Polska wymiera, bociany na urlopie, a politycy nadal liczą na cud w sypialni, czyli demografia według geniuszy z Wiejskiej
W opracowaniach dotyczących Polski coraz częściej pojawia się liczba, która zaczyna przypominać demograficzny wyrok. Dziesięć milionów. Tyle może nas być w dalszej perspektywie (za 70 lat), jeśli utrzymają się niekorzystne trendy, choć oczywiście wszystko zależy od przyjętego okresu i prognozy. W prostych słowach może to oznaczać, że jako nacja po prostu się kurczymy, a w przyszłości będziemy wspominać własną liczebność mniej więcej tak, jak dziś wspominamy czasy, kiedy w Polsce rodziło się znacznie więcej dzieci.
Zanim jednak ktoś zacznie pakować walizki, zamawiać czarny garnitur i pisać list pożegnalny do ojczyzny, proponuję chwilę oddechu. Nie będziemy przecież urządzać narodowego pogrzebu. Jeszcze nie. Najpierw wypadałoby ustalić, dlaczego właściwie Polacy przestali się rozmnażać, a jeśli już podejmują ten wysiłek, to robią to z częstotliwością, która nie pozwala nawet na spokojne planowanie przyszłości szkolnych podręczników.
Zacznę od pewnego stwierdzenia, które nie jest nowe, a pojawiło się w przestrzeni publicznej już dawno temu. Ktoś kiedyś powiedział, że na całe szczęście seks jest przyjemny, bo inaczej ludzkość dawno by wyginęła. Wtedy brzmiało to jak żart przy piwie, dzisiaj natomiast nabiera niemal naukowego charakteru. Patrząc na współczesne europejskie społeczeństwa, można odnieść wrażenie, że nawet natura zaczyna mieć problemy z realizacją własnego planu. Jakby wysłała ludziom zaproszenie do dalszego istnienia, ale zapomniała dołączyć instrukcję obsługi. Na naszym kontynencie podejmowane są oczywiście próby odwrócenia tego procesu. Próby, które niekiedy wyglądają tak, jakby ich autorzy uważali, że wystarczy położyć przed człowiekiem odpowiednio duży banknot, a ten natychmiast rzuci się do sypialni, wyłączy telefon, zamknie laptopa i zacznie realizować państwowy plan reprodukcyjny.
Z jednej strony słyszymy, że planeta jest przeludniona, że ludzi jest za dużo, że zasoby się kończą i najlepiej byłoby ograniczyć konsumpcję. Z drugiej strony ci sami politycy alarmują, że rodzi się zbyt mało dzieci, zabraknie pracowników, emerytury staną się problemem, a systemy socjalne nie wytrzymają obciążenia. Jedno i drugie przedstawia się nam niekiedy w sposób tak uproszczony, że człowiek zaczyna podejrzewać, iż ktoś w tych wszystkich instytucjach pomylił kalkulator z urządzeniem do losowania liczb.
Oczywiście można mieć jednocześnie problem z nadmierną konsumpcją, nierównomiernym rozmieszczeniem ludności i starzeniem się społeczeństw. To nie są sprawy wzajemnie się wykluczające. Tyle że wyjaśnienie tego wymaga odrobiny myślenia, a z tym, jak wiadomo, w polityce bywa różnie. Zwłaszcza kiedy trzeba pogodzić długofalowe planowanie z kadencją, sondażami i kolejnym występem przed kamerami.
Dzisiaj będzie jednak przede wszystkim o Polsce, bo przecież niedawno w niej byłem, a w ramach odrodzonych ojczyźnianych nastrojów, przywiozłem sobie kilka kolejnych przemyśleń. Niektóre są poważne, inne nieco mniej, ale wszystkie prowadzą do jednego pytania: czy naprawdę nie potrafimy sprawić, żeby młodzi ludzie chcieli mieć dzieci, czy może po prostu robimy wszystko, aby skutecznie ich do tego zniechęcić?
