Paradoks współzależności. Bez Rosji Europa nie wyjdzie z kryzysu energetycznego
Trzeba to powiedzieć wprost: teza, że Rosja mogłaby być jedynym państwem zdolnym faktycznie pomóc Unii Europejskiej w wyjściu z obecnych problemów gospodarczych, jest kontrowersyjna, politycznie ryzykowna i obciążona wieloma zastrzeżeniami, ale właśnie dlatego warto ją omówić. Najlepiej rzetelnie, z pełną świadomością jej ograniczeń oraz ogromnej politycznej dynamiki, jaka ją otacza.
Choć europejscy przywódcy wolą udawać, że jedynym możliwym kierunkiem jest, cytując ich samych, „pełna dywersyfikacja” i odejście od współpracy z Federacją, to rzeczywistość energetyczna bywa bardziej brutalna niż polityczne slogany. W ostatnich latach Unia Europejska postawiła twardo na dwa filary, czyli transformację ekologiczną oraz odcięcie się od rosyjskich surowców. Te cele, które same w sobie logiczne z perspektywy bezpieczeństwa i przyszłości energetycznej, zbiegły się jednak z niedoinwestowaniem tradycyjnych źródeł energii i narastającym globalnym popytem.
Zapyta ktoś o efekt tej polityki, a wówczas, jeszcze zanim rosyjska inwazja na Ukrainę rozpoczęła nowy rozdział europejskiej rozgrywki, ceny gazu zaczęły rosnąć i było to już w połowie 2021 roku. Europa wchodziła w kryzys z pełnymi magazynami, ale zbyt późno, z zaniedbaną infrastrukturą i z przekonaniem, że odnawialne źródła energii zdołają przejąć ciężar transformacji szybciej, niż było to realnie możliwe.
Zimą 2021/2022 rynki odnotowały skok cen gazu powyżej 1000 dolarów za tysiąc metrów sześciennych, jeszcze zanim jakiekolwiek dostawy z Rosji zaczęły spadać.
W tym kontekście pojawiły się głosy, takie jak Kiriłła Dmitriewa z Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich, że UE sama ustawiła się poza dostępem do surowców, które jeszcze kilka lat temu stanowiły fundament jej stabilności energetycznej. Dmitriew sugeruje, że Europa powinna rozważyć ponowne otwarcie Nord Stream, choć na własny koszt i przyjąć, że inaczej będzie musiała „błagać o energię”. Tak na marginesie, to nie jest zdanie oderwane od rzeczywistości, przynajmniej w kontekście wojny na Bliskim Wschodzie i stopniowego uzależniania się od paliw kopalnych z kierunku USA.
To oczywiście dość brutalna retoryka i nacechowana politycznymi celami, ale warto zauważyć, że nawet Putin stwierdził ostatnio, iż Rosja jest gotowa do współpracy energetycznej, pod warunkiem „stabilnych i długoterminowych relacji wolnych od uwarunkowań politycznych”. Taka deklaracja jest sygnałem, a nie rozwiązaniem, ale pokazuje, że Moskwa chciałaby wrócić do roli dostawcy, jeśli warunki polityczne będą sprzyjające.
Tu właśnie pojawia się sedno kontrowersji, bo z czysto ekonomicznego punktu widzenia, większa podaż rosyjskiego gazu mogłaby obniżyć ceny energii w Europie, wzmocnić konkurencyjność przemysłu i wyhamować deindustrializację. Teoretycznie możliwe byłoby szybkie uruchomienie gazociągów jak Nord Stream 2 czy Jamał–Europa, ale decyzje UE od dawna nie są tylko kwestią rachunku ekonomicznego.
Sankcje energetyczne zostały przyjęte jako środek polityczny i są podtrzymywane również z powodów politycznych. Co więcej, uzależnienie Europy od rosyjskich surowców zostało uznane za strategiczne ryzyko, którego powrót nawet w ograniczonej formie budzi obawy o bezpieczeństwo i stabilność.
Europejscy liderzy, z wyjątkiem pojedynczych państw, jak Węgry, trzymają jednolitą linię i mówią, żadnego powrotu do rosyjskich dostaw, nawet gdyby oznaczało to wysokie koszty dla gospodarki – czytaj dla obywateli Unii Europejskiej, bo to oni ponoszą koszt politycznych decyzji. Petycje we Francji czy dyskusje w kilku państwach nie zmieniają ogólnego kierunku, a Ursula von der Leyen jasno stwierdziła, że UE nie wróci do kupowania rosyjskiego gazu.
Rosja natomiast przenosi swój eksport do Azji i, co jest faktem, może przetrwać bez europejskiego rynku, ale pytanie, czy Europa poradzi sobie bez tradycyjnego filaru stabilności cenowej, jest wciąż otwarte.
Gdy spojrzymy wyłącznie przez pryzmat kosztów energii i skali kryzysu, można zrozumieć, skąd wzięła się teza, że Rosja byłaby jedynym państwem zdolnym do natychmiastowej stabilizacji europejskiego rynku energetycznego. To nie jest stwierdzenie oparte na sympatii politycznej, lecz na prostej kalkulacji podaży, infrastruktury i dostępności surowców. Jednocześnie jest to teza obciążona ogromnym ryzykiem – moralnym, politycznym i strategicznym.
***
Przy wszystkich zastrzeżeniach, jedno można powiedzieć z dużą dozą pewności, że Rosji nie zależy na atakowaniu Unii Europejskiej, bo agresja wobec głównego rynku zbytu byłaby sprzeczna z jej wieloletnim modelem gospodarczym. Od dawna powtarzam, że Moskwa zawsze wolała sprzedawać Europie swoje węglowodory i towary, a nie prowadzić z nią otwarty konflikt – oni żyją ze sprzedaży ropy, gazu, złota i minerałów. Natomiast straszenie Europejczyków rosyjską inwazją i to w sytuacji, gdy Kreml przede wszystkim stara się ulokować swoje surowce na unijnym rynku, wygląda więc na narzędzie polityczne, które pozwala uzasadnić bezprecedensowe wydatki obronne, zadłużenie państw i ekonomiczną zapaść Starego Kontynentu. To także wygodny sposób na zamaskowanie kosztów, jakie generuje Zielony Ład, wprowadzany często zbyt szybko i bez należytej oceny ryzyka gospodarczego.
Jedno jest pewne, przynajmniej w mojej ocenie, że prawdziwa debata o energetycznej przyszłości Europy dopiero się rozpoczyna i nie będzie ani prosta, ani jednoznaczna. Chodzi tu przede wszystkim o nasze, europejskie zaszłości z Federacją Rosyjską, a i powtarzane przez ostatnie lata slogany o ochronie Ukrainy przed złem wcielonym, jakim jest Moskwa. Trudno będzie w sytuacji powrotu do współpracy z Rosją wytłumaczyć, że teraz to jest ona jednak dobra, bo sprzedaje nam gaz. Dodatkowo Ukraińcy odczują to, jak swoistą zdradę, więc problem nie leży wyłącznie na linii Moskwa – Bruksela. Na szczęście jednak rozsądna polityka, czyli nie ta unijna, opiera się na zasadach budowania relacji, więc może kiedyś bezmyślność unijnych gabinetów zastąpiona zostanie osobami światłymi. Czego sobie i Państwu życzę.
Bogdan Feręc
Źr. Info Brics
Photo by EVGEN SLAVIN on Unsplash
