Anatomia prawicowego paraliżu. Między rzymskim krzyżem a irlandzkim lustrem
Była już mowa o lewicy i centrum, o tych politycznych formacjach, które z niemal samobójczą pasją dokonują wizerunkowej autodestrukcji na oczach zdumionego elektoratu. Jednak uczciwość intelektualna i analityczny rygor nakazują, by dla zachowania elementarnej równowagi, skierować snop światła na drugą stronę barykady. Polska prawica, w całym swoim bogactwie i skomplikowaniu, ma bowiem za uszami nie mniej niż jej ideowi oponenci. Obserwując jej ostatnie poczynania, trudno uciec od niepokojącej analogii, że prawica stała się organizmem przypominającym współczesny Kościół katolicki w dobie głębokiego kryzysu instytucjonalnego. Traci wiernych nie dlatego, że jej dogmaty straciły na aktualności, ale dlatego, że stała się strukturą absolutnie niereformowalną, skostniałą w swojej hierarchiczności i niezdolną do odczytania znaków czasu.
Syndrom oblężonej twierdzy i rzymska metoda
Jeśli przyjrzymy się bliżej współczesnym ugrupowaniom prawicowym, dostrzeżemy w nich uderzające podobieństwo do tej formy eklezjalnej, która zaczęła uwierać nawet najbardziej gorliwych katolików. I żeby nie było niedomówień, nie mam tu na myśli „katoli” do szpiku kości, owych współczesnych krzyżowców, którzy z pianą na ustach gotowi są ruszać na bój o każdą literę prawa kanonicznego. Myślę o tych zwykłych, cichych wierzących – o ludziach, którzy wciąż odwiedzają swoje bóżnice w poszukiwaniu sensu i wspólnoty, a znajdują tam jedynie polityczny manifest ubrany w liturgiczne szaty.
Spójrzmy na prawą stronę sceny politycznej chłodnym okiem analityka. Każda formacja w tym segmencie posiada swoich radykalnych wyznawców, to ich twardy elektorat, „żelazne hufce”, które w warunkach europejskich gwarantują bezpieczną bazę od 5 do 25 procent poparcia. To kapitał, którego zazdrości im rozchwiane centrum. Niestety, co stanowi swoisty margines błędu wszystkich partii politycznych, liderzy prawicy uwielbiają obstawiać się „piątymi kolumnami” własnych radykałów. Efekt? Zabetonowanie struktur i utrzymywanie elektoratu w stanie permanentnego wrzenia. Strategia gry po bandzie może być kusząca dla liderów o silnym ego, ale jest niestety krótkowzroczna. Zapominają oni bowiem, że społeczeństwo składa się także z ludzi o delikatniejszej konstrukcji psychicznej i intelektualnej. To obywatele, którzy podzielają konserwatywne wartości, chcą suwerenności i tradycji, ale przede wszystkim pragną realnych wyników rządzenia, a nie nieustannego szarpania gardeł i jałowych sporów o interpretację przeszłości.
Mechanizm działania polskiej prawicy jest w tym względzie niemal podręcznikowy, więc im ostrzejsza retoryka, im częściej na piedestale dywagacji stawia się górnolotne słowa, im brutalniejsze są oceny przeciwników, tym, w ich mniemaniu, lepiej. Wszystko to odbywa się pod sztandarem konserwatyzmu, który w takim wydaniu staje się rodzajem świeckiej religii. Paradoks polega na tym, że choć chwalą się tym wyznaniem na prawo i lewo, ich codzienna praktyka polityczna coraz bardziej rozjeżdża się z literą i duchem Pisma, na które tak chętnie się powołują. Walka polityczna w wykonaniu prawicy przypomina dziwną, schizofreniczną ceremonię, bo dzień rozpoczynają modlitwą różańcową, by wieczorem ustawić krzyż i postępować wobec oponentów (a często i sojuszników) niczym Rzymianie z pierwszymi chrześcijanami. To droga, która może prowadzić do konsolidacji sekty, ale nigdy do budowy powszechnego poparcia. W ten sposób nie przeciągnie się na swoją stronę niezdecydowanych i wątpiących. Oni widzą ten fałsz i po prostu odchodzą.
Matematyka niemocy i sondażowy pat
Moja kolejna obserwacja dotyczy zjawiska szczególnie na prawicy jaskrawego, choć uczciwie trzeba przyznać, że ugrupowania lewicowe chorują na tę samą przypadłość, a to wyniszczające domowe wojenki. Weźmy na tapet modelowy rozkład sił, który coraz częściej wyłania się z badań opinii publicznej. Wyobraźmy sobie scenariusz (łudząco przypominający realia polskie czy irlandzkie), w którym ugrupowanie rządzące oscyluje wokół 30% poparcia, największa partia prawicowej opozycji trzyma 25%, a cała reszta, ów polityczny plankton w przedziwnej, prawicowo-liberalno-lewicowej mieszance, zagarnia 45%.
