Prezes podniósł rękę na Trybunał. A teraz może się przekonać, że polityczna pycha ma swoją cenę – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Prezes podniósł rękę na Trybunał. A teraz może się przekonać, że polityczna pycha ma swoją cenę

Wczorajsze wydarzenia przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego stały się wyraźnym znakiem, w jakim kierunku zmierza obecna władza. I nie jest to kierunek, który powinien napawać optymizmem kogokolwiek, komu bliskie są zasady państwa prawa. Mam wręcz wrażenie, że praworządność jest dla obecnej ekipy jeszcze mniej istotna, niż była dla poprzednich ekip rządzących. A przecież Donald Tusk i jego polityczne zaplecze wróciło do władzy między innymi pod hasłami naprawy tego, co sami nazywali pisowskim demolowaniem państwa.

W polityce można obiecywać niemal wszystko. Można mówić o odnowie, naprawie, przywracaniu standardów i odbudowie zaufania. Można też przez długie miesiące opowiadać, że oto nadchodzi nowa jakość, a państwo wreszcie zacznie funkcjonować zgodnie z literą prawa. Jest jednak pewien drobiazg, o którym politycy często zapominają: prawo nie jest ich własnością, a Konstytucja nie zmienia treści w zależności od tego, kto akurat zajmuje gabinet premiera. Właśnie dlatego wydarzenia z 14 października 2026 roku powinny stać się dla premiera Donalda Tuska poważnym ostrzeżeniem. Nie tylko ze względu na sam konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego, ale przede wszystkim z powodu sposobu, w jaki władza postanowiła ten konflikt rozegrać.

Słowo, które nagle zaczęło przeszkadzać

Oczywiście kolejny raz mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której szef rządu, jego polityczne zaplecze i służalczy ministrowie zdają się nie rozumieć języka polskiego. A przynajmniej zachowują się tak, jakby rozumienie poszczególnych słów stawało się zbędne, kiedy w grę wchodzi realizacja politycznego planu. Słowo „wobec” oznacza przecież między innymi w obecności kogoś, w odniesieniu do kogoś lub czegoś. Nie jest jednak magicznym zaklęciem, które pozwala dowolnie zastępować jedną procedurę drugą, a następnie ogłaszać, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

I tutaj dochodzimy do sedna całego problemu. 14 października doktor nauk prawnych Maciej Berek, złożył ślubowanie sędziego Trybunału Konstytucyjnego, a stało się to podczas uroczystości w gabinecie marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, i w wobec marszałek Senatu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Wypowiedział przy tym formułę, że składa ślubowanie „wobec prezydenta”, choć samego Karola Nawrockiego na miejscu nie było.

Dla obozu rządzącego wszystko wydaje się proste: skoro Sejm wybrał sędziego, trzeba doprowadzić do objęcia przez niego funkcji. Problem polega na tym, że w państwie prawa nie wystarczy uznać, że cel jest słuszny, aby każda droga prowadząca do jego realizacji automatycznie stawała się legalna. Można oczywiście spierać się o zakres kompetencji prezydenta, o obowiązek przyjęcia ślubowania i o to, czy głowa państwa ma prawo blokować procedurę. To są poważne kwestie ustrojowe, wymagające argumentów prawnych, a nie politycznych zaklęć. Nie zmienia to jednak podstawowej zasady, że jeśli rząd domaga się przestrzegania prawa przez innych, sam również musi wykazać, że działa w jego granicach.

Nie wystarczy powiedzieć, że przeciwnik łamie Konstytucję. Trzeba jeszcze uważać, aby samemu nie stworzyć sytuacji, w której podobny zarzut zacznie dotyczyć własnych działań.

Prawo dla swoich, prawo dla przeciwników

Najbardziej niepokojące w całej tej historii nie jest nawet to, że politycy pozostają w konflikcie. W Polsce konflikt polityczny stał się niemal codziennym elementem krajobrazu. Niepokojące jest natomiast to, że każda ze stron coraz częściej traktuje własną interpretację prawa jak jedyną dopuszczalną, a interpretację przeciwnika jak dowód jego złej woli. Tak nie buduje się stabilnego państwa. Tak buduje się państwo permanentnego sporu, o ile nie totalitarne, w którym każda kolejna ekipa będzie próbowała udowodnić, że ma prawo naprawiać działania poprzedników dokładnie według własnego uznania.

Prezes Rady Ministrów Donald Tusk powinien z kolei pamiętać, że władza jest czasowa. Dzisiaj ma większość parlamentarną, ministrów, zaplecze polityczne i sprzyjającą mu część mediów. Jutro może mieć zupełnie inne warunki działania. Jeśli więc dzisiaj uzna, że w imię wyższego celu można naginać procedury, nie powinien być zdziwiony, kiedy następcy zechcą zastosować podobną filozofię.

