Zapowiada się długi romans z bronią i śmiercią. Ameryka znów podsyca wojnę na Bliskim Wschodzie
Na mapie świata są miejsca, gdzie historia nigdy nie chodzi spać i Bliski Wschód jest jednym z nich, czyli ziemią, gdzie polityka od dekad miesza się z prochem, a dyplomacja z hukiem silników odrzutowców. Decyzja Waszyngtonu o wysłaniu kolejnych sił wojskowych do regionu pokazuje, że ten stary, ponury romans z przemocą trwa i będzie trwał nadal.
Podczas piątkowej odprawy sekretarz obrony USA Pete Hegseth przedstawił w towarzystwie generała Dana Caine’a – przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, twardą linię administracji Stanów Zjednoczonych wobec Iranu. Według Pentagonu amerykańskie operacje wojskowe mają przede wszystkim zneutralizować irańskie systemy rakietowe i dronowe, a także osłabić potencjał marynarki wojennej tego kraju. Słowa Hegsetha były jednak znacznie ostrzejsze niż zwykły język wojskowych briefingów i stwierdził, że „Będziemy naciskać, naciskać, posuwać się naprzód. Żadnej litości, żadnej ulgi dla naszego wroga”.
To zdanie odbiło się szerokim echem w środowisku prawników zajmujących się prawem konfliktów zbrojnych. W doktrynie prawa humanitarnego deklaracja „braku litości” ma bardzo konkretne znaczenie i oznacza odmowę darowania życia przeciwnikowi, nawet jeśli wyraża on zamiar poddania. Co ważne, międzynarodowe prawo humanitarne jednoznacznie zakazuje takich praktyk, więc Stany, potencjalnie mogą złamać prawo.
Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża przypomniał w tej sprawie jasną zasadę, iż niedopuszczalne jest wydawanie rozkazów zakładających brak ocalałych, grożenie przeciwnikowi taką praktyką lub prowadzenie działań wojennych w oparciu o takie założenia.
Tymczasem skala operacji wojskowych już dziś jest ogromna. Według informacji przekazanych przez amerykańskie źródła, w ciągu ostatnich czternastu dni siły USA przeprowadziły ataki na ponad sześć tysięcy celów w Iranie. Blisko dwa tygodnie bombardowań prowadzonych wspólnie przez Stany Zjednoczone i Izrael doprowadziły, według dostępnych danych, do śmierci około dwóch tysięcy osób na terytorium Iranu.
Równolegle Pentagon zdecydował o dalszym wzmocnieniu swojej obecności w regionie, natomiast amerykański urzędnik, który przekazał informacje anonimowo, poinformował, że na Bliski Wschód kierowany jest kolejny okręt wojenny z oddziałem piechoty morskiej na pokładzie. To kolejny element wcześniejszych decyzji o zwiększeniu liczby amerykańskich żołnierzy w tej części świata. W całej tej układance ważne jest też, że mimo intensywnych nalotów sytuacja bezpieczeństwa w regionie nie ulega uspokojeniu. Wręcz przeciwnie i w ostatnich dniach odnotowano zwiększoną aktywność irańskich dronów, które wlatywały w przestrzeń powietrzną kilku państw regionu, w tym Kuwejtu, Iraku, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu oraz Omanu.
Wojna, jak często bywa, przypomina mechanizm zegara i jedno uderzenie uruchamia następne.
Dodatkowym ciosem dla amerykańskich sił była katastrofa lotnicza w zachodnim Iraku. W piątek sześciu amerykańskich żołnierzy zginęło, gdy rozbił się samolot tankujący i według wstępnych informacji Pentagonu zdarzenie nie było wynikiem ostrzału przeciwnika ani „przyjacielskiego ognia”, lecz wypadku z udziałem innej maszyny.
Wojna rzadko jest liniową historią o zwycięstwach i porażkach. Częściej przypomina długą opowieść o eskalacji, o krokach, które prowadzą do kolejnych kroków. Właśnie dlatego każda decyzja o wysłaniu nowych żołnierzy i okrętów ma ciężar większy niż tylko wojskowy, bo to nie jest tylko ruch na strategicznej szachownicy. To kolejny rozdział starej historii, w której polityka flirtuje z przemocą, a państwa prowadzą długi, gorzki romans z bronią i śmiercią.
Bogdan Feręc
Źr. Reuters
Photo by Joel Rivera-Camacho on Unsplash

