Nie lękajcie się – będzie dopłata
Zanosi się na to, że w przyszłorocznym budżecie Irlandii pojawi się dopłata do prądu lub ogrzewania, a zaczynają na to wskazywać pewne niepodważalne fakty, chociaż – co za niespodzianka – nie płyną one bezpośrednio z samego Dublina. Dzisiaj zabawię się w proroka, bo w sumie dlaczego by nie, skoro to całkiem wdzięczne i darmowe zajęcie, niewymagające płacenia podatku od wróżenia. W przeszłości udało mi się już bezbłędnie przewidzieć kilka istotnych wydarzeń polityczno-ekonomicznych na tej naszej deszczowej wyspie, więc mogę z dużą dozą pewności założyć, że i tym razem intuicja mnie nie zawiedzie, a moje prorocze wizje staną się ciałem.
Muszę zacząć jednak od samego początku, czyli od odwiecznych prawideł rynkowych, które rządzą naszymi portfelami w sposób bezwzględny. Spójrzmy na ceny ropy i gazu, które zaczną wkrótce gwałtownie drożeć, a stanie się to z powodów starych jak sam kapitalizm. Po pierwsze, ruszają wielkie, przedzimowe przygotowania do okresu grzewczego w Europie, kiedy to każdy kraj zaczyna nerwowo chomikować wszystko, co da się podpalić, byle tylko zapewnić wyborcom iluzję ciepła. Po drugie, wciąż odbijają się nam czkawką skutki odcięcia od tradycyjnych dostaw z Rosji oraz permanentna, pełzająca wojna w Zatoce Perskiej, która co rusz podbija giełdowe wykresy do czerwoności.
To były niezbędne podstawy teoretyczne, które zgrabnie przeprowadzą nas przez cały skomplikowany proces myślowy w Unii Europejskiej, a ta ponownie, z uporem godnym maniaka, okazuje się zupełnie niegotowa na nadchodzącą zimę. Standardowo na brukselskich salonach mówi się oczywiście o wielkim sukcesie, o systematycznym uzupełnianiu zapasów, o spektakularnych zakupach węglowodorów, a nawet o podpisywaniu przełomowych, nowych umów z alternatywnymi dostawcami. Jednak w tych wszystkich pełnych samozachwytu przemówieniach zdegenerowanych elit, dziwnym trafem nie wspomina się o jednej, kluczowej kwestii, a mianowicie o astronomicznych cenach, które dyktują nam owi nowi, zbawienni dostawcy. Te liczby pojawią się natomiast w oficjalnych cennikach we wrześniu, a może nawet w końcówce sierpnia, kiedy to letnia beztroska ustąpi miejsca jesiennej chandrze. Będzie wówczas zdecydowanie zbyt późno, żeby jakkolwiek racjonalnie na to wszystko zareagować, bo machina rynkowa ruszy z kopyta, nie pytając nikogo o zdanie.
Przejdźmy jednak do clou programu, bo miałem przecież wróżyć naszej ukochanej Irlandii, która w ostatnim roku modelowo pozostawiła swoich mieszkańców bez jakiejkolwiek realnej pomocy energetycznej. Nasz jakże sprawny, wręcz tytaniczny gabinet zadecydował wówczas w swojej nieskończonej mądrości, iż ludziom na wyspie żyje się dostatecznie dostatnio i luksusowo, a co za tym idzie, nie są im potrzebne żadne ekstra dodatki na olej opałowy, gaz czy prąd.
Rządzący uznali zapewne, że irlandzki hart ducha i wełniany sweter z Wysp Aran w zupełności wystarczą do przetrwania chłodnych miesięcy. Efekt tego genialnego posunięcia mamy dzisiaj czarno na białym, a jest nim potężna, bo półmilionowa armia obywateli z gigantycznym zadłużeniem wobec dostawców nośników energii. Ludzie po prostu musieli wybierać między ciepłym kaloryferem a posiłkiem, ale to przecież tylko taki drobny statystyczny szczegół, którym rządzący w Dublinie akurat niespecjalnie się przejmują.
Dzisiejsze tuzy irlandzkiej polityki nie mówią jeszcze otwarcie, że coś tam ludziom dadzą, czyli, że łaskawie rzucą jakiś marny ochłap z pańskiego, suto zastawionego stołu. Na razie jedynie wysyłają subtelne sygnały, puszczają oko do elektoratu i bąkają pod nosem, że być może, w drodze absolutnego wyjątku, pochylą się nad losem maluczkich.