Każdy polityk, który osłabia znaczenie zasad ustrojowych tylko dlatego, że przeszkadzają mu w osiągnięciu celu, dokłada swoją cegłę do budowy państwa, w którym ostatecznie nie liczy się już prawo, lecz siła politycznego mandatu. A przecież zwycięstwo wyborcze nie jest aktem własności państwa. Nie daje prawa do dowolnego interpretowania Konstytucji, nie zamienia premiera w jej właściciela i nie czyni z parlamentu instytucji stojącej ponad wszystkimi innymi organami władzy. Jeżeli Donald Tusk naprawdę chce przywracać praworządność, powinien zacząć od wykazania, że obowiązuje ona również wtedy, gdy jest dla niego niewygodna.

Polacy zaczęli mówić głośniej

Nie o samą semantykę jednak chodzi. Jak zwykle bardziej interesuje mnie drugie dno wydarzeń, bo to właśnie ono może mieć dla polskiej polityki znacznie większe znaczenie niż kolejna konferencja prasowa, kolejne oświadczenie czy następna wymiana oskarżeń.

Podczas protestów przed Trybunałem Konstytucyjnym słychać było nie tylko hasła o rozliczeniu rządu premiera Donalda Tuska. Można było dostrzec coś jeszcze, a był to sprzeciw wobec wybiórczego traktowania Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. I to jest sprawa znacznie poważniejsza, niż mogłoby się wydawać politykom przyzwyczajonym do oglądania rzeczywistości przez partyjne okulary.

Społeczeństwo nie musi kochać Prawa i Sprawiedliwości, aby sprzeciwiać się działaniom Koalicji Obywatelskiej. Nie musi również popierać Karola Nawrockiego, żeby uznać, że konflikt wokół Trybunału wymaga czegoś więcej niż demonstracji politycznej siły. To podstawowa różnica, której część polityków nie potrafi zrozumieć. Obywatel może nie znosić jednej partii, a jednocześnie krytycznie oceniać działania drugiej. Może uważać, że poprzednia władza popełniała poważne błędy, a zarazem nie godzić się na to, by obecna powtarzała podobne praktyki pod innymi hasłami.

Nie trzeba być zwolennikiem PiS-u, żeby powiedzieć Donaldowi Tuskowi: dość. Właśnie w tym tkwi potencjalnie największe zagrożenie dla premiera. Nie w samym proteście, nie w okrzykach jego przeciwników, lecz w możliwości utraty zaufania tych ludzi, którzy jeszcze niedawno traktowali go jako polityka zdolnego przywrócić normalność.

Kiedy własny elektorat przestaje klaskać

Jako człowiek ciekawski postanowiłem zapytać o zdanie kilku osób, jawnie deklarujących poparcie dla ugrupowania prowadzonego przez Donalda Tuska. Nie szukałem ludzi, którzy od początku byli przeciwnikami obecnego rządu. Takich opinii w Polsce nie brakuje i nie trzeba specjalnego wysiłku, aby je znaleźć. Zainteresowało mnie coś innego, co powiedzą ludzie, którzy głosowali na obecną władzę, bronili jej decyzji i dotychczas byli przekonani, że zmiana rządu była konieczna.

Właśnie wtedy zrobiło się interesująco. Usłyszałem wówczas, że „Tusk przesadził”. Padły również opinie, że premier mógł w ten sposób zakończyć swoją karierę polityczną. Niektórzy rozmówcy zastrzegali przy tym, że nadal nie cierpią PiS-u, ale Koalicja Obywatelska nie może już liczyć na ich głos.

I proszę bardzo. Oto polityczna rzeczywistość, której nie da się zagłuszyć nawet najbardziej starannie przygotowanym komunikatem prasowym. Wyborcy nie podpisują z partiami umów o bezwarunkowym posłuszeństwie. Głos oddany w wyborach nie oznacza, że od tego momentu obywatel ma obowiązek usprawiedliwiać każdą decyzję swojego ugrupowania. Nie oznacza również, że powinien przymykać oczy na działania, które wcześniej sam uznawał za niedopuszczalne.

Co więcej, właśnie od wyborców własnego obozu powinien nadejść najpoważniejszy sygnał ostrzegawczy. Krytyka ze strony przeciwników jest dla polityka czymś naturalnym. Krytyka ze strony ludzi, którzy dotąd go wspierali, oznacza natomiast, że zaczyna pękać fundament jego wiarygodności. Ta jest z kolei kapitałem, którego nie da się odbudować jednym wystąpieniem przed kamerami.

