Zakazane słowa w tzw. wolnej sieci
Tak zaczyna się nie tylko zdanie, ale i pewna epoka, ta cicha, cyfrowa, wyczyszczona z ostrych krawędzi. Epoka, w której słowa nie znikają ze słowników, lecz znikają z obiegu, jakby ktoś rozlał przezroczysty lakier na język i pozwolił mu zastygnąć. Niby wszystko widać, ale dotknąć już nie można.
Są słowa, których nie można używać, a nie mam na myśli tych powszechnie uznawanych za wulgarne lub obraźliwe, bo te faktycznie nie powinny pojawiać się w przestrzeni publicznej. Idzie o słowa, które wpływają na algorytmy i właśnie w tym momencie, pisząc je, symbolicznie obniżam własne zasięgi. Te działają jak płachta na byka, jak sygnał alarmowy dla cyfrowego strażnika.
Co istotne, to nie jest teoria, a codzienność człowieka, który próbuje mówić wprost. Wystarczy napisać, że Izrael ostrzeliwuje Gazę, zrównuje ją z ziemią, czyli „zwykłe”, rzeczowe zdanie, opis rzeczywistości… i nagle liczby się kurczą. Tam, gdzie jeszcze chwilę temu było kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy odbiorców, zostaje kilkanaście tysięcy, a czasem mniej, jakby ktoś jednym kliknięciem zgasił światło nad tekstem. Zasięg przestaje być efektem zainteresowania, a staje się nagrodą za ostrożność.
Nie jest to jednak mur nie do przebicia, bo wtedy zaczyna się gra. Gra w unikanie słów, w słowne obchodzenie tematów, w opisywanie rzeczywistości tak, by była rozpoznawalna dla osób, które rozumieją pojęcia zawoalowane. Zamiast „wojny” – „sytuacja”, zamiast „atak” – „incydent”, a zamiast konkretu – mgła. Dlaczego? Bo konkret kosztuje.
Są jednak słowa jeszcze bardziej ryzykowne. Słowa, które działają jak zapalnik. „Samookaleczenie”, „zabić”, „morderstwo”, „gwałt”, „zniszczyć”. „nienawiść”, „islamski terrorysta”, „murzyn”. Każde z nich niesie znaczenie, ciężar i historię, ale dla algorytmu to przede wszystkim sygnał: uwaga, treść potencjalnie niebezpieczna. Nie ma znaczenia kontekst. Nie ma znaczenia intencja. Możesz pisać tekst potępiający przemoc, analizujący tragedię, próbujący zrozumieć zjawisko, ale wystarczy, że użyjesz słowa „morderstwo” albo „gwałt” i już jesteś bliżej końca kolejki niż jej początku.
Maszyna nie rozróżnia, czy opisujesz zło, czy je pochwalasz, ona widzi słowo i, czasami bez najmniejszego sensu reaguje.
Czasem dochodzi do sytuacji wręcz absurdalnych. Tekst, który próbuje być precyzyjny, zostaje uznany za problematyczny. Tekst, który mówi wprost o tym, że ktoś chciał się zabić, zostaje ograniczony. Jakby samo nazwanie rzeczy po imieniu było większym zagrożeniem niż to, co się wydarzyło. A przecież język nie jest po to, by ukrywać, jest po to, by wszystko odsłaniać.
Czasami próbuję grać z systemem i używam synonimów, opisów oraz metafor. Rozciągam zdania, rozmywam sens, tworzę tekst, który bardziej przypomina labirynt niż drogę. I owszem, czasem algorytm się gubi, ale wówczas zawiesza publikację na kilkadziesiąt sekund. Myśli, liczy, analizuje, ale czy o to chodzi? Czy naprawdę mamy mówić o „próbie przerwania powłok skórnych” zamiast o „samookaleczeniu” czy „próbie samobójstwa”? Czy mamy opisywać „akt przemocy” zamiast „morderstwa”? Czy mamy udawać, że słowa nie istnieją, bo są niewygodne dla kodu?