Pięćset plus, osiemset plus i bocian, który nie dał się przekupić
W kraju nad Wisłą populistyczno-konserwatywne ugrupowanie wprowadziło program „pincet plus”, licząc zapewne na to, że skoro dzieci kosztują, to wystarczy dołożyć rodzicom trochę pieniędzy, a liczba narodzin zacznie rosnąć jak grzyby po deszczu. Pieniądze popłynęły, ludzie je wzięli, a z prokreacją stało się mniej więcej tak, jak z wieloma państwowymi projektami, czyli miało być pięknie, wyszło jak zwykle. Nie chcę oczywiście twierdzić, że program nie pomógł żadnej rodzinie. Pomógł wielu, szczególnie tym, dla których każda dodatkowa złotówka ma znaczenie. Problem polega na tym, że poprawa sytuacji materialnej części gospodarstw domowych nie przełożyła się na trwały wzrost dzietności, jakiego oczekiwali politycy. Zamiast demograficznego przełomu dostaliśmy kosztowny program socjalny, który stał się jednym z najważniejszych narzędzi politycznej rywalizacji.
Następnie kwotę podniesiono do ośmiuset złotych i najwyraźniej uznano, że bocian, który dotychczas nie reagował na pięćset złotych, teraz powinien wykazać się większą mobilnością. Niestety, nawet osiemset złotych nie okazało się magicznym zaklęciem. Jak społeczeństwo nie bzykało się rozrodczo, tak w dalszym ciągu nie wykazuje specjalnej ochoty na realizację marzeń demografów.
Można by więc zapytać, czy aby przypadkiem nie pomylono przyczyny ze skutkiem. Dziecko kosztuje, owszem, ale decyzja o jego posiadaniu nie jest wyłącznie decyzją zakupową, przy której wystarczy porównać ceny w kilku sklepach i sprawdzić, czy obowiązuje promocja. To decyzja na lata, wymagająca czasu, stabilności, odpowiedzialności i przekonania, że przyszłość nie będzie nieustanną walką o przetrwanie od pierwszego do pierwszego.
Przejechałem się zatem po Prawie i Sprawiedliwości, żeby oddać im, co należne, a przy okazji wskazać, kto rozdawnictwem publicznych pieniędzy się zajmował. Teraz jednak czas na ocenę i, co ważne dla parlamentarnych smętków intelektu, kilka propozycji. Nie chciałbym przecież, żeby zarzucono mi, iż tylko krytykuję, ale błysnąć ideą to już nie łaska. Otóż łaska, bo przecież jako człowiek, który w przeciwieństwie do ministrów, posłów i senatorów nie jest oderwany od rzeczywistości, widzę i myślę. A przynajmniej próbuję, co już samo w sobie może stanowić pewną przewagę nad niektórymi osobnikami, którym powierzono kierowanie państwem.
Młodzi chcą żyć, a państwo chce, żeby się rozmnażali
Zastanawiałem się, co może być prawdziwym powodem, dla którego ludzie nie chcą mieć dzieci. I, jak się okazało, wcale nie musiałem odkopywać najgłębszych pokładów moich myśli, studiować starożytnych filozofów ani zamykać się w klasztorze na kilkumiesięczne rozważania. Wystarczyło popatrzeć na ostatnie lata, na to, jak zmieniła się nasza ojczyzna, jak zmieniła się Europa i jak zmienił się świat. Problem jest widoczny jak na dłoni. Młodzi ludzie, bo przecież to oni przejęli po nas rozpłodową pałeczkę, coraz częściej nie mają najmniejszej ochoty na zostanie rodzicami. Czasem wynika to z wygody, czasem z braku wpojonych wartości, czasem z niechęci do odpowiedzialności, a czasem z tego, że coraz trudniej nawiązywać trwałą relację z drugą osobą.
Oczywiście generalizuję, żeby zaraz ktoś nie wyskoczył z tekstem, że jego znajoma urodziła właśnie trzeciego bobaska, a kuzynka spod Radomia spodziewa się czwartego. Doskonale wiem, że takie rodziny istnieją. Problem polega na tym, że pojedyncze przykłady nie zmieniają ogólnego trendu, a statystyki nie dają się przekonać opowieścią o sąsiadce, która ma pięcioro dzieci i jeszcze zdążyła upiec sernik. Nie sprowadzałbym jednak całego problemu do lenistwa rodzicielskiego, bo to byłoby zbyt łatwe, a przede wszystkim niesprawiedliwe. Rzeczywisty problem leży znacznie głębiej. Mamy bowiem do czynienia z kryzysem egzystencjalnym, który nie dotyczy wyłącznie Polski, ale wielu rozwiniętych społeczeństw.