W Łodzi też nie wszyscy chcą mówić oficjalnym językiem

Skontaktowałem się również z działaczami Koalicji Obywatelskiej w Łodzi. Znamy się, dlatego chciałem sprawdzić, czy w lokalnych strukturach partii wydarzenia przed Trybunałem Konstytucyjnym oceniane są tak samo jak w oficjalnych komunikatach. Początkowo wszystko wyglądało przewidywalnie. Otrzymywałem odpowiedzi, które niewiele różniły się od narracji promowanej w mediach przychylnych obecnemu rządowi. Można było odnieść wrażenie, że rozmawiam nie z ludźmi mającymi własne poglądy, lecz z kolejnymi egzemplarzami tego samego partyjnego komunikatu.

Zapewniłem jednak rozmówców, że nie ujawnię ich nazwisk ani nawet nie zasugeruję, z kim rozmawiałem, a wtedy pojawił się zupełnie inny obraz sytuacji. Prywatne opinie lokalnych polityków KO nie różniły się zasadniczo od ocen formułowanych przez opozycję. Usłyszałem jednoznacznie, że ich lider przesadził i nigdy nie powinien podnosić ręki na Trybunał Konstytucyjny. To znamienne. Publicznie lojalność, prywatnie wątpliwości. Oficjalnie obrona decyzji, nieoficjalnie obawa, że premier poszedł za daleko.

Oczywiście nie zamierzam udawać, że kilka rozmów pozwala zmierzyć nastroje całej partii. Nie pozwala. Nie jest to również dowód na rozpad Koalicji Obywatelskiej ani zapowiedź masowego odpływu jej działaczy. Byłoby nierzetelne wyciągać tak daleko idące wnioski na podstawie mocno ograniczonej liczby opinii. Jest to jednak sygnał, którego rozsądny lider nie powinien lekceważyć. Szczególnie jeśli rozmówcy nie są przeciwnikami jego rządu, lecz ludźmi z własnego politycznego podwórka.

Partia może przez pewien czas funkcjonować dzięki dyscyplinie i wspólnemu przeciwnikowi. Nie będzie jednak w nieskończoność funkcjonować na zasadzie: nie podoba nam się decyzja, ale nie wolno nam tego powiedzieć, bo zaszkodzimy własnemu obozowi. Taka dyscyplina nie jest oznaką siły, a bywa pierwszym objawem politycznego strachu.

Nawrocki, którego Tusk nie powinien lekceważyć

W rozmowach z działaczami KO pojawiło się również nazwisko Karola Nawrockiego, a to właśnie tutaj cała sprawa nabrała jeszcze ciekawszego wymiaru. Moi rozmówcy zwracali uwagę, że prezydent ma w kraju na tyle silną pozycję i poparcie społeczne, iż może „wyprowadzić ludzi na ulice”. Pojawiła się przy tym nieskrywana obawa, że w takim scenariuszu nawet siły porządkowe mogłyby nie zdołać opanować sytuacji, a nawet przeciwstawić jawnie rządowi.

Nie traktuję tego jako przepowiedni ani jako pewnego scenariusza przyszłych wydarzeń. Nie mam podstaw, aby twierdzić, że dojdzie do masowych protestów lub, że ktokolwiek rzeczywiście zdołałby doprowadzić do sytuacji, w której państwo utraci kontrolę nad ulicami. Warto jednak dostrzec samą istotę tej opinii, bo jeśli nawet politycy związani z obozem rządzącym zaczynają zastanawiać się, czy premier nie wszedł na niebezpieczną drogę konfrontacji z prezydentem i jego zwolennikami, oznacza to, że sytuacja przestała być dla nich komfortowa. A jeżeli w dodatku widzą ryzyko mobilizacji społecznej i możliwość dołączenia do gawiedzi służb, powinni zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście warto za wszelką cenę forsować rozwiązanie, które wywołuje tak poważne kontrowersje.

Prezydent Karol Nawrocki nie musi być politykiem bezbłędnym, aby stać się poważnym przeciwnikiem premiera Donalda Tuska. Nie musi również przekonać do siebie wszystkich wyborców. Wystarczy, że będzie potrafił wykorzystać to chwilowe niezadowolenie ludzi, którzy dotychczas nie widzieli do tej pory innej drogi, jaką proponowała Koalicja Obywatelska.

Pamiętajmy, że polityka nie polega wyłącznie na liczeniu głosów w Sejmie. Polega także na rozumieniu nastrojów społecznych. Premier, który zapomina o tym drugim wymiarze, może pewnego dnia obudzić się w rzeczywistości, której nie przewidział lub nie chciał widzieć, żaden z jego doradców.

