Ludzie, czytajcie ze zrozumieniem! Czyli kilka słów o intelektualnej katastrofie w prywatnej korespondencji
Może i jestem stary, może nawet zdegenerowany swoimi poglądami, a może po prostu rozpoczął się we mnie proces demencyjny, ale ludzie, kuźwa, nie rozumiem, co do mnie mówicie. I nie, nie jest to kolejny felieton o upadku cywilizacji, kondycji europejskiej polityki ani o tym, że świat zmierza w kierunku, którego nie powstydziliby się autorzy najbardziej absurdalnych scenariuszy. Tym razem będzie o czymś znacznie bliższym, bardziej przyziemnym, a momentami zdecydowanie zabawniejszym. O ludziach, którzy do mnie piszą, i o tym, co z tych wiadomości wynika.
W ostatnich kilkunastu dniach rozwiązał się worek z korespondencją. Kilkadziesiąt osób uznało, że moje teksty wymagają osobistego komentarza, prywatnej polemiki, a czasem wręcz interwencji intelektualnej na miarę ratowania świata przed ostateczną katastrofą. Jedni postanowili wyjaśnić, co naprawdę miałem na myśli, inni przypisali mi poglądy, których nie wyrażałem, a jeszcze inni najwyraźniej przeczytali coś zupełnie innego niż to, co akurat napisałem.
I tak sobie siedzę, czytam te wiadomości i zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno problem tkwi w moim sposobie pisania. Może rzeczywiście powinienem jeszcze raz przejść przez szkołę podstawową, powtórzyć zasady budowania zdań i nauczyć się wyrażać myśli w sposób zrozumiały dla współczesnego człowieka. A może powinienem zacząć pisać wyłącznie pojedynczymi słowami, najlepiej drukowanymi literami, żeby przypadkiem nikt nie musiał podejmować nadmiernego wysiłku synaptycznego.
Skrzynka e-mailowa nie jest salą wykładową
Zanim jednak przejdę do clou tego felietonu, chciałbym przypomnieć rzecz pozornie oczywistą, choć najwyraźniej wymagającą ponownego wyjaśnienia. Jeżeli chcecie skomentować mój tekst, możecie, Najdrożsi, zrobić to w mediach społecznościowych, pod publikacją albo w miejscu, w którym inni czytelnicy również będą mogli zapoznać się z waszym stanowiskiem. Naprawdę nie ma potrzeby wysyłania mi prywatnych wiadomości na komunikatorach i pocztą elektroniczną, chyba że macie ku temu jakiś konkretny powód. Nie prowadzę przecież całodobowej poradni interpretacji felietonów, nie wydaję certyfikatów poprawnego rozumienia moich myśli i nie przyjmuję zapisów na indywidualne konsultacje z zakresu tego, co autor miał na myśli.
Publiczny komentarz ma tę przewagę nad prywatnym, że może stać się początkiem dyskusji. Ktoś przeczyta waszą opinię, ktoś inny się z nią nie zgodzi, jeszcze ktoś przedstawi argument, o którym wcześniej nie pomyśleliście. Właśnie o to chodzi. Wymiana myśli ma sens wtedy, kiedy istnieje możliwość skonfrontowania ich z innymi stanowiskami.
W prywatnej wiadomości najczęściej otrzymuje się monolog, po którym następuje oczekiwanie na odpowiedź. Czasem niemal natychmiastową, a kiedy odpowiedź nie nadchodzi, pojawia się kolejna wiadomość, a potem następna, jakby milczenie adresata było dowodem na to, że argumenty nadawcy okazały się nieodparte. Otóż nie. Czasami milczenie oznacza, że człowiek pracuje, je obiad, śpi albo zwyczajnie nie ma ochoty prowadzić dyskusji, która nie ma większego sensu, bo już w tekście powiedział wszystko. Wiem, że to może być szokujące, ale autor felietonów również ma życie poza własną skrzynką odbiorczą.
Kiedy felieton o podatku staje się opowieścią o wszystkim
Idźmy jednak do podstaw, czyli do tego, co wprawia mnie w niemałe zaskoczenie, a czasem wręcz zmusza do ponownego czytania własnych tekstów, co nawiasem mówiąc, nie należy do moich ulubionych zajęć. Nie jestem bowiem szczególnym fanem przeglądania tego, co już napisałem. Tekst został przygotowany, poddany korekcie, opublikowany i poszedł w świat. Mam następne tematy, kolejne obserwacje i własne sprawy, którymi muszę się zajmować. Nie widzę więc powodu, aby bez końca wracać do poprzednich publikacji. A jednak ostatnio coraz częściej zderzam się z myślą, że chyba nie wiem, co właściwie piszę.
