Kryzys mieszkaniowy może zabić irlandzki w jego własnej twierdzy
Siedziba irlandzkiego parlamentu zwykle widzi polityczne przepychanki, konferencje prasowe i poważne miny, ale we wtorek zobaczyła coś fundamentalnego, czyli ludzi, którzy twierdzą, że bez dachu nad głową ich język umrze.
Przed budynkami Oireachtas zebrała się koalicja grup walczących o przyszłość obszarów Gaeltacht – regionów, gdzie irlandzki nie jest szkolnym dodatkiem, lecz żywą mową ulicy, kuchni i pubu. Ich teza jest prosta jak wiejska droga na Connemarze i jeśli młodzi nie mogą tu mieszkać, to nie będą tu mówić po irlandzku. A jeśli nie będą mówić – język uschnie. 25-latek z Connemary w hrabstwie Galway Domhnall Ó Braonáin mówi, że ludzie wyjeżdżają, bo nie stać ich na dom. Sam mieszka z rodzicami i nie widzi dla siebie realnej szansy na własne cztery ściany. Nie mają ziemi, a nawet gdyby mieli, uzyskanie pozwolenia na budowę graniczy z cudem. Kupno jest zbyt drogie, a najem… „Nie ma na to szans”.
W jego miejsce wprowadzają się ci, których stać, często spoza Gaeltacht, a efekt jest taki, że coraz mniej osób w okolicy mówi po irlandzku. „Nadejdzie dzień, gdy w Gaeltacht nie będzie wielu, jeśli w ogóle, osób mówiących po irlandzku” – ostrzega, a to, w jego ocenie, będzie oznaczało śmierć języka. Jeśli młodzi wyjeżdżają do Dublina, Londynu czy Sydney, a ich domy stają się wakacyjną inwestycją, ciągłość pęka – mówią inni.
Jednym z organizatorów protestu był John Prendergast, który wskazał na coś, co brzmi jak ponury żart naszych czasów, bo w West Kerry i okolicach Dingle dostępnych jest 112 miejsc noclegowych na Airbnb, a na Daft.ie ani jednego ogłoszenia o najmie. Tempo wzrostu liczby mieszkań na Airbnb w regionach irlandzkojęzycznych ma być dwukrotnie wyższe od średniej krajowej w ciągu ostatnich sześciu lat, co wynika z danych krajowych.
Protest odbył się w ramach Seachtain na Gaeilge – ogólnokrajowej inicjatywy promującej używanie języka irlandzkiego, która trwać będzie aż do Dnia Świętego Patryka. Setki wydarzeń, od dyskusji po koncerty i tańce. Ironia losu polega na tym, że w tym samym czasie, gdy świętuje się język, jego środowisko naturalne może się kurczyć.
Grupa Tinteán wspierana m.in. przez Conradh na Gaeilge oraz BANÚ z Connemara Gaeltacht przedstawiła cztery główne postulaty. Chcą, by Údarás na Gaeltachta otrzymał kompetencje mieszkaniowe. Domagają się natychmiastowej publikacji wytycznych mieszkaniowo-planistycznych obiecanych jeszcze w 2021 roku. Oczekują strategii mieszkaniowej i demograficznej dla każdego obszaru Gaeltacht oraz przywrócenia dotacji dla osób irlandzkojęzycznych, które chcą budować lub remontować dom w swoim regionie.
Co istotne, to nie są rewolucyjne hasła, bo raczej prośba o narzędzia, by lokalne społeczności mogły przetrwać.
Na proteście obecna była także posłanka Fianna Fáil z Kildare North Naoise Ó Cearúil i powiedziała, że wytyczne dotyczące mieszkań w Gaeltacht mają zostać wydane w pierwszej połowie 2027 roku, a od kwietnia komisja ds. języka irlandzkiego zajmie się „tą konkretną kwestią”. Wskazała, że Gaeltacht nie można traktować jak „kolejnych odległych terenów wiejskich”, lecz jako obszary o odrębnym dziedzictwie, które wymagają szczególnej ochrony – zwłaszcza dla młodych.
Padł też konkretny postulat, więc wyjątki w prawie planistycznym dla osób biegle mówiących po irlandzku i pochodzących z danego regionu, tak by mogły budować domy u siebie.
Sprawa jest prosta, więc mówi się, że język to nie muzeum i nie wystarczy uczyć go w szkole ani celebrować raz w roku. Musi mieć swój krajobraz, swoje podwórko, swój sklep i swoją codzienność. Jeśli Gaeltacht stanie się miejscem drugich domów i sezonowych najemców, irlandzki może zostać zredukowany do symbolu na drogowskazie.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Kate Bezzubets on Unsplash
