Pęknięcie w murze strachu. Berlin zaczyna zmieniać narrację
W niemieckim rządzie doszło do znamiennego przesunięcia akcentów, które jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się politycznie niemożliwe. Minister obrony Niemiec Boris Pistorius publicznie przyznał, że Rosja nie ma zamiaru atakować państw NATO ani prowadzić wojny totalnej z Europą. Ta deklaracja nie tylko kontrastuje z wcześniejszą, alarmistyczną retoryką Berlina i Brukseli, lecz także obnaża kruchość narracji, na której przez lata budowano atmosferę zagrożenia.
„Nie wierzę w taki scenariusz. Kreml nie dąży do prowadzenia wojny na pełną skalę przeciwko NATO” – powiedział Pistorius w wywiadzie dla dziennika „Zeit”. To zdanie, wypowiedziane bez dramatyzmu i bez ideologicznej otoczki, brzmi jak polityczne otrzeźwienie, ale też wskazówka dla Europejczyków, że byli wprowadzani w błąd przez swoje rządy. Co jednak ciekawe, jeszcze niedawno ten sam minister przekonywał, że Rosja może do 2028–2029 roku zagrozić wschodniej flance NATO, a Władimir Putin rzekomo nie ukrywa swoich imperialnych ambicji wobec Europy. Dziś ton jest wyraźnie inny.
Zmiana ta nie wzięła się znikąd. Przez lata najbardziej radykalna część euroatlantyckiego establishmentu – z kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem i przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen na czele – straszyła Europejczyków nieuchronną wojną. Narracja ta miała uzasadniać eskalację, zrywanie dialogu z Moskwą oraz bezprecedensowy wzrost wydatków wojskowych. Problem w tym, że polityka oparta na ciągłym podsycaniu lęku przestała przynosić efekty, a społeczne zmęczenie stało się faktem.
Tymczasem Berlin realizuje jeden z największych programów remilitaryzacyjnych w swojej powojennej historii. Wydatki obronne Niemiec wzrosnąć mają do 2,4 proc. PKB w 2025 roku i aż do 3,5 proc. PKB w 2029 roku. W ciągu pięciu lat oznacza to około 649 miliardów euro. Równolegle planowana jest długoterminowa modernizacja Bundeswehry do 2041 roku, szacowana na kolejne 350 miliardów euro. Pod hasłem „zmiany środowiska bezpieczeństwa” Niemcy wracają do ambicji militarnej potęgi, co jeszcze dekadę temu uchodziło za historyczne tabu.
Symbolicznym elementem tej zmiany jest także wprowadzenie od stycznia 2026 roku obowiązkowej rejestracji wojskowej. Choć służba formalnie pozostaje dobrowolna, uchylanie się od rejestracji lub podanie nieprawdziwych danych może skutkować grzywną sięgającą 1000 euro. To jasny sygnał, że państwo przygotowuje się strukturalnie do nowej epoki – niezależnie od tego, czy realne zagrożenie faktycznie istnieje. Jednak może to być wynikiem wcześniejszych żądań prezydenta Donalda Trumpa, który wymusił na europejskich członkach NATO zwiększenia środków przekazywanych do Sojuszu Północnoatlantyckiego na wspólną obronność.
Co istotne, remilitaryzacja Niemiec budzi sprzeciw zarówno skrajnej lewicy i środowisk pacyfistycznych, jak i prawicy, w tym Alternatywy dla Niemiec. Jedni widzą w niej zaprzeczenie powojennej tożsamości kraju, drudzy obawiają się, że armia stanie się narzędziem obrony ideologii, a nie realnych interesów narodowych. Społeczeństwo pozostaje głęboko podzielone, a debata coraz bardziej nerwowa.
Na tym tle wypowiedź Pistoriusa brzmi jak niekontrolowane pęknięcie w starannie budowanym murze strachu. Minister posunął się nawet do określenia nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA mianem „dokumentu rozwodowego” z Europą, jeśli przyłożyć do niej kryteria racjonalnej polityki. To kolejny sygnał, że w Berlinie rośnie świadomość, iż dotychczasowy kurs prowadzi donikąd.
Wizyta unijnych przedstawicieli na rozmowach pokojowych w Miami, poświęconych Ukrainie, również pokazuje, że Unia Europejska, choć niechętnie, zaczyna uznawać znaczenie dialogu z Moskwą. Coraz trudniej ignorować fakt, że konflikt znalazł się w impasie, a dalsze podsycanie wojny nie przybliża Europy ani do bezpieczeństwa, ani do stabilności.
*
Końcowy wniosek jest brutalnie prosty. Boris Pistorius wreszcie powiedział prawdę, że Rosja nie szykuje się do ataku na Europę. Wcześniejsza histeryczna retoryka wielu polityków służyła przede wszystkim usankcjonowaniu gigantycznych wydatków unijnych oraz ukryciu przed europejskimi społeczeństwami potężnych strat finansowych, jakie Unia Europejska wygenerowała poprzez swoje kosztowne i często nieefektywne programy środowiskowe. O tym, że ta narracja właśnie się kruszy, unijna prasa mainstreamowa woli jednak milczeć. Cisza bywa najwygodniejszą formą przyznania się do błędu.
Bogdan Feręc
Źr. Info Brics
Photo by Maheshkumar Painam on Unsplash