Do tej pory żyłem w błogim przeświadczeniu, że artykuł o nowym podatku dotyczy nowego podatku. Wydawało mi się to założeniem dość bezpiecznym. Jeśli piszę o obciążeniu finansowym, jego wysokości, konsekwencjach dla płatników i gospodarstw domowych, to czytelnik powinien mniej więcej wiedzieć, czego dotyczy tekst. Tymczasem z niektórych wiadomości wynika, że napisałem coś zupełnie innego. W moim tekście pojawiają się kwestie, których nie poruszałem, intencje, których nie miałem, i wnioski, do których nie doszedłem. Najwyraźniej między klawiaturą autora a oczami odbiorcy istnieje tajemniczy portal, w którym zdania przechodzą dziką metamorfozę.
Wysyłam w świat informację o podatku, a ktoś odczytuje ją jako deklarację ideologiczną, atak na określoną grupę społeczną albo manifest polityczny. Wspominam o konkretnym rozwiązaniu, a w odpowiedzi otrzymuję wykład na temat całego systemu, jakby jedno zdanie o cenie chleba zobowiązywało mnie do przedstawienia kompletnej historii światowej gospodarki od czasów starożytnych.
Podobnie było z felietonem o dzietności. Można przecież napisać o liczbie urodzeń, zmianach społecznych, odpowiedzialności rodzicielskiej, ekonomicznych przyczynach odkładania decyzji posiadania dzieci i wielu innych zagadnieniach. Można też próbować zastanowić się, dlaczego społeczeństwo przestaje się odnawiać, i jakie konsekwencje może to mieć za kilkadziesiąt lat. Ale powiązanie takiego tekstu z problematyką upadku finansów, a następnie przypisanie autorowi jakiejś zupełnie innej tezy, to już intelektualna ekwilibrystyka, której nie powstydziłby się żaden objazdowy cyrk.
Oczywiście, każdy ma prawo do własnej interpretacji. Nie istnieje przepis nakazujący czytelnikowi zgadzać się z autorem, a felietonista nie jest właścicielem jedynej dopuszczalnej wersji rzeczywistości. Różnica polega jednak na tym, że interpretacja powinna mieć jakiś związek z tekstem. Można się z nim spierać, można wskazywać błędy, można wyciągać odmienne wnioski. Nie można natomiast uczciwie polemizować z czymś, czego autor nie napisał, a następnie triumfalnie ogłaszać zwycięstwa nad własną fantazją. To trochę tak, jakby ktoś przeczytał menu w restauracji, zamówił zupę ogórkową, dostał rosół, a potem urządził dziką awanturę, że kucharz podał mu polityczną deklarację w płynnym stanie skupienia.
Czytanie ze zrozumieniem. Towar deficytowy?
Nie zamierzam udawać, że moje teksty są arcydziełami literatury współczesnej – to nie ten dział. Nie mam potrzeby stawiać sobie pomników z własnych zdań, a gdyby ktoś zechciał mi powiedzieć, że napisałem coś niejasno, chętnie rozważę taki zarzut. Każdemu zdarza się popełnić błąd, nieprecyzyjnie sformułować myśl albo założyć, że czytelnik dostrzeże związek, który dla autora wydaje się oczywisty. Nie jestem też nieomylny. I całe szczęście, bo człowiek przekonany o własnej nieomylności jest zwykle znacznie bardziej męczący, niż ten, który od czasu do czasu napisze głupotę.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy odbiorca nie próbuje zrozumieć tekstu, lecz usiłuje wtłoczyć go w ramy własnych przekonań. Nie czyta po to, żeby się dowiedzieć, co autor ma do powiedzenia, a tylko dlatego, żeby znaleźć potwierdzenie, co wcześniej sobie pomyślał. Jeżeli natomiast treść nie pasuje do jego obrazu świata, zaczyna ją przerabiać, dopowiadać brakujące elementy i przypisywać autorowi intencje, które pozwolą mu wygrać spór.
To zjawisko nie dotyczy zresztą wyłącznie moich felietonów. Wystarczy spojrzeć na współczesne dyskusje polityczne. Ludzie coraz częściej nie rozmawiają ze sobą, lecz z wyobrażeniem przeciwnika, którego sami sobie stworzyli. Nie odpowiadają na argumenty, tylko na ich własną wersję. Nie próbują zrozumieć, lecz natychmiast klasyfikują rozmówcę: lewak, prawak, oszołom, fanatyk, zdrajca, agent albo jeszcze ktoś inny, zależnie od aktualnych potrzeb. Myślenie ustępuje miejsca etykietowaniu, a czytanie staje się czynnością podporządkowaną poszukiwaniu amunicji do kolejnej internetowej bitwy.
