Nadchodzi fala drożyzny? Eksperci z Irlandii ostrzegają, że wzrosty cen mogą być potężne
To nie jest abstrakcyjna rozgrywka na mapie świata, to nie jest też akademicka debata o wpływach i strefach kontroli, bo jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie wejdzie w jeszcze ostrzejszą fazę, Irlandię może czekać drożyzna, jakiej nie widziała od lat, Ceny będą rosnąć tempie, które zaboli szybciej, niż zdążymy przywyknąć do nowych nagłówków.
Ropa już zareagowała i notowania ropy Brent podskoczyły w ostatnich dniach, choć wczoraj wieczorem widać było chwilową stabilizację, a baryłka zatrzymała się na poziomie nieco powyżej 77 dolarów. Stabilizacja nie oznacza jednak bezpieczeństwa, bo to raczej krótka pauza przed kolejnymi skokami. Eksperci ostrzegają, że ataki USA i Izraela na Iran mogą wywołać gwałtowną reakcję rynków. W skrajnym scenariuszu cena litra paliwa na stacjach paliwowych w Irlandii mogłaby wzrosnąć nawet o 70 centów. To nie oznacza kosmetyki, a zmianę, która dla wielu gospodarstw domowych oznacza realny cios w budżet.
Jeszcze poważniej wygląda perspektywa energii elektrycznej. Wzrost kosztów produkcji i importu surowców może przełożyć się na podwyżki rachunków za prąd przekraczające 60 procent. Do tego dojdzie gaz i olej opałowy, czyli krótko mówiąc – drożej będzie na stacji, drożej w domu, drożej w sklepach.
Irlandia, choć coraz mocniej inwestuje w odnawialne źródła energii, wciąż jest zależna od importu paliw kopalnych. Globalny rynek ropy i gazu działa jak w oparciu o dostawy z Bliskiego Wschodu, więc jeżeli w kluczowym regionie dochodzi do eskalacji, fala uderzeniowa przechodzi przez giełdy w Londynie, Rotterdamie i Nowym Jorku, by ostatecznie zatrzymać się na paragonie w Cork lub Galway. Bliski Wschód to jeden z najważniejszych węzłów energetycznych globu i każde zagrożenie dla transportu ropy, czy to przez cieśniny, czy przez infrastrukturę – podnosi ryzyko podwyżek cen. Rynki finansowe nie czekają na fakty dokonane, bo wystarczy obawa przed zakłóceniem dostaw, by ceny zaczęły rosnąć w sposób niekontrolowany.
Na razie poziom 77 dolarów za baryłkę Brent nie jest historycznym rekordem. Problem polega na tym, że to punkt wyjścia i jeśli konflikt przybierze na sile, inwestorzy zaczną wyceniać scenariusze znacznie poważniejsze niż chwilowe napięcie. Wtedy 77 dolarów może okazać się wspomnieniem „spokojnych czasów”.
Wzrost cen paliw przełoży się natomiast na koszty dojazdu do pracy, ale droższy transport oznacza też wyższe ceny żywności i towarów przemysłowych. Wyższe rachunki za energię podnoszą koszty działalności przedsiębiorstw, więc inflacja, która dopiero niedawno zaczęła hamować, może ponownie przyspieszyć. To dlatego ostrzeżenia kierowane do konsumentów są tak jednoznaczne, iż należy przygotować się na podwyżki benzyny, oleju napędowego, energii elektrycznej, gazu i oleju opałowego. W czasach względnej stabilizacji łatwo uznać takie scenariusze za przesadę.
Wczorajsze wyhamowanie wzrostu cen ropy daje chwilę oddechu, ale to oddech warunkowy. Jeśli działania militarne rozszerzą się na inne państwa Zatoki Perskiej, a Iran odpowie w sposób, który zagrozi szlakom transportowym lub infrastrukturze energetycznej, rynki zareagują natychmiast.
Irlandia, co ważne, nie ma żadnego wpływu na dynamikę konfliktu, ale ma jednak pełną ekspozycję na jego skutki ekonomiczne. W świecie globalnych łańcuchów dostaw odległość geograficzna przestała być tarczą ochronną i drożyzna, która przychodziła kiedyś stopniowo, w tym przypadku będzie mogła być raczej porównana do wybuchu, bo będzie skokowa, o ile nadejdzie.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Jakub Żerdzicki on Unsplash
