Europa, czyli środek świata. Reszta to przypisy drobnym drukiem
Jakże ciekawą lekturą są tytuły prasowe, te wszystkie krzyczące nagłówki wywieszone w mediach społecznościowych niczym afisze cyrkowe, które mają jedno zadanie, więc zwabić czytelnika do środka, obiecać sensację, dramat, przełom albo przynajmniej koniec świata w wersji light. Z tych tytułów wynika bowiem, że Unia Europejska, a często też sama Polska, jest krainą miodem i mlekiem płynącą, Edenem w brukselskiej wersji, rajem regulowanym dyrektywą i zasilanym funduszem strukturalnym. Może i jest, co mi do tego, a w końcu to nawet powinno mnie cieszyć. Człowiek lubi żyć w raju, nawet jeśli ten raj przypomina blok z wielkiej płyty, tylko z certyfikatem energooszczędności.
Jednak za chwilę pojawia się mały zgrzyt, taki niepozorny, jak kamyk w bucie. Niby drobiazg, a jednak iść się nie da.
Chodzi o rozwinięcie, niewielkie, bo całych tekstów nie czytam. Nie dlatego, że nie potrafię się na nich skupić albo że mnie litery męczą. Po prostu szkoda czasu, bo albo w pierwszym zdaniu powiedziane jest wszystko, albo w ostatnim. Reszta to wata, wypełniacz, literacka styropianowa kulka, żeby tekst wyglądał na dłuższy, solidniejszy, niż jest w rzeczywistości. Dlatego ograniczam czas spędzony w internecie i skupiam się na clou, na mięsie, na tym, co naprawdę autor chciał powiedzieć, zanim redaktor naczelny kazał mu dopisać jeszcze trzy akapity podkreślające dramatyzm chwili.
Jest jeszcze ciekawsza rzecz z tym moim śledzeniem mediów. Część z nich, i to wcale niemała, a nawet te najważniejsze, tzw. opiniotwórcze, kształtujące debatę publiczną, nie ma już zaszczytu pojawiać się w zestawie obserwowanych przeze mnie kont. Zniknęły. Wyparowały. Klik – i nie ma. Cyfrowa gilotyna. Czym sobie na to zasłużyły? Głupimi tytułami. Takimi, które sugerują, że wydarzyło się coś strasznego, dramatycznego i przełomowego. Że świat właśnie się kończy albo przynajmniej kończy się demokracja, albo gospodarka, albo klimat, a po przeczytaniu relacji okazuje się, że to jednak tylko mokry kapiszon. Zamiast wystrzału mamy zapach siarki, a zamiast bomby – petardę kupioną na odpuście.
Są też media, które od dawna nie leżą w moim zainteresowaniu, albowiem poszły o krok za daleko – może nawet o dwa i stały się oficjalnymi tubami propagandowymi. Takimi bez wstydu, bez refleksji, bez mrugnięcia okiem. Owszem, każdy ma jakieś zdanie. Każdy ma poglądy. Każdy ma preferencje polityczne, więc mawiam od bardzo dawna, i nie zamierzam tego odwoływać, nie ma czegoś takiego jak obiektywizm, bo to mit. Ładny, ale jednak mit. Każdy człowiek patrzy na świat przez swoje okulary, a te zawsze mają jakieś szkła – czasem różowe, czasem przydymione, czasem tak krzywe, że świat wygląda jak w gabinecie luster.
Nie o tym jednak chciałem, a nawet nie do końca o mediach jako takich. Bardziej o tym, co z tych mediów się wyłania, gdy spojrzeć na nie zbiorczo, z dystansu, jak na mapę pogody, tylko zamiast chmur są narracje. Spoglądając bowiem na dzisiejsze europejskie media, które w ogromnej większości są we władaniu wielkich koncernów, holdingów, funduszy i innych bytów, które mają więcej prawników niż dziennikarzy, znalezienie porządnej i ważnej informacji graniczy z cudem. Jest za to mnóstwo wiadomości o ludzkich tragediach, o zaginionych i cudownie odnalezionych pieskach, o dramatach sąsiedzkich, o celebrytach, którzy powiedzieli coś głupiego albo nie powiedzieli nic, co też jest newsem.
Nawet pogoda potrafi wysunąć się na plan pierwszy, o ile tylko przedstawi się ją w odpowiednio dramatycznym tonie. Minus cztery stopnie. Opad śniegu. Alert. Ostrzeżenie. Groza. Ja byłbym bardziej zdziwiony, gdyby przy minus czterech padał deszcz, ale może jestem staroświecki. Uczyli mnie w szkole, że mróz wpływa na wodę i przenosi ją w stan stały. Widać dziś to już kontrowersyjna teza, wymagająca konsultacji z ekspertami i panelu dyskusyjnego.