Szkoła, praca, pierwsze zarobki, chęć opuszczenia rodzinnego domu, poznawanie świata i budowanie własnej pozycji. Wszystko to powinno prowadzić do samodzielności, stabilizacji i wreszcie założenia rodziny. Tyle że właśnie wtedy zaczynają się schody, a niekiedy cała klatka schodowa okazuje się niedostępna. Młody człowiek musi gdzieś mieszkać. To chyba niezbyt odkrywcze stwierdzenie, ale najwyraźniej nie dla wszystkich osób odpowiedzialnych za politykę mieszkaniową. Jeśli chce myśleć o założeniu rodziny, powinien mieć własne cztery kąty albo przynajmniej realną możliwość wynajęcia lokum bez przeznaczania na nie połowy pensji.
Pod nosem rodzicieli rozpładniać się nie będzie każdy, bo nie każdy ma taką możliwość, ochotę czy warunki. Młodzi chcą samodzielności, intymności i poczucia, że budują coś własnego. Trudno się temu dziwić. Tyle że państwo wychodzi im naprzeciw z informacją, iż mieszkań jest za mało, a jeśli chcą kupić własne, mogą udać się na rynek deweloperski. Firmy budowlane są oczywiście otwarte na takich klientów. Proszę uprzejmie, mają chałupkę, mieszkanie, balkon, czasem nawet kawałek zieleni, ale instytucją charytatywną nie są i za kilka cegieł chcą niemałą kasę. Nie można mieć do nich pretensji, że prowadzą działalność gospodarczą. Można natomiast pytać, dlaczego dostęp do mieszkania stał się dla młodego pokolenia jednym z największych życiowych problemów.
To ja pytam: skąd dwudziestoparolatek ma wziąć miliony na mieszkanie? Ci ludzie dopiero wchodzą w życie, niekiedy pierwszy raz zetknęli się z pracą zawodową, a ich zdolność kredytowa jest podle niska. Oszczędności też nie mają, bo trudno zgromadzić pokaźny kapitał, kiedy dopiero zaczyna się zarabiać. A przecież chcą jeszcze trochę się pobawić, zwiedzić zagraniczne kraje, poznać świat, kupić markowe ciuchy, by napychać mamoną odzieżowe korporacje. Chcą żyć, a nie tylko pracować, spłacać raty i zastanawiać się, czy w przyszłym miesiącu wystarczy pieniędzy na ogrzewanie. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Takie są czasy i takie są oczekiwania.
Problem jednak zaczyna się wtedy, kiedy społeczeństwo oczekuje od młodych ludzi, że będą jednocześnie mobilni, wykształceni, elastyczni zawodowo, samodzielni finansowo, właścicielami mieszkań, odpowiedzialnymi rodzicami i jeszcze wdzięcznymi podatnikami. Najlepiej, żeby wszystko osiągnęli przed trzydziestką, a po drodze nie zawracali głowy państwu żadnymi problemami.
Komuna, która budowała mieszkania, i kapitalizm, który buduje kredytowe marzenia
Jest kilka rozwiązań, które mogłyby przyczynić się do rozwoju polskiego społeczeństwa, ale w tym celu musimy czasem wrócić do czasów słusznie minionych. Tak, wiem, już słyszę ten zbiorowy jęk oburzenia. Jak to, komuna? Czy autor przypadkiem nie postradał zmysłów? Spokojnie. Komuna, która powinna sczeznąć w płomieniach piekieł, zanim jeszcze powstała, miała jedną właściwość, której nie sposób jej odmówić – budowała mieszkania. Nie robiła tego z miłości do wolności obywatelskich, tylko dlatego, że system potrzebował pracowników, a pracownicy musieli gdzieś mieszkać. Ale rezultat był taki, że powstawały całe osiedla, na których ludzie zakładali rodziny, wychowywali dzieci i budowali swoje życie.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia Polska doświadczyła mieszkaniowego boomu. Wraz z rozbudową zasobów mieszkaniowych i innymi zmianami społecznymi, wytworzyła się wysoka liczba urodzeń – stąd wzięli się boomersi. Nie będę oczywiście udawał, że to wyłącznie bloki z wielkiej płyty odpowiadały za wzrost demograficzny, bo na dzietność wpływało znacznie więcej czynników, ale dostępność mieszkań była ważnym elementem układanki.