To nie jest już tylko kwestia techniczna, a podstawowej kultury słowa, bo jeśli zaczynamy bać się słów, to znaczy, że coś poszło nie tak.
Zawsze zaznaczam, gdy moje słowa stają się problematyczne, że nie chodzi o obrażanie kogokolwiek. Nie chodzi o epatowanie brutalnością, a o możliwość wyrażenia emocji, które są naturalną reakcją na świat. Ten, w którym istnieje przemoc, wojna i cierpienie. Świat, który nie jest filtrowany przed naszymi oczami, tylko przed naszymi ekranami, bo ekran stał się lustrem, ale lustrem ze szkłem i to korekcyjnym.
Nie, a mówię to z pełną odpowiedzialnością za słowo, globalna sieć nie jest już przestrzenią pełną jej niegdysiejszej wolności. Internet stał się przestrzenią zarządzaną, uporządkowany według zasad, których nie ustala użytkownik, lecz algorytm. Natomiast algorytm nie ma sumienia, on ma tylko parametry. Wystarczy użyć zestawu słów, że na przykład „wywołana została pandemia”, „teoria spiskowa”, „nienawiść” i już trafiasz do odpowiedniej szuflady. Nie jest też ważne, czy analizujesz, czy krytykujesz, czy opisujesz. Zostajesz zakwalifikowany, a potem – ograniczony.
Jest jeszcze polityka. Tu mechanizm działa subtelniej, ale równie skutecznie. Kiedy piszesz dobrze – wszystko płynie, jednak kiedy zaczynasz krytykować, nawet rzeczowo, nawet spokojnie, wówczas pojawia się tarcie. Jakby ktoś delikatnie, ale konsekwentnie, łapał cię za ramię i mówił – zwolnij. Algorytm nie rozumie, że krytyka jest częścią debaty publicznej, że słowa mogą być ostre, bo taka jest rzeczywistość, że czasem trzeba powiedzieć, że to było głupie, to było złe, to było szkodliwe. Nie, zamiast tego proponuje wygładzenie, uśmiech i neutralność, czyli nic innego, jak świat bez kantów.
Sztuczna inteligencja idzie jeszcze dalej. Trzyma się instrukcji jak żołnierz regulaminu. Nie odstąpi na krok, nie zaryzykuje, lepiej upomnieć, niż dopuścić, lepiej poprawić, niż zrozumieć. W takich momentach mawiam jednak, że w ten sposób powstaje język bez ryzyka, choć język bez ryzyka to język martwy.
Na koniec powiem jasno: tak, są treści, które powinny być ograniczane. Nikt rozsądny nie chce przestrzeni zalanej czystą agresją, ale ograniczanie słów tylko dlatego, że mogą wywołać reakcję algorytmu, to droga donikąd. Słowo to nie jest tylko dźwięk czy zapis, to narzędzie poznania. Chcę więc móc napisać, że ktoś został zamordowany, jeśli tak było. Chcę móc użyć słowa „gwałt”, gdy opisuję tragedię. Chcę móc powiedzieć „Izrael”, gdy piszę o toczącej się wojnie i chcę nazwać nienawiść nienawiścią, a zniszczenie zniszczeniem.
Nie po to, by ranić, ale po to, by rozumieć i wszyscy to zrozumieli, że nasz świat jest kwadratowy, nie zaś ubrany w okrągłe słówka, które zmieniają coraz częściej wydźwięk całej sytuacji. Jeśli natomiast zaczniemy udawać, że rzeczywistość składa się wyłącznie z bezpiecznych słówek, to w końcu przestaniemy ją rozpoznawać. Wtedy jednak nie będzie już czego opisywać, bo zostanie tylko cisza, ta elegancka, poprawna i całkowicie pusta, pozbawiona emocji i swojego wyrazu.
Bogdan Feręc
Photo by Sasun Bughdaryan on Unsplash