Z takiej arytmetyki płynie jeden wniosek, iż mamy do czynienia z systemowym patem, a to blokada, która nie pozwala nikomu ostatecznie przegrać, ale też nikomu nie daje mandatu do stworzenia stabilnego, rządu większościowego. Politycy doskonale widzą te liczby. Wiedzą też, że bez współpracy są skazani na trwanie w czyśćcu opozycji lub na bycie mniejszościowym zakładnikiem. Jednak, dla wielu z nich „honor” (czyt. partyjna pycha) jest ważniejszy niż pragmatyzm. Zamiast więc szukać porozumienia z partiami bliskimi ideowo, zamiast budować mosty na własnym podwórku, oni nie tylko „się żrą” z lewicą i liberałami, ale z zadziwiającą pasją kąsają swoich potencjalnych sojuszników. Ta droga prowadzi donikąd. To ślepa uliczka, z której należy zawrócić, póki czas.
Muszę tu uderzyć bezpośrednio w ugrupowanie, które w sztuce psucia dobrych okazji osiągnęło poziom mistrzowski, czyli w prostej linii mamy Prawo i Sprawiedliwość. To właśnie ta partia, będąc największą siłą opozycyjną, przyjęła metodę totalnej negacji wszystkiego, co nie wychodzi z ich ośrodka decyzyjnego. Jednak nawet pobieżna analiza sondaży wskazuje jasno, że ani PiS, ani Konfederacja, ani tym bardziej Konfederacja Korony Polskiej, nie będą w stanie samodzielnie sprawować władzy. Nawet jeśli ich notowania będą rosły, zawsze odbiją się od sufitu braku zdolności koalicyjnej.
Szansa w cieniu Koalicji i rola Karola Nawrockiego
Co interesujące, osobliwa sytuacja po stronie rządowej daje prawicy idealne warunki do kontrataku. Koalicja Obywatelska w swoim dążeniu do władzy postawiła wszystko na jedną kartę. Wykorzystała swoje atuty, a wchłaniając małe ugrupowania, zmobilizowała elektorat anty-PiS i teraz wciąż gra tą samą, zgraną już nieco kartą. To wytworzyło próżnię, którą dojrzała prawica powinna zagospodarować. Jednak aby zdetronizować obecny układ, nie trzeba od razu podpisywać solennych paktów czy tworzyć jednej, wielkiej partii-molocha. Potrzebne jest powolne, organiczne przygotowywanie wyborców na fakt, że te formacje będą ze sobą współpracować. To nie jest jeszcze czas na ostateczne deklaracje, na podział stanowisk w przyszłym gabinecie. To czas na wlanie w elektorat „ducha walki”, ale walki o wspólną sprawę, a nie przeciwko sobie nawzajem.
Wiem, że nadchodząca kampania parlamentarna będzie de facto wojną bratobójczą. Będą się ścierać dwa potężne bloki, a temperatura sporu osiągnie poziom krytyczny. Mówię to z przykrością, ale Polsce jest to potrzebne, by oczyścić atmosferę. Tu właśnie odzywa się we mnie mój pierwiastek prawicowy i uważam, że utrzymanie Brukseli z dala od Warszawy w kwestiach fundamentalnych dla suwerenności jest polską racją stanu.
Spójrzmy na to z perspektywy realizmu politycznego. Nawet Konfederacja Sławomira Mentzena, mimo swojego libertariańskiego zacięcia, dostrzega to, co można nazwać „brukselskim zaprzaństwem”. Blokada szkodliwych unijnych pomysłów, narzucanych bez oglądania się na specyfikę lokalnych rynków, leży w interesie całej prawicy. Co więcej, układ prezydencko-rządowy jest tu kluczowy. Pojawienie się w Pałacu Prezydenckim postaci takiej jak Karol Nawrocki zmienia dynamikę gry. Nawrocki to nie jest Andrzej Duda – to człowiek, który ma swoje zdanie, posiada silny kręgosłup ideowy i nie boi się autonomii. To wsparcie, którego prawica nie może zmarnować. Nie powinna go zepsuć ani typowa dla PiS-u zajadłość i chęć aneksji każdego sojusznika, ani lewicująca momentami w sferze gospodarczej czy obyczajowej część Konfederacji, ani tym bardziej radykalne akcje z gaśnicami w wykonaniu Grzegorza Brauna. Cel musi zostać wyznaczony teraz, być jasny, klarowny i wspólny. Tylko wtedy liderzy i elektorat będą wiedzieli, na czym stoją.
