Rower elektryczny w drodze na szczyt. Sprzedawcy czekają na falę popytu
Ceny paliw podbijają puls kierowców, a sklepy z rowerami elektrycznymi już szykują się na czas, w którym klienci będą pchać się drzwiami i oknami. Sprzedawcy mówią wprost, że spodziewają się „znacznego wzrostu” zainteresowania e-bike’ami, bo dziś za litr benzyny trzeba płacić około 2 euro, a za olej napędowy 2,30. Dojeżdżający do pracy, szczególnie ci, którzy codziennie stoją w korkach, szybko poczuli skutki gospodarczego uderzenia USA i Izraela w Iran. Nic dziwnego, że perspektywa wydawania ledwie 1 euro tygodniowo na ładowanie roweru elektrycznego zaczyna wyglądać jak wybawienie.
Darren Walsh, właściciel Cyclebike w Dublinie, pamięta czasy, kiedy kryzys paliwowy był słowem roku. Pracę w branży zaczął w latach 80., chwilę po energetycznym wstrząsie z lat 70. Jak sam mówi, wtedy sprzedawało się wszystko, co miało koła i pedały. Dziś nie wie, czy sytuacja powtórzy się w pełnej skali, ale spodziewa się mocnego odbicia popytu. Premier Micheál Martin nazwał obecny szok podażowy „prawdopodobnie najgorszym w historii”, więc analogie do tamtych czasów nie biorą się znikąd.
Walsh przewiduje, że sklepy zobaczą prawdziwy ruch od fotelików dziecięcych po stare rowery wyciągane z szop i oddawane do naprawy. E-rowery mają odegrać w tym kluczową rolę, bo starsi i młodsi kierowcy, przyzwyczajeni do wygody samochodu, niekoniecznie chcą wracać na zwykłe, ciężkie rowery. Jednocześnie dodaje, że wzrost zysków sklepów może być krótkotrwały. Jeśli koszty wysyłki wystrzelą tak jak podczas pandemii, to e-rowery zdrożeją o około 90 euro. Wtedy za kontener rowerów trzeba będzie płacić nie pięć tysięcy dolarów, lecz pięć razy tyle. Rachunek jest bezlitosny.
Nie tylko Dublin szykuje się na wzrost zainteresowania. Eamon Barrett z Altitude w Waterford mówi, że jego sklep również spodziewa się większej sprzedaży, choć nie zamierza nakręcać atmosfery strachu, by przyciągać klientów. Woli podkreślać praktyczne argumenty. Jego zdaniem e-bike ma sens dla kogoś, kto ma w miarę prostą trasę do pracy, a program „Dojeżdżaj rowerem do pracy” dodatkowo obniża cenę zakupu. Podkreśla też, że nawet największe baterie mają moc poniżej jednego kilowata. Jeśli ładuje się je w nocy, koszt pełnego naładowania to około euro, a zasięg 90–100 kilometrów wystarcza wielu osobom na cały tydzień jazdy.
Rosnące zainteresowanie potwierdza również Maciej Gasowski z EV Sales Navan/Castlebar. Według niego poprawiająca się infrastruktura, jak nowe zielone trasy, sprawia, że ludzie zaczynają zastanawiać się, czy naprawdę chcą spędzać pół godziny w korku, skoro mogą dojechać w dziesięć minut. W czasach przydrożnych korków, wysokich cen paliw i niepokojów na świecie to pytanie brzmi coraz głośniej.
Sprzedawcy nie mają wątpliwości: rynek rowerów elektrycznych właśnie wchodzi w nową fazę. Z jednej strony klienci szukają tańszych sposobów dojazdu, z drugiej – możliwych podwyżek cen sprzętu wiszących nad branżą przypomina, że sytuacja jest dynamiczna.
Bogdan Feręc
Źr. Business Plus
