Lokatorzy na bruk, rząd patrzy w bok, a eksmisje rosną
Są liczby, które nie potrzebują komentarza, a to dwadzieścia tysięcy ludzi wyrzuconych z własnych domów w ciągu jednego roku. Najwięcej od czasów wielkiego głodu, tak przynajmniej twierdzi Partia Pracy. Brzmi jak echo z XIX wieku, a to przecież współczesna Irlandia, kraj chwalący się stabilnością i wzrostem, tyle że gdzieś między statystyką a rzeczywistością gubi się człowiek – lokator z walizką w ręku i pytaniem bez odpowiedzi: dokąd teraz?
Premier Micheál Martin zdaje się tej historii nie słyszeć albo słyszeć ją jak przez ścianę i wyklucza powrót zakazu eksmisji bez orzekania o winie, czyli rozwiązania, które w czasie pandemii dawało namiastkę bezpieczeństwa. Dziś, gdy niepewność wróciła ze zdwojoną siłą, rząd mówi „nie”, jakby problem był jedynie teoretyczny, jakby dotyczył wykresów, a nie ludzi. Z jednej strony słyszymy o rekordowej liczbie 248 tysięcy umów najmu. Rekord to słowo, które politycy uwielbiają, ale ten rekord nie grzeje zimą i nie daje gwarancji jutra. Rotacja na rynku najmu, jak przekonuje premier, jest czymś „normalnym”. Problem w tym, że dla lokatora ta rotacja to często życiowe trzęsienie ziemi, a nie statystyczna ciekawostka.
Rząd chwali się też nowymi przepisami, które mają zapewniać sześcioletnią stabilność zamieszkania. Papier przyjmie wszystko, bo w praktyce, jak mówią relacje z wielu regionów, presja na lokatorów rośnie. Codzienność to teraz telefon od właściciela, list z wypowiedzeniem, cicha sugestia, że lepiej się wynieść, zanim zrobi się nieprzyjemnie.
Ivana Bacik mówi wprost, że sytuacja się pogarsza i trudno nie odnieść wrażenia, że ma rację, bo jeśli w czasach względnego dobrobytu ludzie masowo tracą dach nad głową, to coś tu jest głęboko nie tak. Państwo, które nie potrafi ochronić podstawowego bezpieczeństwa mieszkaniowego, przestaje być państwem opiekuńczym, a zaczyna przypominać chłodnego administratora.
Tymczasem polityczna uwaga odpływa gdzie indziej, bo do debaty o umowie handlowej UE–Australia, o eksporcie sera, whisky i poitínu, o potencjalnym napływie australijskiej wołowiny. Oczywiście, gospodarka jest ważna, ale trudno nie zauważyć dysonansu, iż rząd z zapałem i na zgubę tutejszej gospodarki otwiera nowe rynki, podczas gdy mieszkańcy Irlandii zamykają za sobą drzwi mieszkań – często na zawsze. Można odnieść wrażenie, że lokatorzy stali się niewygodnym przypisem do większej narracji o sukcesie. Że ich problemy są zbyt przyziemne, zbyt mało efektowne, by przebić się przez język politycznych komunikatów.
A przecież to właśnie w tych przyziemnych sprawach mierzy się wiarygodność władzy, bo państwo to nie jest abstrakcja, to nie są konferencje prasowe ani wykresy wzrostu. Państwo to jest moment, w którym ktoś puka do drzwi i mówi: „możesz zostać” albo przeciwnie, odwraca wzrok i pozwala, by kolejny człowiek zniknął w statystyce.
Patrząc na to, co dzieje się na rynku najmu, trudno oprzeć się wrażeniu, że rząd wybrał tę drugą opcję.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Jakub Żerdzicki on Unsplash