Prawica w Polsce musi przejść proces modernizacji programowej i musi odejść od jałowego radykalizmu na rzecz konkretnych rozwiązań. Kiedy słucham dzisiejszych liderów, z posłem Czarnkiem na czele, słyszę mrowie frazesów, które są jedynie echem poprzedniej, przegranej kampanii. Hasło „odsunąć Tuska od władzy” to za mało. To zadziałało raz na niezdecydowany elektorat i tak odpadł PiS Jarosława Kaczyńskiego, ale tym nie kupi się nowoczesnego wyborcy Mentzena czy ideowego zwolennika Brauna. Jeśli te trzy nurty prawicy nie znajdą wspólnego mianownika, obecny układ pozostanie nienaruszony, a Donald Tusk będzie im wszystkim śmiał się w nos z wysokości fotela premiera.
Lekcja z Zielonej Wyspy: Irlandzki zwierciadło
Moja perspektywa jest specyficzna, bo jestem człowiekiem zawieszonym między dwoma światami. Moje serce wciąż bije po polsku, ale dusza przesiąkła irlandzkim deszczem i tą kulturą polityczną. To z kolei pozwala mi na raczej chłodną ocenę, choć wciąż ze słowiańskim zadziorem. Dlaczego upieram się, że polska prawica musi iść ramię w ramię, a przynajmniej wysyłać sygnały o wspólnym rządzie? Bo sytuacja w Irlandii jest niemal lustrzanym odbiciem naszych problemów i pokazuje, jak kończy się brak jedności.
W Irlandii od lat obserwowaliśmy współpracę dwóch niegdyś śmiertelnych wrogów, czyli Fianna Fáil i Fine Gael. To partie, których historia wyrasta z krwawej wojny domowej, ale kiedy jednak wyborcza matematyka stała się nieubłagana i okazało się, że żadne z nich nie jest w stanie dobrać sobie mniejszej „przystawki”, by rządzić samodzielnie, zrobili coś, co wydawało się niemożliwe. Stworzyli konglomerat przeciwności. Wspólnie sprawują władzę, zacierając partyjne różnice. Oczywiście, cynik powie, że i tak rządzi nimi Bruksela, więc płyną na tej samej fali, ale z punktu widzenia technologii władzy, są skuteczni.
Światełko zmiany na Zielonej Wyspie pojawiło się wraz z wejściem do Áras an Uachtaráin (rezydencja prezydenta) Catherine Connolly. Postać o wyraźnych lewicowych korzeniach wzbudziła euforię po lewej stronie Dáil, czyli niższej izby irlandzkiego parlamentu. Zaczęły się dywagacje, jak szybko lewica przejmie kraj? A lewica w Irlandii to szeroki wachlarz: od Sinn Féin (które odcina się od łatek, ale programowo tam pasuje), przez Partię Pracy, Socjaldemokratów, aż po radykalne People Before Profit i Solidarity. To potężna grupa, która, gdyby tylko chciała albo nie, powiem inaczej, gdyby tylko umiała, mogłaby bez trudu odsunąć od władzy duet Micheála Martina i Simona Harrisa.
Mogłaby, ale tego nie zrobi. Dlaczego? Bo tuż po sukcesie Connolly, zamiast budować mosty, zaczęły się partyjne gierki. Interesy liderów, lęk przed utratą tożsamości w koalicji i zwykła zawiść sprawiły, że irlandzka lewica pozostała rozczłonkowana i bezsilna. To jest idealna przestroga dla polskich polityków prawicy, więc albo zrozumieją, że ich wspólnym celem jest ochrona Polski przed niekontrolowaną migracją i wasalizacją Warszawy przez duet Bruksela-Berlin, albo skończą dokładnie tak, jak irlandzka lewica – całkowicie bezużyteczna opozycja, która potrafi jedynie wykrzykiwać hasła, podczas gdy inni meblują im dom.
Polska prawica stoi dziś przed wyborem i może być rzymskim legionem, który ginie z modlitwą na ustach w imię źle pojętego honoru albo może stać się nowoczesną, pragmatyczną siłą, która potrafi policzyć głosy oraz dogadać się z sąsiadem z poselskiej ławy. Czas leci, a wyborcy, jak wierni w niereformowalnym Kościele, nie będą czekać wiecznie. Jeśli nie dostaną realnej nadziei na sprawne rządzenie, po prostu przestaną przychodzić do politycznych bóżnic prawicy. I wtedy pretensje będą mogli mieć już tylko do siebie.
Bogdan Feręc
Photo by Andrii Motygullin on Unsplash
