Narodowy Szpital Dziecięcy, jeżeli nie zdążą dorosnąć i nie będą potrzebować geriatrii
Irlandia znów to zrobiła, można też zakrzyknąć za klasykiem „mamy to”, czyli znów przesunęła termin oddania do użytku Narodowego Szpitala Dziecięcego i to w takim stylu, że nawet ślimak na prochach wydawałby się przy tym sprinterem, a gdyby za każde opóźnienie tej budowy rozdawano punkty lojalnościowe, cały kraj miałby już dożywotni rabat w sklepach ze sprzętem medycznym.
Komisja Zdrowia Oireachtas usłyszała od Davida Gunninga z Krajowej Rady ds. Rozwoju Szpitala Pediatrycznego rzecz zarazem prostą, jak i skandaliczną: termin 30 kwietnia? Zapomnijcie. Nowej daty? Nie ma. Zero. Null. Tylko echo i dobre chęci. To już nie jest żaden poślizg, to jest poetycka epopeja o tym, jak wielomiliardowa inwestycja może wlec się 40 miesięcy, łapiąc osiemnaście (!) poślizgów po drodze. Tyle razy, że trudno to już nawet nazwać opóźnieniami, bo to cykl przyrodniczy.
Simon Harris zachowuje pokerową twarz, choć zza niej wystaje już wyraźny grymas. Opowiada o „wcześniejszym dostępie” do części pięter i sam przyznaje, że to ironiczne. No ba, to jak mówić, że ktoś „wcześnie” wrócił do domu o 3:45 nad ranem. Według ministra Harrisa jesteśmy „na wyciągnięcie ręki” od zakończenia budowy. Problem w tym, że tą ręką można jedynie pomachać w stronę BAM, firmy, która powinna być już dawno na mecie, a tymczasem drepcze, przestawia narzędzia z kąta w kąt i zgłasza roszczenia jak uczeń wymówki przed klasówką.
Fakty są żelazne, więc do weryfikacji zaproponowano 3726 pokoi, ale tylko 2854 z nich przeżyło spotkanie z rzeczywistością, co oznacza, że prawie połowa budynku wygląda tak, jakby ktoś ją robił „na oko”. Po 40 miesiącach prac mamy dostęp zaledwie do trzech z siedmiu poziomów. A wciąż mówimy o szpitalu, który kosztuje 2,2 miliarda euro, czyli tyle, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ktoś tam przypadkiem nie buduje jeszcze ukrytej stacji kosmicznej.
BAM miał dostarczać 400 pokoi tygodniowo, tymczasem budowa idzie tak wolno, jakby każdy pokojowy kontakt trzeba było negocjować osobno. Szpital nalicza firmie karne odsetki w kwocie ponad 40 mln euro, a jakby tego było mało, firma BAM zgłosiła 3505 roszczeń na łączną kwotę 899,6 mln euro. Po niezależnej ocenie? Magiczny spadek do 53 mln euro, a to nie jest różnica, to jest przepaść, nad którą można by zawiesić całe M50.
W wizjach kierownictwa CHI roboty już krążą po korytarzach, wożąc kanapki niczym małe futurystyczne droidy. Problem w tym, że zanim dotrą do dzieci, same zdążą przejść na emeryturę. W tym wszystkim najlepiej wypada Dom Ronalda McDonalda, ten akurat stoi, działa i będzie mógł przyjąć 52 rodziny. Wygląda na to, że jedyny budynek w całej inwestycji, który nie dostał czkawki, to ten, który… nie jest budowany przez BAM.
Gdyby Narodowy Szpital Dziecięcy był dzieckiem, to w chwili obecnej skończyłby przedszkole, zacząłby czytać, być może nauczyłby się jazdy na rowerku, a wciąż NIE BYŁBY LABIRYNTEM POKOI NIESPEŁNIAJĄCYCH NORM. Jego budowa trwa już tak długo, że niebawem będzie można tam otworzyć oddział geriatrii – dla tych, którzy zaczęli planować projekt jako młodzi ludzie.
Każdy kolejny dzień tej epopei jest jak odcinek serialu, którego nikt już nie ogląda, ale wszyscy znają streszczenie, bo i tak pojawia się w wiadomościach. Irlandia nie potrzebuje „wcześniejszego dostępu”, nie potrzebuje kolejnych spotkań, zapewnień, komitetów i chwytliwych cytatów polityków. Irlandia potrzebuje szpitala. Tylko i aż tyle. A na razie? Jedyną rzeczą, która działa tu punktualnie, są… komunikaty o opóźnieniach.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Dzięki uprzejmości RTE
