Nadchodzi czas letni i stara dyskusja, która nie chce umrzeć
W Irlandii czuć już wiosnę nie tylko w powietrzu, ale i na zegarkach, a w nocy z soboty na niedzielę 29 marca o godzinie 1:00 przesuniemy wskazówki o godzinę do przodu i oficjalnie wkroczymy w czas letni. Jedna godzina „snu mniej”, ale w zamian otrzymamy coś cenniejszego, więc długie, jasne wieczory, które już za kilka dni będą kończyć się zachodem słońca po 20:00, by następnie jasno było nawet do 23:00.
To moment, który wielu wita z ulgą, bo zima w Irlandii potrafi być jak stary film bez happy endu – krótki dzień, długie cienie i światło, które znika szybciej niż cierpliwość do poniedziałku. Zmiana czasu przynosi więc obietnicę, co oznacza więcej życia po pracy, więcej spacerów, więcej świata po godzinach. Jest jednak też druga strona tej historii i coraz więcej osób, w tym specjaliści ds. ekonomii mówią pytająco wprost, że może już wystarczy tej zabawy w przestawianie zegarków?
Umówmy się, że cały ten mechanizm to relikt dawnych czasów, kiedy liczono każdy promień światła jak złoto. Dzisiaj świat działa całą dobę, gospodarka nie zasypia, a rachunki za energię nie maleją magicznie od przesunięcia wskazówek. Jednak chwila, bo może jest jakieś ekonomiczne uzasadnienie? To jednak coraz bardziej przypomina legendę przekazywaną przy stole, a nie twarde dane. Do tego dochodzi jeszcze jeden, nieco ironiczny szczegół naszych czasów i młodsze pokolenia coraz częściej patrzą na świat przez ekran, a nie przez wskazówki. Dla wielu tarcza zegarka to już niemal muzealny eksponat, a skoro więc nawet odczyt godziny bywa wyzwaniem, to po co jeszcze dokładać do tego sezonową łamigłówkę?
Technicznie sprawa też wygląda dziś banalnie, bo smartfony zrobią wszystko za nas, więc zmiana czasu dokona się automatycznie, bez pytania i bez ceremonii. Problem zostaje tylko przy tych kilku zegarach, które wciąż wymagają ludzkiej ręki. Warto przypomnieć, że już w 2019 roku zapadła decyzja o odejściu od sezonowych zmian czasu. I co? I nic. Temat ugrzązł gdzieś w unijnych korytarzach, gdzie czas, o ironio, płynie własnym rytmem.
*
Nie kupuję argumentacji Brukseli, że pozostawienie jednego czasu, w naszym przypadku letniego, miałoby wywołać logistyczny i techniczny chaos. Serio? Te same problemy generujemy dziś dwa razy do roku i jakoś europejska gospodarka nie runęła (z tego powodu), pociągi nie zjechały masowo z torów, a samoloty nie zaczęły krążyć bez celu nad kontynentem. Jeśli już, to właśnie obecny system jest absurdem. Powtarzalnym, przewidywalnym, a jednak wciąż uciążliwym. Stała zmiana oznaczałaby jedno, co zawiera się w jednym słowie, a brzmi: porządek. Jednorazowe dostosowanie, jeden moment lekkiego zamieszania i koniec. Raz pociągi staną na stacjach, raz samoloty polecą według nowego rytmu, raz przestawimy zegarki. Ostatni raz.
I tyle. Bez corocznego rytuału, bez zbędnego zamieszania. Odejście od corocznego przestawiania wskazówek to naprawdę nie jest fizyka kwantowa, choć tak próbuje się nam wmawiać. Może więc, zamiast komplikować coś, co jest z natury proste, warto po prostu… przestać kręcić wskazówkami. A jeśli ktoś ma z tym problem, cóż, może czas najwyższy, by przynajmniej zdjął z siebie ciężar podejmowania decyzji. Bo czas, wbrew pozorom, czas, tak samo jak historia, nie lubi być traktowany jak zabawka.
Bogdan Feręc
Źr. Mat. prasowe
Photo by Lukas Blazek on Unsplash