Wracam jednak do tematu głównego, bo przecież idzie mi o coś większego. O tę całą rzekomą zapaść ekonomiczno-polityczną świata, który znajduje się za bramami Unii Europejskiej. Świata dzikiego, nieokiełznanego, świata bez europejskich norm, certyfikatów i rezolucji. Czytając nawet, wydawałoby się poważne wydawnictwa, jawią się nam tamte krainy jak wyspy biedy i niedostatku. Upadek największych gospodarek jest tak bliski, że właściwie już się wydarzył, tylko nikt im jeszcze nie powiedział. A co najciekawsze, na czele tej stawki zawsze stoją ci sami podejrzani: Chiny, Indie, Stany Zjednoczone i Japonia.
Gdyby tylko o tym wiedzieli. Gdyby przeczytali te artykuły. Myślę sobie czasem, że ich gospodarki padłyby na twarz po samej lekturze leadu, bo tak tam jest źle, tak dramatycznie, tak beznadziejnie, że jeszcze chwila, a będą prosić Brukselę o korepetycje z rozwoju.
Trafiłem ostatnio na tekst w poważnym piśmie. Naprawdę poważnym. Takim, które lubi pouczać innych, gdzie ów tekst głosił, że Chiny są na skraju załamania ekonomicznego. Dlaczego? Ponieważ tamtejsza partia rządząca, jedyna i wszechwładna, zadekretowała wzrost gospodarczy na poziomie 4,9 procent PKB. Dramat. Katastrofa. Upadek. Wcześniejsze prognozy mówiły przecież o pięciu, a nawet 5,1 procent. Tego nie da się obronić. Chińska cywilizacja chyli się ku upadkowi, skoro wzrost będzie o dwie dziesiąte punktu procentowego niższy od zakładanego.
Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych. Sektor po sektorze chyli się ku upadkowi. Przemysł ledwo zipie. Konsumpcja kona. Dług straszy. Owszem, można przyznać, że gospodarka USA ma swoje problemy, ale ma je każda, która jest duża, skomplikowana i żywa. Jednak dane mówią o wzroście. Twarde liczby, nie metafory. To niestety nie przekonuje komentatorów z Unii Europejskiej, którzy jęli na wyścigi pisać, że dno i trzy metry mułu najlepiej opisują ekonomiczny stan Ameryki. PKB w Stanach za ubiegły rok wyniosło 4,4 procent. Prognozy na ten rok mówią o 4,8–4,9 procent, ale to oczywiście detale. Liczby są przecież mało medialne, ponieważ nie krzyczą, nie straszą i się nie klikają.
Gdyby tylko Donald Trump o tym wiedział, pomyślałby sobie pewnie, że gdzieś popełnił błąd. Może nawet by się zadumał, może przestałby mówić to, co mówi, ale na szczęście europejscy komentatorzy czuwają i wiedzą lepiej.
Inaczej jest w samej Unii Europejskiej. Tu to dopiero mamy festiwal sukcesów. Wskaźniki szaleją. Wzrost jest niepohamowany. Kraje dyszą z radości. Przemysł działa jak dobrze naoliwiona maszyna. Branże kwitną. Strategie się realizują. Dokumenty są spójne. Wizje dalekosiężne. Agendy ambitne i nikt nie jest tego ku*wa w stanie tego zatrzymać.
Jest tylko jeden drobiazg. Firmy zwalniają pracowników. Masowo. Cicho, bez fanfar, ale konsekwentnie. Może to wpływ tego dobrobytu. Może już nawet pracować nie trzeba. Może sztuczna inteligencja tak skutecznie zastępuje w Europie człowieka, żeby się ten nie męczył, tylko siedział w domu i kontemplował wartości europejskie. Do tego politycy mówią, co to oni nie zrobili i czego jeszcze nie narobią, więc luksus nas otacza z każdej strony, aż strach się przyznać, że portfel jakiś taki lekki, prawie metafizyczny.
Są też dane za ubiegły rok. Ta stawiana przez usłużnych dziennikarzy za wzór do naśladowania Unia Europejska chwali się wzrostem gospodarczym na poziomie do 1,2 procent. Prognozy na ten rok są jeszcze lepsze, bo 1,3 procent, natomiast w domniemanej fazie przyspieszenia nawet 1,4%. Prawdziwy tygrys. Azjatycki, Irlandzki? Nie, europejski, może trochę ospały, ale dumny.
No to teraz tak szczerze. Do bólu. Z kogo robi się idiotów? Z samych siebie czy z ludzi, którzy to czytają? Bo jeśli świat poza Europą ma się walić przy czterech, pięciu procentach wzrostu, a Europa ma być wzorem przy jednym, to znaczy, że albo ktoś tu kompletnie stracił kontakt ze swoimi synapsami, albo liczy na to, że nikt już nie pamięta, jak wygląda elementarna arytmetyka.
Europa lubi opowieści o swojej wyjątkowości. O tym, że jest centrum cywilizacji, sumieniem świata, latarnią morską moralności. Problem w tym, że ta latarnia świeci coraz słabiej, a jednocześnie przekonuje wszystkich dookoła, że to inni mają zepsute oczy i prędzej czy później zostanie sama. A wtedy nawet najpiękniejszy nagłówek nie pomoże, bo ten medialno-polityczny układ i tak runie.
Bogdan Feręc
Photo by Markus Winkler on Unsplash