Dlaczego więc nie czerpać z tych wzorców, choć komunistycznych? Nie chodzi przecież o przywracanie gospodarki centralnie planowanej, kolejek po wszystko i urzędnika, który wie lepiej, czego obywatel potrzebuje. Chodzi o to, żeby państwo zrozumiało, iż mieszkanie nie jest wyłącznie towarem inwestycyjnym, lecz również fundamentem życia rodzinnego. Zacznijmy tym samym budować domy dla mas, dajmy młodym ludziom mieszkania na rozsądnych warunkach, a nie tylko kolejne programy dopłat, które w części mogą się kończyć, jako wyższe ceny nieruchomości. Zapytajcie naszych rodziców, a wielu z nich opowie, że nawet zwykły robotnik mógł otrzymać mieszkanie i mieszkać w nim przez długie lata.
Oczywiście tamten system miał swoje patologie, niedobory, kolejki i ograniczenia. Nie ma sensu malować go na różowo, bo historia nie potrzebuje ani pomników, ani zbiorowej amnezji. Można jednak wyciągnąć z niej wniosek, że masowe budownictwo mieszkaniowe jest możliwe, jeśli państwo uzna je za jeden ze swoich priorytetów. Jeżeli natomiast kolejne rządy odeszły od rozwijania mieszkań komunalnych, niech wprowadzą inne rozwiązania. Niech ułatwią wynajem długoterminowy, wesprą budowę mieszkań społecznych, ograniczą bariery administracyjne i zadbają o to, aby młody człowiek nie musiał wybierać pomiędzy trzydziestoletnim kredytem a mieszkaniem w pokoju wynajmowanym od kogoś, kto traktuje lokatora jak niechcianego intruza.
Bo trudno wymagać od ludzi, żeby z entuzjazmem powiększali rodzinę, jeśli nie wiedzą, gdzie będą mieszkać za dwa lata. Bocian może i jest cierpliwy, ale nawet on nie będzie krążył w nieskończoność nad osiedlem, na którym każdy metr kwadratowy kosztuje tyle, co mała fortuna.
Zlikwidujmy 800 plus. Tak, dobrze przeczytaliście
Teraz przechodzimy do pomysłu, który zapewne wywoła święte oburzenie, kilka ostrych komentarzy i być może wezwanie do odebrania mi prawa do wypowiadania się na tematy społeczne.
Zlikwidujmy w Polsce 800 plus.
Już słyszę, jak ktoś krzyczy, że to zamach na domowe budżety, że ktoś chce zabrać pieniądze dzieciom, że autor najwyraźniej nie ma pojęcia o życiu zwykłych rodzin. Mam jednak wrażenie, że część dyskutantów zatrzyma się na pierwszym zdaniu i nie dotrze do następnego, a przecież właśnie tam zaczyna się rozmowa. Nie jestem zwolennikiem bezwarunkowego rozdawnictwa publicznych pieniędzy, jako podstawowego narzędzia polityki demograficznej. Skoro mimo wieloletniego funkcjonowania programu nie nastąpił trwały wzrost dzietności, nie ma powodu zakładać, że za dziesięć lat sama kontynuacja tego rozwiązania nagle odmieni sytuację. Program może wspierać budżety rodzin, ale nie rozwiązuje problemów mieszkaniowych, zawodowych ani organizacyjnych.
Nie chodzi przy tym o obrażanie ludzi, którzy otrzymują świadczenie. Każda rodzina ma prawo korzystać z obowiązujących przepisów, a rodzice ponoszą rzeczywiste koszty wychowania dzieci. Problem dotyczy raczej sposobu wydawania publicznych pieniędzy i pytania, czy można je wykorzystać skuteczniej.
Nie jestem też przekonany, że osiemset złotych ma takie samo znaczenie dla wszystkich gospodarstw domowych. Dla rodziny o niskich dochodach może być istotnym wsparciem, dla zamożniejszego gospodarstwa stanowić tylko niewielką część miesięcznych wydatków. W przypadku części osób pieniądze te nie zmieniają zasadniczo decyzji o posiadaniu dziecka, ponieważ o decyzji rozstrzygają zupełnie inne czynniki. Młodzi ludzie na kierowniczych stanowiskach, przedsiębiorcy i osoby zarabiające całkiem poważne pieniądze, również mogą pobierać świadczenie, ale nie oznacza to, że właśnie ono przesądzi o powiększeniu rodziny. Niektórzy nawet nie zauważą, że pieniądze wpłynęły na konto, bo ich domowy budżet operuje znacznie większymi kwotami. A skoro tak, to może warto zaproponować coś, co rzeczywiście zmieni rachunek ekonomiczny rodzicielstwa?