Tym nieśmiałym zapowiedziom raczej nie można bezgranicznie wierzyć, bo mówią to w końcu zawodowi politycy, czyli istoty zaprogramowane do tego, by w dowolnym momencie zmienić zdanie. Za kilka miesięcy mogą ze smutnymi minami stwierdzić przed kamerami, że bardzo chcieli, ale się nie udało, sytuacja geopolityczna uległa nagłej zmianie, a napięty budżet państwa po prostu nie udźwignie dodatkowych, nieprzewidzianych wydatków na pomoc socjalną.
Wiem jednak doskonale, jako samozwańczy prorok tej wyspy, że w polityce międzynarodowej nic nie dzieje się bez wyraźnej przyczyny. Skoro Dublin milczy, oznacza to po prostu, że nie przyszły jeszcze oficjalne rozkazy i wytyczne z Brukseli, więc i żadnych wiążących wiadomości dla energetycznego plebsu na razie być nie może. Wystarczy jednak porzucić na chwilę lokalne podwórko i spojrzeć szerzej na kontynent europejski. Tam, jeden za drugim, szanujące się rządy państw członkowskich z wielką pompą zapowiadają, iż właśnie w pocie czoła przygotowują kompleksowe zimowe pakiety pomocowe dla swoich obywateli. Co to w praktyce oznacza dla nas? To oczywisty znak, że ogólna sytuacja społeczna w Europie zaczyna niebezpiecznie odbiegać od tej pożądanej przez polityczne pseudoelity. Nastroje społeczne gęstnieją, ludzie zaczynają głośno narzekać, więc władza musi wykonać jakiś ruch, żeby profilaktycznie zatkać rozwrzeszczane gęby zniecierpliwionym podatnikom, zanim ci wyjdą na ulice.
Na oficjalne zapowiedzi o dodatkach na ogrzewanie zdecydowały się już rządy w Polsce, we Włoszech, w Czechach oraz w Austrii, a i Niemcy cicho przebąkują w kuluarach władzy, że raczej też coś tam swoim obywatelom dorzucą do pieca.
Dla każdego sprawnego obserwatora sceny politycznej jest to niechybny, wręcz namacalny znak, że zakulisowe rozmowy są już na ukończeniu. Komisja Europejska lada moment da wszystkim krajom zielone światło, po czym łaskawie pozwoli, aby rządy krajowe potrząsnęły głęboko państwową kabzą w imię ratowania stabilności społecznej.
Tym samym, stojąc na straży moich proroczych przekonań, uznaję za pewnik, że Dublin wkrótce również pęknie. Już niedługo usłyszymy, jak nasi ministrowie w radosnych, pełnych empatii słownych pląsach poinformują naród, że sytuacja jest niezwykle ciężka, że budżet trzeszczy w szwach i będzie im potwornie trudno, ale oni, w swojej niezmierzonej wielkoduszności, dadzą jednak ludziom te upragnione dodatki. Ogłoszą to jako wielki, historyczny sukces humanitarny obecnego gabinetu, który z narażeniem własnej stabilności finansowej postanowił wesprzeć ukochanych obywateli (płatników podatków) w tej zbliżającej się, acz trudnej, zimowej porze. Oczywiście na tym etapie nie mogę z aptekarską dokładnością powiedzieć, ile dokładnie tej ciężko zarobionej kasy z naszych własnych podatków wróci ostatecznie do portfeli mieszkańców Szmaragdowej Wyspy. Znając jednak realia tego kraju i stopień skąpstwa tutejszych urzędników, zapowiada się po prostu, że jednak coś nam z tego pańskiego stołu skapnie, pozwalając na opłacenie chociażby ułamka z tych astronomicznych rachunków, które jesienią zaleją nasze skrzynki pocztowe.
Możemy się zatem spodziewać klasycznego festiwalu politycznej hipokryzji, gdzie najpierw zostaniemy maksymalnie przerażeni wizją mroźnej zimy, bo El Niño szaleje, by następnie pojawiły się horrendalnie wysokie ceny energii, a następnie ten sam rząd, który doprowadził do obecnego stanu rzeczy, wkroczy na białym koniu jako jedyny i ostateczny zbawca narodowy.
Dopłaty zostaną opakowane w piękne, marketingowe hasła o solidarności społecznej i trosce o najsłabszych, choć pod spodem będzie to zwykły, cyniczny zabieg mający na celu kupienie sobie świętego spokoju na kolejne miesiące rządzenia. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko z ironicznym uśmiechem obserwować ten spektakl i czekać na moment, w którym obiecane pieniądze, będące przecież naszą własnością, wspaniałomyślnie trafią z powrotem na nasze konta bankowe.
Bogdan Feręc
Photo by Markus Spiske on Unsplash
