Imperium w amoku, czyli Trump, Kanada i europejska bezradność
Polityka XXI wieku coraz rzadziej przypomina szachy, a coraz częściej grę w impulsy. Kto głośniej przedstawi swój punkt widzenia, kto szybciej walnie pięścią w stół, kto pierwszy się obrazi. W tym hałasie ginie natomiast to, co powinno być fundamentem, chłodna kalkulacja interesów. Kanada, o ironio, zachowała się w tej globalnej rozgrywce jak dorosły w pokoju pełnym dzieci.
Teraz spójrzmy na to z dystansu, gdy Kanada nie powiedziała, że „zdradzamy Zachód”, a „nie chcemy być wasalem”. To subtelna, ale fundamentalna różnica, bo gdy największy partner handlowy zaczyna traktować cię jak podwykonawcę bez prawa głosu, naturalnym odruchem jest szukanie alternatywy. Tak działa państwo, które chce przetrwać, a nie tylko dobrze wypaść na konferencji prasowej. Reakcja Donalda Trumpa była podręcznikowym przykładem polityki opartej na nerwowych ruchach politycznych i rozdętym ego. Sto procent ceł na wszystko. Nie precyzyjnie, nie sektorowo, nie negocjacyjnie. Hurtowo. Jakby ekonomia była kijem baseballowym, a nie siecią zależności. To jest myślenie rodem z X-a, nie z podręcznika geopolityki.
I tu pojawia się kluczowy wątek, czyli strach. Trump nie boi się Kanady, która finalizuje właśnie umowy z Chinami, a bardziej chyba obawia się precedensu, boi się, że ktoś pokaże, iż można żyć obok USA, a nie pod naciskiem USA. Boi się, że jeśli Kanada zrobi głęboki krok w stronę Chin, to inni zaczną się zastanawiać, dlaczego oni nie mogą. A w polityce międzynarodowej najgroźniejsza jest nie zdrada, tylko inspiracja.
Pamiętajmy jednak, że Chiński Smok nie jest demonem z bajki ani zbawcą świata, on jest graczem, który rozumie czas. Podczas gdy Zachód myśli w cyklach wyborczych, Pekin myśli w dekadach, bardzo daleko wybiegając w przyszłość. Inwestycje, infrastruktura, wpływy kulturowe, kontrola surowców, to nie są posunięcia spektakularne, ale konsekwentne i właśnie dlatego Trump zaczął reagować nerwowo. Dlaczego? Bo wie, że Ameryka przegrywa tam, gdzie nie da się zakrzyczeć nikogo sloganami albo zagrozić cłami.
Unia Europejska w tym wszystkim zachowuje się niestety jak arystokracja na balu, który już dawno przeniósł się do innej sali. Bruksela uwielbia mówić o wartościach, procedurach i konsensusie, ale kompletnie nie radzi sobie z brutalnością nowej epoki. Trump rozgrywa ją z tego powodu doskonale, bo wie równocześnie, że Europa bardziej niż on boi się Chin, ale bardziej obawia się konfliktu niż porażki.
Jednak mamy już teraz przykład Kanady, która pokazuje coś niezwykle ważnego dla Starego Kontynentu, iż wystarczy zasugerować alternatywę, by Waszyngton zaczął tracić nerwy. To jest karta przetargowa, której Unia Europejska jeszcze nawet nie próbuje użyć, jakby bała się własnego cienia. Tymczasem polityka to nie jest terapia grupowa, gdzie możesz, ale nie musisz nic mówić. Tu nie chodzi o to, żeby wszyscy się lubili, tylko żeby nikt nie został frajerem.
Wyobraźmy sobie, że Unia wykonuje kontrolowany blef, a nie ślub, nawet nie romans z Chinami, tylko demonstracyjne spogląda w ich stronę. Sygnalizuje, że jednak i my mamy opcję dodatkową. To prawdopodobnie wystarczyłoby, żeby Trump zaczął rozmawiać z nami inaczej, z większym szacunkiem, bo jedyne, czego prezydent USA tak naprawdę nie znosi, to utrata kontroli.
Oczywiście, taki manewr ma swoje koszty, które będą potencjalnie wysokie, gdyż Europa musiałaby zderzyć się z własną hipokryzją. Z jednej strony prawa człowieka, a z drugiej interesy, ale to zderzenie i tak prędzej lub później nas czeka. Jak widać to obecnie wyraźnie, świat nie pyta już, czy chcesz grać w brudną grę, tylko, czy umiesz grać mądrze. BRICS nie jest dla Zachodu alternatywą w zamian za USA, jest alternatywą strukturalną i właśnie dlatego jest to groźne, ale jednocześnie może stać się bardzo użyteczne. Europa nie musi rzucać się jak rozanielona panna w objęcia BRICS-u, bo wystarczy, że przestanie ignorować najważniejsze państwa tej z grupy. Polityka, co powie każdy znający ją choć trochę, iż to sztuka równowagi, a nie kaznodziejstwo, więc po takim zagraniu Waszyngton oszaleje z nerwów, a Trump może wówczas zacząć popełniać błędy.
Irlandia jest przy takim rozwoju sytuacji symbolem słabszych ogniw, bo to kraj, który skorzystał na amerykańskim kapitale, ale przez to stał się również od niego boleśnie zależny. Dla Dublina nagły konflikt transatlantycki byłby jak wyjęcie wtyczki z gniazdka, a to z kolei pokazuje, jak niebezpieczne jest opieranie przyszłości na jednym kierunku. Dywersyfikacja nie jest zdradą, jest ubezpieczeniem, o czym Dublin powinien cały czas pamiętać.
Na końcu wracamy do Donalda Trumpa – postaci dużego formatu, choć głośniejszej niż rozsądek, ale skuteczniejszej niż większość europejskich technokratów. Można go cenić za to, że rozbił skostniałe elity, można go lubić lub nie za bezczelność, ale nie można udawać, że jego polityka zagraniczna to arcydzieło strategii. To raczej zbiór różnych niezwiązanych ze sobą reakcji na bodźce, często bardzo osobistych, choć przyznać muszę, że w szerokiej skali łączących się ze sobą.
Jednak dlatego, że działania prezydenta USA pobocznie, ale uderzają w sojuszników, czasem nawet najsilniejszy gracz musi dostać strzał ostrzegawczy z symbolicznego liścia. Nie z nienawiści, bardziej takiego pedagogicznego, bo świat, w którym decyzje zapadają pod wpływem urażonej dumy, jest światem niebezpiecznym. Natomiast politycy, którzy tego nie rozumieją, nie są cyniczni, są po prostu tępi i właśnie to jest dziś największy problem Europy oraz świata.
Bogdan Feręc
Graf. Obraz wygenerowany przez AI