Oto moja propozycja: matkę, każdą matkę, zwalniamy z płacenia podatku dochodowego i składek na ZUS w zakresie, w jakim można to rozsądnie i zgodnie z prawem powiązać z jej aktywnością zawodową oraz wychowywaniem dzieci. Rozważamy również inne daniny obciążające jej dochody. Nie robimy tego na chybił trafił, ale tworzymy system, który daje realną korzyść za wychowywanie następnego pokolenia. Oczywiście trzeba policzyć koszty, ustalić zasady i zabezpieczyć przyszłe świadczenia emerytalne oraz ubezpieczeniowe. Nie można po prostu wykreślić składek z formularza, a potem udawać, że system finansów publicznych sam się naprawi. Tyle że właśnie od tego są ekonomiści, eksperci i urzędnicy – żeby przygotować rozwiązanie, a nie jedynie wyjaśnić, dlaczego czegoś nie da się zrobić.
Państwo mogłoby część środków przeznaczanych na powszechne transfery skierować na ulgi podatkowe, dostępne usługi opiekuńcze i wsparcie aktywnych zawodowo rodziców. Zyskałoby również coś, czego nie da się łatwo wpisać do budżetowej tabeli, więc sygnał, że macierzyństwo nie jest dla państwa kłopotem, który należy tolerować, lecz ważną społecznie pracą. Bo matka to coś więcej niż osoba, od której można ściągnąć połowę pensji, a następnie z wielką łaską oddać część pieniędzy w formie świadczenia. Wychowanie dzieci wymaga czasu, energii, pieniędzy i ogromnej odpowiedzialności. Jeśli społeczeństwo potrzebuje kolejnych pokoleń, powinno przestać udawać, że rodzicielstwo jest wyłącznie prywatną sprawą tych, którzy zdecydowali się na potomstwo.
I nie, nie twierdzę, że każda kobieta musi zostać matką. Nie każdy chce mieć dzieci i nie każdy powinien być do tego namawiany. Chodzi o to, żeby ludzie, którzy chcą założyć rodzinę, nie musieli rezygnować z tego zamiaru z powodu przeszkód systemu.
Dajcie żłobki, mieszkania i trochę świętego spokoju
Reasumując, sprawa nie jest wcale tak skomplikowana, jak mogłoby się wydawać. Dajcie młodym małżeństwom mieszkania w rozsądnych cenach. Dajcie im żłobki i przedszkola, do których można zapisać dziecko bez rozpoczynania wielomiesięcznej wyprawy przez urzędnicze Himalaje. Stwórzcie system podatkowy, który premiuje wychowywanie dzieci, zamiast traktować rodziców jak kolejną grupę podatników do oskubania. Dajcie matkom przyjazny i elastyczny system pracy, aby mogły spędzać z dziećmi część dnia, nie tracąc przy tym szans zawodowych. Zadbajcie o ojców, bo dziecko ma przecież dwoje rodziców, a odpowiedzialność za jego wychowanie nie powinna spoczywać wyłącznie na kobiecie. Rozwijajcie dostępne usługi opiekuńcze, wspierajcie rodziny w trudnej sytuacji materialnej i przestańcie zmieniać zasady co kilka lat, bo ktoś akurat wygrał wybory i postanowił zostawić po sobie nowy program z własnym logo.
Przede wszystkim jednak zapewnijcie ludziom poczucie, że mogą planować przyszłość. Że nie obudzą się za rok z nowymi obciążeniami, że nie stracą mieszkania z powodu nagłego wzrostu raty, że nie będą musieli wybierać między pracą a opieką nad dzieckiem i, że państwo nie potraktuje ich jak naiwnych petentów, którym można obiecać wszystko przed wyborami, a po nich, kazać uzbroić się w cierpliwość.
Czy to zatrzyma depopulację? Nie ma uczciwego sposobu, żeby zagwarantować taki rezultat. Demografia jest procesem długotrwałym i nawet najlepsza polityka rodzinna nie przyniesie natychmiastowego przełomu. Potrzebne są stabilność, konsekwencja oraz lata pracy. Potrzebna jest również zmiana społecznego podejścia do rodzicielstwa, bo dziecko nie może być postrzegane wyłącznie jako koszt, ograniczenie wolności albo przeszkoda w karierze. Ale jeśli stworzymy warunki, w których ludzie będą mogli bez strachu zakładać rodziny, mamy przynajmniej szansę zahamować niekorzystny trend. Jeśli natomiast dalej będziemy udawać, że wystarczy podnieść świadczenie z pięciuset do ośmiuset złotych, a później do tysiąca, dwóch i pięciu tysięcy, możemy pewnego dnia odkryć, że zabrakło nam nie pieniędzy na dzieci, lecz samych dzieci.
