bycia Europą drugiej kategorii. Miały być możliwości, rozwój, swoboda, wolność gospodarcza i otwarty świat. Przez chwilę rzeczywiście to działało, ale potem ten projekt zaczął mutować. Jak każdy wielki biurokratyczny organizm zaczął pożerać samego siebie. Rozrastał się, produkował coraz więcej przepisów, coraz więcej urzędników, coraz więcej ideologii. Aż w końcu doszedł do punktu, w którym obywatel przestał być partnerem, a stał się problemem do zarządzania.
Dziś Bruksela przypomina późny Związek Radziecki. Elity żyją w swojej bańce, odklejone od rzeczywistości zwykłych ludzi, a kiedy rolnik protestuje, nazywa się go ekstremistą. Przedsiębiorca bankrutuje przez regulacje, nie umiał się dostosować. Społeczeństwa nie chcą masowej migracji, trzeba je reedukować – społeczeństwo, nie zaś migrację. Natomiast ktoś, kto krytykuje politykę klimatyczną to z kolei „populista”, „ruska narracja”, „wróg europejskich wartości”. W takim przypadku to już nawet nie jest pycha, a bardziej polityczne szaleństwo.
Najbardziej groteskowe jest jednak w tym wszystkim to, że współczesna Europa jednocześnie mówi o tolerancji i nienawidzi każdego, kto myśli inaczej. Możesz być kim chcesz, pod warunkiem, że powtarzasz właściwe hasła. Możesz mieć dowolne poglądy, o ile są zatwierdzone przez medialno-polityczny mainstream. To nie jest wolność. To ideologiczny leasing. Dlatego właśnie coraz częściej mówię, że w Unii Europejskiej mamy komunizm. Nie ten stary, toporny, z sierpem i młotem. Mamy jego nowoczesną wersję, cyfrową, klimatyczną i korporacyjną. Komunizm z mobilną aplikacją. Komunizm, który nie zabiera ci wszystkiego od razu, jak odbieranie rolnikom ziemi, którą wcześniej dostali na własność. Ten unijny komunizm robi to etapami. Dla twojego dobra. Dla bezpieczeństwa. Dla przyszłości dzieci. Zawsze dla czegoś wzniosłego.
Historia pokazuje jednak pewną prawdę, że każde państwo, każdy system i każda ideologia, która zaczyna ograniczać wolność jednostki „dla wyższego celu”, kończy dokładnie tak samo. Kontrolą. Strachem. Cenzurą. Pogardą wobec zwykłych ludzi.
Ironiczne jest też to, że Europa, która kiedyś była symbolem cywilizacyjnej siły, dziś wygląda jak zmęczony starzec próbujący pouczać świat, podczas gdy sam ledwo stoi na nogach. Gospodarczo zaczynamy przegrywać z Ameryką i Azją. Energetycznie sami sobie związaliśmy ręce. Demograficznie Europa się zwija. Kulturowo coraz bardziej przypomina człowieka, który wstydzi się własnej historii. A przecież niegdyś, to właśnie Europa stworzyła fundamenty nowoczesnej cywilizacji. To tutaj rodziła się filozofia, nauka, sztuka, wielkie idee wolności. Dziś natomiast mamy kontynent, który bardziej wierzy w formularze niż w ludzi. Dlatego coraz więcej obywateli ma dość.
Nie chodzi już nawet o politykę, bo o zwykłe ludzkie zmęczenie byciem nieustannie pouczanym. Człowiek chce normalnie żyć, pracować, wychowywać dzieci i mieć święty spokój. Tymczasem współczesne państwa i ponadnarodowe struktury włażą ludziom do życia z butami. W każdy aspekt. W każdy wybór. W każdą decyzję. To rodzi bunt i ten bunt będzie narastał. Nie dlatego, że ludzie stali się radykalni. Wręcz przeciwnie. To system radykalizuje zwykłych obywateli. Im mocniej elity będą próbowały dociskać społeczeństwa, tym mocniejsze będzie odbicie. Tak to działa, zawsze tak działało.
Czy chcę upadku Unii Europejskiej? W tej formule – tak. Z całą pewnością tak, bo jeśli projekt współpracy zamienia się w projekt centralizacji i kontroli, to znaczy, że przestał służyć ludziom. Jeśli biurokracja zaczyna dominować nad demokracją, to system wymaga albo głębokiej reformy, albo rozpadu. Nie ma trzeciej drogi. Reasumując, albo więc Europa wróci do korzeni, do wolności narodów, gospodarczej swobody i szacunku dla obywatela albo rozsypie się pod ciężarem własnej pychy. Imperia zawsze upadają, co wielokrotnie już mówiłem, dokładnie wtedy, kiedy uwierzą, że są nieomylne, a Bruksela właśnie jest na tym etapie.
Dlatego z nadzieją patrzę na inicjatywy takie jak Trójmorze, bo może właśnie Europa Środkowa jeszcze pamięta coś, o czym zachodnie elity już zapomniały. My pamiętamy komunizm naprawdę. Nie z Netflixa. Nie z akademickich debat. My pamiętamy, wielu z nas, jak wygląda system, który mówi ludziom, co mają robić, myśleć i mówić. Może właśnie dlatego mamy dziś większą odporność na nową wersję starego zniewolenia. Może za kilka lat okaże się, że to nie Polska będzie goniła „starą Unię”, ale że to Zachód zacznie zazdrośnie patrzeć na nas. Na region, który mimo wszystkich wad zachował jeszcze instynkt wolności. Bo wolność nie rodzi się w luksusie. Wolność rodzi się tam, gdzie ludzie wiedzą, jak smakuje jej brak.
A ja? Ja już chyba pogodziłem się z tym, że coraz częściej będę mówił: „a nie mówiłem?”. I chciałbym się mylić, naprawdę, bo człowiek nie chce mieć racji w sprawach, które pachną nadchodzącym kryzysem. Jednak gdy patrzę na Europę, na tę coraz bardziej rozwrzeszczaną ideologię, na pogardę wobec zwykłych ludzi i obsesję kontroli, to czuję dokładnie ten sam chłód, który pamiętam z dzieciństwa i niepełnej dorosłości. Ten chłód systemu, który uważa, że obywatel istnieje dla państwa, a nie odwrotnie. A od tego zawsze zaczyna się coś bardzo niedobrego.
Wyciągnę więc stare, zakurzone i do niedawna zapomniane hasło: Precz z komuną, ale tym razem, europejską komuną.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
