Von der Leyen sprzedała Europę. Umowa UE–Mercosur jako prezent dla Niemiec, rachunek dla rolników
To miał być „historyczny krok naprzód”, tak przynajmniej mówią brukselskie salony, gdy gasną flesze, a ambasadorowie państw UE zatwierdzają w ciszy procedury pisemnej zgodę na umowę handlową z krajami Mercosur. Niestety ten cały cyrk zakrawa o ironię, bo ten „krok naprzód” dla jednych jest złotą autostradą do nowych rynków, dla innych stromą skarpą prowadzącą prosto w przepaść.
Nie ma tu wielkiej tajemnicy, tylko stara europejska arytmetyka interesów i głównym beneficjentem porozumienia są Niemcy. To niemiecki upadający obecnie przemysł, więc samochody, maszyny, chemia, leki – dostaną otwarte drzwi (ruch bezcłowy) do Ameryki Południowej, a ich rynek zbytu wzrośnie, wykresy zaczną się zielenić, natomiast akcjonariusze uśmiechać szeroko, natomiast koncerny liczyć zarobione pieniądze. Częściowo zyska też Francja, ale tylko jej przemysł, bo tamtejsze rolnictwo zapłaci rachunek, choć Paryż miał przynajmniej odwagę i polityczną siłę, by głośno to wykrzyczeć.
Polska, Irlandia i inne kraje o silnym zapleczu rolnym mogą już teraz tylko lamentować, ale nikt ich już słuchać nie będzie, więc to właśnie takie państwa sprzedała za dobrobyt Niemiec Ursula von der Leyen. Dla państw rolniczych umowa ta to nie są nowe możliwości, tylko realne ryzyko marginalizacji, a w dłuższej perspektywie – likwidacji rynku rolnego w dotychczasowym kształcie. Preferencje celne dla wołowiny, drobiu, nabiału, cukru czy etanolu z Argentyny, Brazylii, Paragwaju i Urugwaju to nie abstrakcja. To konkurencja, z którą europejski rolnik, obciążony normami, kosztami energii i polityką klimatyczną, zwyczajnie nie wygra.
Pamiętajmy, że niezależnie od twierdzeń Unii Europejskiej, w krajach Mercosur, nie istnieją normy w wytwarzaniu żywności, jakie spotyka się w Europie, a i nie ma zakazu używania większości pestycydów, których na Starym Kontynencie do użytku rolnego stosować nie wolno.
Bruksela nadal jednak próbuje sprzedać uspokajacz i twierdzi, że jest klauzula ochronna, wzmocniona, poprawiona, wypolerowana, więc przede wszystkim żywność ma przechodzić kontrole jakości, w co nie wierzę, ale i, żeby zachować konkurencyjność tutejszego rynku rolnego, zadekretowano mechanizm, który ma się uruchamiać, gdy ceny w UE spadną o 5 procent. Tyle że to logika strażaka, który reaguje, dopiero gdy pół domu już się pali. Rynek rolny nie działa w rytmie rozporządzeń – działa szybciej, brutalniej i bez sentymentów. Gdy tanie mięso zaleje półki, szkody będą nieodwracalne, a „czasowe wyłączenie preferencji” niewiele pomoże gospodarstwom, które już zbankrutowały. Musimy pamiętać o jeszcze jednej kwestii, więc o Unii Europejskiej, która nie jest w stanie reagować w sposób natychmiastowy, bo to twór skostniały, przeżarty od stóp do głów biurokracją, czyli ociężały decyzyjnie i myślowo.
Przeciwko umowie głosowały Polska, Francja, Irlandia, Węgry i Austria, a Belgia, która sugeruje, iż rozważy wystąpienie z części unijnych traktatów, wstrzymała się od głosu. To jednak nie wystarczyło i zadecydowała większość kwalifikowana, a niestety kluczowa okazała się wolta Włoch. Rozpadła się mniejszość blokująca i maszynka ruszyła. Bez ratyfikacji parlamentów narodowych, bo przecież Komisja Europejska i Parlament Europejski uzurpują sobie pełnię władzy w UE, choć z tymczasowym obowiązywaniem umowy, bo tak jest szybciej, wygodniej i ciszej. Demokracja proceduralna, którą można nazwać komunistyczna w czystej postaci, pojawiła się w „najlepszym” wydaniu, czyli formalnie wszystko gra, politycznie nikt nie bierze odpowiedzialności.
Argentyński minister spraw zagranicznych triumfuje w mediach społecznościowych, że 99 procent eksportu rolnego Mercosuru zyska preferencyjny dostęp do rynku UE i tu akurat mówi prawdę. To zdanie powinno jednak zapalić czerwone światło w Warszawie, Dublinie czy Budapeszcie, bo jeśli wszyscy wygrywają, jak twierdzi Buenos Aires, to ktoś musi przegrywać. Tym kimś nie jest z całą pewnością niemiecki przemysł, a kraje, które są nam akurat najbliższe, czyli właśnie Polska oraz Irlandia.
Umowa UE–Mercosur nie jest kompromisem, jest dla Europy kolejną niekorzystną transakcją, przehandlowaną przez Komisję Europejską na zasadzie – przemysł za rolnictwo, eksport za prowincję i globalne ambicje za lokalne wspólnoty. Stary europejski zwyczaj produkowania własnej żywności, tylko opakowanie, że wszystko gra i jest, jak było wcześniej, ale nic tu nie gra, nic już nie jest takie, jak było wcześniej i nie będzie. Zobaczymy natomiast, jak gospodarstwa naszych dziadków, przejęte później przez ich synów, jedno po drugim zapadają się w nicość, a ziemię przejmują globalne koncerny z Brazylii i Argentyny, żeby na tych zasypywanych chemią przemysłową latyfundiach produkować bliżej, aby ograniczyć koszty transportu spożywczego śmiecia.
Bogdan Feręc
Źr. PAP
Photo by Etienne Girardet on Unsplash