Kardynalny błąd premiera

W mojej ocenie Donald Tusk popełnił kardynalny błąd, który może bardzo poważnie odbić się na jego wizerunku i zablokować mu polityczną przyszłość w kraju. Nie dlatego, że każdy protestujący przed Trybunałem ma rację. Nie dlatego, że każda decyzja prezydenta powinna być automatycznie uznawana za prawidłową. I nie dlatego, że PiS nagle stał się wzorem praworządności. Nie zamierzam nikomu wystawiać świadectwa niewinności tylko dlatego, że znalazł się po przeciwnej stronie sporu. Chodzi o zasadę, bo jeżeli przez lata przekonywało się obywateli, że najważniejsza jest obrona Konstytucji, to nie można później oczekiwać, że ci sami obywatele przestaną zadawać pytania, kiedy wątpliwości dotyczą działań własnego obozu.

Jeżeli zarzucało się poprzednikom nadużywanie władzy, nie można liczyć na to, że wyborcy zapomną o tych deklaracjach tylko dlatego, że dziś decyzje podejmują ludzie, na których głosowali. Jeżeli obiecywało się odbudowę państwa prawa, trzeba wykazać, że prawo jest ważniejsze od partyjnych kalkulacji.

Premier Donald Tusk powinien był bardzo dokładnie zważyć konsekwencje tego, co wydarzyło się przed Trybunałem Konstytucyjnym. Powinien rozumieć, że w sporze o instytucje państwa nie chodzi wyłącznie o to, kto wygra kolejny polityczny pojedynek. Chodzi również o to, jakie zasady pozostaną po zakończeniu tego pojedynku. Bo premierzy przychodzą i odchodzą. Liderzy i ich partie tracą władzę. Polityczne sojusze rozpadają się czasem szybciej, niż zostały zbudowane. Konstytucja natomiast powinna być fundamentem, na którym państwo stoi niezależnie od tego, kto akurat rozdaje karty.

Polityczna pycha zawsze wystawia rachunek

Nie wiem, czy wydarzenia z 14 października rzeczywiście okażą się początkiem końca politycznej kariery Donalda Tuska. Takich prognoz nie da się uczciwie stawiać z całkowitą pewnością. Polityka potrafi zaskakiwać, a wyborcy mają krótką pamięć w jednych sprawach i zaskakująco długą w innych. Wiem jednak, że premier znalazł się w sytuacji, w której powinien zacząć słuchać nie tylko własnych rzeczników, ministrów i najbardziej lojalnych komentatorów. Powinien słuchać również tych, którzy mówią mu, że przesadził. Tych, którzy nie chcą wracać do rządów PiS-u, ale jednocześnie nie zamierzają bezwarunkowo popierać KO. I tych działaczy własnej partii, którzy publicznie bronią lidera, lecz prywatnie mają poważne wątpliwości.

To właśnie oni mogą być dla niego ważniejszym ostrzeżeniem niż najgłośniejsi przeciwnicy. Bo przeciwnik chce go pokonać, natomiast własny wyborca chce jeszcze wierzyć, że nie pomylił się, oddając głos. Jeżeli Donald Tusk uzna, że wystarczy przykryć problem kolejnym wystąpieniem i powtórzyć, że rząd nie cofnie się ani o krok, może popełnić następny błąd. Upór nie zawsze oznacza siłę. Czasami jest tylko niezdolnością do przyznania, że obrana droga prowadzi donikąd.

Właśnie dlatego wydarzenia przed Trybunałem Konstytucyjnym mogą mieć konsekwencje znacznie poważniejsze niż kolejna awantura między obozem rządzącym a opozycją. Mogą bowiem przypomnieć Polakom, że władza nie jest celem samym w sobie, a zwycięstwo wyborcze nie daje prawa do dowolnego traktowania instytucji państwa.

Donald Tusk może jeszcze wycofać się z politycznego zwarcia, zanim jego cena stanie się zbyt wysoka. Nie musi przyznawać racji PiS-owi ani podporządkowywać się każdemu żądaniu prezydenta. Musi jednak zrozumieć, że praworządność nie jest sztandarem, który wywiesza się tylko nad własnym obozem.

Jeżeli z kolei tego nie zrozumie, może się okazać, że największym zagrożeniem dla jego politycznej przyszłości nie jest Jarosław Kaczyński, Karol Nawrocki ani nawet opozycja. Będą nim własne decyzje, własna pycha i wyborcy, którzy w pewnym momencie powiedzą właśnie jedno słowo – dość.

A kiedy wyborca przestaje wierzyć politykowi, najgłośniejsze hasła o naprawie państwa nie zawsze wystarczą, by odzyskać jego zaufanie. Czasami pozostaje już tylko rachunek, a ten wystawia nie opozycja, lecz rzeczywistość.

Bogdan Feręc

Fot. CC Adrian Grycuk

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Prezydent Nawrocki:
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.