Waszyngton wstrzymuje decyzję, a Dublin zyskuje kilka tygodni oddechu
W polityce międzynarodowej bywają momenty, gdy najważniejsze nie jest to, co się wydarzyło, lecz to, co jeszcze nie miało miejsca. Właśnie w takiej chwili znalazła się Republika Irlandii, bo rząd Stanów Zjednoczonych zdecydował, że przynajmniej do 6 kwietnia nie podejmie decyzji w sprawie ewentualnych działań odwetowych wobec irlandzkich linii lotniczych. To tylko trzydzieści dni, ale w dyplomacji jednak miesiąc potrafi znaczyć więcej niż cały rok spokojnych relacji.
Spór dotyczy limitu pasażerów obowiązującego na lotnisku w Dublinie. Zgodnie z przepisami planistycznymi, które pojawiły się w 2007 roku przy okazji budowy Terminalu 2 na Dublin Airport, liczba obsługiwanych pasażerów nie powinna przekraczać 32 milionów rocznie. Rzeczywistość dawno już jednak wyprzedziła regulacje. W ubiegłym roku przez port lotniczy przewinęło się ponad 36 milionów podróżnych, a prognozy na ten rok wskazują dalszy wzrost. To właśnie ten limit stał się zarzewiem sporu po drugiej stronie Atlantyku. Amerykańska grupa lobbystyczna Airlines for America złożyła w styczniu skargę do Departamentu Transportu USA. Organizacja argumentuje, że ograniczenie liczby pasażerów uderza w interesy ekonomiczne amerykańskich przewoźników, między innymi Delta Air Lines oraz United Airlines. Według tej logiki Dublin ogranicza dostęp do rynku, a konsekwencje ponoszą linie operujące na trasach transatlantyckich.
Proponowane działania odwetowe byłyby dotkliwe, a najbardziej ucierpieć mógłby Aer Lingus, który posiada jedną z najbardziej rozbudowanych siatek połączeń między Irlandią a Stanami Zjednoczonymi. Ograniczenie lub zawieszenie praw do obsługi niektórych tras transatlantyckich byłoby ciosem zarówno dla linii, jak i dla całej irlandzkiej gospodarki opartej w dużej mierze na otwartości i mobilności.
Decyzja o odłożeniu werdyktu ma również wyraźny wymiar polityczny, bo przecież premier Micheál Martin jeszcze w tym miesiącu uda się do Waszyngtonu na tradycyjne obchody Dnia Świętego Patryka. Trudno wyobrazić sobie bardziej niezręczny scenariusz niż spotkanie przy symbolicznej misie koniczynowej dyplomacji w chwili, gdy nad irlandzkimi liniami wisiałaby oficjalna groźba sankcji.
Departament Transportu USA potwierdził, że przedłuża termin rozpatrzenia skargi o trzydzieści dni. Oficjalnie chodzi o umożliwienie dalszych rozmów międzyrządowych oraz znalezienie rozwiązania w drodze negocjacji. W języku dyplomacji takie komunikaty brzmią spokojnie i neutralnie, ale między wierszami kryje się przekaz, że sprawa jest poważna, lecz wciąż możliwa do rozwiązania bez otwartego konfliktu.
Dublin próbuje działać szybko i rząd przygotował już projekt ustawy, który znieść ma limit pasażerów obowiązujący na lotnisku. Plan zakłada uchwalenie nowych przepisów latem, choć w praktyce proces legislacyjny może przeciągnąć się nawet do końca roku. Dla amerykańskich przewoźników to tempo zdecydowanie zbyt wolne. Na horyzoncie pojawia się jeszcze jeden element tej układanki. W Luksemburgu trwa postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecznik generalny zasugerował niedawno, że irlandzki regulator lotniczy mógłby ograniczać liczbę slotów startów i lądowań, aby utrzymać ruch w granicach obowiązującego limitu. Jeśli sędziowie przychylą się do tej opinii, decyzja może mieć konsekwencje wykraczające daleko poza Irlandię, potencjalnie wpływając na system przydzielania slotów lotniczych w całej Unii Europejskiej.
*
Na razie jednak nad Atlantykiem panuje dyplomatyczna pauza, więc mamy trzydzieści dni ciszy w świecie, w którym decyzje potrafią zapadać w ciągu kilku godzin. Dla rządu w Dublinie to krótki, ale cenny oddech, ale też czas na rozmowy, negocjacje i próbę uniknięcia turbulencji, które mogłyby wstrząsnąć jednym z najważniejszych mostów lotniczych między Europą a Ameryką.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Miguel Ángel Sanz on Unsplash
