Zamknięte drzwi do zawodu. Młodzi ludzie między ambicją a systemową pustką
Dla młodych ludzi w Irlandii wejście na rynek pracy coraz częściej przypomina błądzenie po placu budowy bez planu i bez kasku. Szczególnie wyraźnie widać to w branży budowlanej, która od lat alarmuje o niedoborach rąk do pracy, a jednocześnie skutecznie blokuje dopływ nowych kadr. Paradoks? Raczej efekt źle zaprojektowanego systemu.
Specjaliści z sektora budowlanego nie mają wątpliwości: zdobycie miejsca na praktykach zawodowych stało się dla absolwentów szkół niemal niewykonalne. Jim Ahern – murarz i współwłaściciel firmy Trade Path mówi wprost, że obecny model jest „praktycznie niemożliwy”, o ile młody człowiek nie ma już osobistych kontaktów z wykonawcą lub budowniczym. Talent i motywacja przegrywają z brakiem znajomości.
Droga do zawodu elektryka, hydraulika czy innego rzemieślnika prowadzi przez czteroletnią praktykę u pracodawcy. Problem w tym, że wielu wykonawców nie jest dziś w stanie zagwarantować pracy przez tak długi okres. Branża się zmieniła, jak zauważa Ahern i budownictwo nie wygląda już tak jak dwadzieścia lat temu – dużych firm jest mniej, dominują mniejsi podwykonawcy, działający projektowo, często bez stabilności kontraktów. W takich realiach klasyczny model stażu po prostu się nie spina.
W odpowiedzi na ten impas powstał program Trade Path, który pozwala podwykonawcom przyjmować stażystów na krótsze okresy, zazwyczaj sześciomiesięczne, a następnie przekazywać ich kolejnym pracodawcom. Celem jest otwarcie rynku dla młodych ludzi i umożliwienie im zdobycia zawodu w mniejszych firmach, które wcześniej były poza ich zasięgiem. To próba zszycia systemu, który dawno się rozpruł.
Problem jednak sięga głębiej, bo w wielu zawodach budowlanych brakuje formalnych ścieżek kształcenia. Dekarstwo, układanie dachówek czy płytek funkcjonują często poza jakimkolwiek spójnym systemem szkoleniowym. Właścicielka firmy Mac An Rí Shannon Conroy zwraca uwagę, że w branży układania płytek od 2011 roku nie istnieje żaden program stażowy. Efekt jest oczywisty: trudno wyszkolić pracownika, a koszty nauki i naprawiania błędów spadają w całości na pracodawców, którzy niewiele z tego mają.
Ahern postuluje wprowadzenie systemu licencjonowania rzemieślników. Dziś elektrycy i hydraulicy muszą posiadać kwalifikacje i być zarejestrowani, ale wielu budowlańców czy dekarzy działa bez realnego nadzoru. Jako wzór wskazuje Australię, gdzie każda osoba wykonująca prace o wartości przekraczającej 5000 euro musi mieć licencję rzadową. To rozwiązanie, które jednocześnie chroni klientów, porządkuje rynek i tworzy uczciwe warunki dla praktyk zawodowych.
Licencjonowanie, zdaniem Aherna, jest kluczem do zrównoważonego systemu. Wszyscy poruszają się według tych samych zasad, a młodzi ludzie wiedzą, że obrana ścieżka ma sens i prowadzi do uznawanego zawodu. Uzupełnieniem tego modelu mogłoby być finansowanie staży z podatku sektorowego. Budownictwo w Irlandii to branża warta około 21 miliardów euro – nawet niewielka składka mogłaby umożliwić mniejszym firmom szkolenie nowych pracowników bez ryzyka finansowej katastrofy.
Mimo skali problemów Ahern pozostaje umiarkowanym optymistą. Jego zdaniem branża dysponuje wystarczającą liczbą instruktorów i wiedzą, by odbudować system kształcenia zawodowego. Potrzebna jest jednak koordynacja, odwaga regulacyjna i odejście od myślenia, że „jakoś to będzie”.
Dla młodych ludzi stawką nie jest tylko pierwszy etat, ale poczucie, że wysiłek ma sens, a państwo i rynek nie rzucają im kłód pod nogi. Bez realnych reform Irlandia może obudzić się z nowymi osiedlami, których nie będzie miał kto budować – i z pokoleniem, które usłyszało, że zawód jest przyszłością, ale drzwi do niego pozostały zamknięte.
Bogdan Feręc
Źr. News Talk
Photo by Jeriden Villegas on Unsplash