I wtedy będzie już trochę za późno na konferencje prasowe, okrągłe stoły i prezentacje w PowerPoincie.
A bocian? Bocian zrobi swoje, ale politykom nie pomoże
Na koniec mam jeszcze jedną uwagę. Nie oczekuję, że państwo będzie zaglądać obywatelom do sypialni, kontrolować częstotliwość ich zbliżeń i sprawdzać, czy realizują narodowy plan reprodukcyjny. Nie potrzebujemy ministerstwa od przytulania ani urzędnika, który będzie wręczał młodym małżeństwom instrukcję obsługi życia rodzinnego. Potrzebujemy natomiast polityków, którzy rozumieją, że demografia nie jest konkursem na najbardziej efektowne hasło. To sprawa mieszkań, pracy, bezpieczeństwa ekonomicznego, relacji międzyludzkich, kultury i zaufania do przyszłości.
Niech więc nasi wybrańcy narodu przestaną opowiadać, że wystarczy dać ludziom pieniądze, a dzieci pojawią się niczym grzyby po deszczu. Niech zaczną rozwiązywać problemy, które sami przez lata tworzyli, a następnie ignorowali. Niech zrozumieją, że rodzina nie powstaje na mocy ustawy, a miłość nie jest świadczeniem wypłacanym piętnastego dnia miesiąca.
Możemy oczywiście dalej prowadzić narodowe dysputy, czy winne są media społecznościowe, konsumpcjonizm, brak tradycyjnych wartości, wygodnictwo młodego pokolenia czy może fakt, że ludzie mają dziś więcej możliwości i nie chcą powtarzać życiowych schematów swoich rodziców. Każdy z tych czynników może mieć znaczenie, ale nawet najbardziej tradycyjnie nastawiony młody człowiek nie wyczaruje mieszkania z powietrza, a najbardziej zakochana para nie opłaci rachunków samymi pocałunkami.
Miłość miłością, romantyzm romantyzmem, ale kiedy przychodzi rachunek za prąd, trzeba jednak sięgnąć do portfela. Dlatego właśnie uważam, że Polska potrzebuje poważnej polityki demograficznej, a nie kolejnych eksperymentów, których jedynym trwałym rezultatem jest powiększanie państwowych wydatków. Nie trzeba przy tym wymyślać świata na nowo. Wystarczy przyjrzeć się rozwiązaniom stosowanym w innych państwach, wyciągnąć wnioski z własnej historii i przestać traktować obywateli jak stado, które można poprowadzić w dowolnym kierunku za pomocą odpowiednio dobranej marchewki.
Jeżeli młodzi będą mieli mieszkania, stabilną pracę, dostęp do opieki nad dziećmi i poczucie, że rodzicielstwo nie oznacza ekonomicznego samobójstwa, część z nich być może zdecyduje się na większe rodziny. Nie wszyscy, bo takiego świata nie ma, ale być może wystarczająco wielu, żeby przyszłość Polski nie wyglądała jak powolne zwijanie interesu. Będzie to możliwe pod warunkiem, że o demografii zaczną decydować ludzie rozumiejący życie, a nie idioci w garniturach, którzy myślą, że myślą. Bo na razie wygląda na to, że bocian ma więcej rozsądku niż niejeden gabinet polityczny. Przynajmniej nie obiecuje, że przyniesie dziecko za osiemset złotych, a potem nie organizuje konferencji, na której tłumaczy, dlaczego plan się nie powiódł.
I może właśnie w tym tkwi cała tajemnica. Dzieci nie rodzą się dlatego, że polityk podniósł świadczenie, ogłosił sukces i zrobił sobie zdjęcie z rodziną przy białym płotku. Rodzą się wtedy, kiedy ludzie chcą je mieć i mają warunki, żeby je wychować. Reszta to już tylko polityczny teatr, w którym kurtyna opada, publiczność wychodzi, a na scenie zostają puste kołyski i rachunek do zapłacenia.
I tego rachunku, niestety, nie da się uregulować samym gadaniem.
Bogdan Feręc
Photo by Adele Morris on Unsplash