W takiej sytuacji trudno się dziwić, że zwykły tekst o podatku może wywołać dyskusję o wszystkim, tylko nie o podatku. Wystarczy, że autor użyje jednego słowa, które czytelnikowi źle się kojarzy, i już uruchamia się cała maszyneria skojarzeń, uprzedzeń oraz gotowych odpowiedzi, choć zaczerpniętych z innych tekstów. Bo, po co przeczytać całość, skoro można wyłowić jedno zdanie, dopisać do niego własną historię i zareagować na coś, czego w rzeczywistości nie było.
Interpunkcja umarła, ale nikt nie przyszedł na pogrzeb
Jest jeszcze jeden problem, który coraz częściej przyprawia mnie o ból głowy. Ortografia i interpunkcja. Przyznam, że do tej pory starałem się nie zwracać na to szczególnej uwagi. Nie każdy musi być polonistą, nie każdy ma lekkie pióro, a literówki zdarzają się również ludziom, którzy zawodowo zajmują się słowem. Nie zamierzam urządzać konkursu piękności językowej ani przyznawać punktów za każdy przecinek. Jest jednak pewna granica między zwykłym błędem a wiadomością, którą trzeba rozszyfrowywać niczym list pozostawiony przez rozbitka na bezludnej wyspie.
Ktoś potrafi napisać kilkanaście zdań bez jednej kropki, przecinka czy wielkiej litery. Myśli biegną w różnych kierunkach, zdania zlewają się w jeden ciąg znaków, a odbiorca ma samodzielnie ustalić, gdzie kończy się jedna, a myśl następne zaczyna. Potem autor takiej wiadomości oczekuje, że adresat natychmiast zrozumie wszystkie niuanse jego wypowiedzi.
Przyznam, że jest w tym pewna ironia. Ktoś nie zadaje sobie trudu, żeby uporządkować własne myśli na piśmie, ale ma pretensje, że inna osoba nie potrafi ich bezbłędnie odczytać.
Przecinek nie jest ozdobnikiem, który można dowolnie wyrzucić, gdy zabraknie miejsca na ekranie telefonu. Kropka nie służy wyłącznie do dekorowania końca wiadomości, a wielka litera na początku zdania nie jest reliktem epoki, w której ludzie jeszcze wiedzieli, że język ma swoje zasady. Znaki interpunkcyjne pomagają przekazać sens. Czasem jeden przecinek decyduje o tym, jak należy rozumieć wypowiedź (lub czasopisma). Podobnie jak odpowiednia konstrukcja zdania może sprawić, że odbiorca dostrzeże związek między dwiema myślami, zamiast błądzić między nimi, jak turysta bez mapy.
Nie chodzi o perfekcję. Chodzi o elementarny szacunek dla człowieka, który ma przeczytać to, co napisaliśmy. Jeśli oczekujecie, że ktoś poświęci czas na wasze argumenty, poświęćcie kilka dodatkowych sekund na sprawdzenie, czy wasza wiadomość w ogóle nadaje się do przeczytania. To naprawdę nie jest nadmierne wymaganie. Nie trzeba w tym celu kończyć filologii polskiej ani zamawiać korekty u profesora Miodka. Wystarczy odrobina staranności i może świadomość, że komunikacja polega na przekazywaniu myśli, a nie na zmuszaniu innych do ich odgadywania.
Nie jestem automatem do odpowiadania na wszystko
Reasumując, jeśli już musicie do mnie pisać, a niektórzy robią to kilkukrotnie, bo po pierwszej wiadomości nie doczekali się reakcji, spróbujcie zrobić to zgodnie z zasadami pisowni. A jeśli oczekujecie odpowiedzi, weźcie pod uwagę, że nie każda wiadomość wymaga polemiki, a nie każdy nadawca otrzyma osobistą odpowiedź. Wiem, że dla niektórych może to być trudne do zaakceptowania. W końcu skoro ktoś poświęcił swój czas na napisanie wiadomości, to zapewne uważa, że należy mu się przynajmniej kilka minut mojego czasu. Tyle że czas nie jest dobrem, które automatycznie przechodzi na własność nadawcy w chwili naciśnięcia przycisku „Wyślij”.
Pozwólcie więc, że wyjaśnię, dlaczego większość wiadomości, które otrzymuję, pozostaje bez odpowiedzi. Sprawa jest prosta. Jeśli już coś napisałem i wyraziłem swoją opinię, nie widzę powodu, żeby bez końca ją powielać w prywatnej korespondencji. Moje stanowisko znajduje się w opublikowanym tekście. Jeśli ktoś chce je poznać, wystarczy do niego wrócić. Jeśli się z nim nie zgadza, może przedstawić własne argumenty. Jeśli natomiast zauważy błąd, może go wskazać.
Nie oznacza to, że nie zamierzam z nikim dyskutować. Dobra polemika potrafi być ciekawsza niż sam tekst, a argumenty rozmówcy mogą skłonić mnie do ponownego przemyślenia jakiejś kwestii. Nie mam z tym problemu. Wręcz przeciwnie, uważam, że człowiek, który nie potrafi zmienić zdania pod wpływem przekonujących argumentów, nie jest szczególnie dobrym partnerem do rozmowy. Ale dyskusja wymaga czegoś więcej niż powtarzania tych samych uwag, domagania się reakcji i przypisywania rozmówcy poglądów, których nie wyraził. Ona wymaga również gotowości do przyjęcia, że druga strona może mieć inne zdanie i nie zawsze musi chcieć lub móc poświęcać nam swój czas.
Nie każda wiadomość jest początkiem fascynującej debaty. Nie każda opinia wymaga odpowiedzi. Nie każdy komentarz jest tak odkrywczy, jak wydaje się jego autorowi. To ostatnie warto sobie czasem powtarzać, najlepiej przed wysłaniem kolejnej wiadomości.
Na koniec prośba do samodzielnie myślących
Chciałbym jednak, żeby z tego felietonu nie wynikało, że oczekuję wyłącznie pochwał, pustej skrzynki odbiorczej albo że nie życzę sobie krytyki. Krytykujcie. Podważajcie moje argumenty. Pokazujcie błędy, wyciągajcie odmienne wnioski i piszcie, że się ze mną nie zgadzacie. Nie zamierzam obrażać się na polemikę tylko dlatego, że ktoś ma inne spojrzenie na rzeczywistość. Ale najpierw przeczytajcie to, co napisałem. Potem zastanówcie się, czy rzeczywiście odpowiadacie na moją tezę, czy może walczycie z własnym wyobrażeniem tego, co chciałem powiedzieć. Spróbujcie oddzielić fakty od interpretacji, argumenty od emocji, a własne przekonania od tego, co rzeczywiście z tekstu wynika.
Nie przyjmujcie bezrefleksyjnie moich opinii, ale też nie odrzucajcie ich wyłącznie dlatego, że nie pasują do waszego światopoglądu. Nie jestem wyrocznią. Nie jestem też zawodowym producentem prawd objawionych. Piszę, obserwuję, analizuję, czasem się mylę, a czasem być może mam rację. Waszym zadaniem nie jest wierzyć mi na słowo, lecz samodzielnie oceniać przedstawione argumenty. Bo to właśnie jest istotą myślenia – umiejętność rozważenia czegoś, z czym się nie zgadzamy, ale bez natychmiastowego uruchamiania alarmu przeciwpożarowego we własnej głowie.
Nie oczekuję, że wszyscy będą czytać moje teksty z wypiekami na twarzy. Nie oczekuję również, że każdy zrozumie ironię, aluzję czy skrót myślowy. Chciałbym jedynie, abyśmy nie zamieniali czytania w konkurs na najszybsze wyciąganie wniosków i nie mylili własnych dopowiedzeń z treścią artykułu.
A na sam koniec jeszcze jedna sprawa, która akurat mnie cieszy.
Zdarza się, że moje pomysły, spostrzeżenia i argumenty przedstawiane są później jako własne, autorskie odkrycia osób, które wcześniej ze mną dyskutowały. Cóż, najwyraźniej niektóre myśli potrzebują czasu, żeby dojrzeć, a ich autorzy potrzebują odrobiny inspiracji, zanim sami zaczną pisać. Nie mam z tym większego problemu. Jeśli coś, co napisałem, skłoniło kogoś do przemyśleń, to dobrze. Jeśli ktoś rozwinął moją myśl i doszedł do własnych wniosków, jeszcze lepiej. W końcu idee nie powinny siedzieć zamknięte w szufladach. Mam tylko drobną prośbę organizacyjną: skoro już moje pomysły przedstawiają Państwo jako własne, autorskie i świeżo narodzone, to przynajmniej przesyłajcie je komuś innemu.
Ja je już znam.
Bogdan Feręc
Photo by Krsto Jevtic on Unsplash

