Halucynacje na Elbrusie. Paweł Mamoń o cienkiej granicy między przygodą a śmiercią
Każdy krok na dużej wysokości wymaga kilku oddechów, a błąd może kosztować życie – mówi w Radiu Wnet podróżnik Paweł Mamoń.
Wspinaczka w wysokich górach to nie tylko fizyczne wyzwanie, ale przede wszystkim sprawdzian psychiki i umiejętności przekraczania własnych granic – mówi podróżnik Paweł Mamoń. W rozmowie opowiada o tym, kto powinien myśleć o takich wyprawach, jak wyglądają warunki na dużych wysokościach i jak cienka bywa granica między przygodą a tragedią.
– To jest dla kogoś, kto poszukuje wrażeń, kto lubi wiedzieć, co jest za zakrętem, co jest wyżej, jak wysoko może zajść i jakie temperatury może wytrzymać. Później przychodzi niesamowita satysfakcja z tego, co się osiągnęło. Ale wysokie góry są niebezpieczne. Wielu ludzi przepłaciło tę ciekawość życiem – przypomina.
Psychika ważniejsza niż siła
Podróżnik podkreśla, że w górach równie ważna jak kondycja fizyczna jest znajomość własnego organizmu i odporność psychiczna.
– Kluczowa jest znajomość swojego organizmu i tego, na co można sobie pozwolić, ale też jak daleko możemy się posunąć, przekraczając swoje słabości. Powyżej 4,5 tysiąca metrów powietrze się rozrzedza i organizm zaczyna to bardzo mocno odczuwać – pojawiają się bóle głowy, przyspieszony oddech, rośnie tętno – mówi.
Na takich wysokościach nawet najprostsze czynności stają się ogromnym wysiłkiem.
– Tam się nie biega jak w filmach. Postawienie kolejnego kroku wiąże się z nabraniem dwóch, trzech oddechów. Nawet latem powyżej 5 tysięcy metrów są temperatury ujemne, a powyżej 6 tysięcy dochodzą do minus 30 stopni. Trzeba gotować wodę, nieść jedzenie, robić aklimatyzację i wszystko dobrze zaplanować – opisuje.
Cisi bohaterowie gór
W wielu wyprawach kluczową rolę odgrywają lokalni przewodnicy, zwłaszcza Szerpowie.
– To są najlepsi himalaiści, mają największe doświadczenie i często są lepsi od tych, którzy zdobywają sławę. To cisi bohaterowie, którzy ratują ludzi z opresji. Korzystanie z ich pomocy jest często konieczne – mówi Mamoń.
Sam podczas jednej z wypraw radził sobie bez takiego wsparcia.
– Na Aconcagui nie mieliśmy Szerpów. Mieliśmy tylko jednego muła i właściciela, który niósł około 30 kilogramów bagażu. Później, powyżej pięciu tysięcy metrów, wszystko trzeba było już dźwigać na własnym grzbiecie – wspomina.
Elbrus i niebezpieczne halucynacje
Po wejściu na Kilimandżaro podróżnik postanowił zmierzyć się z kolejnym celem – najwyższym szczytem Europy, czyli Elbrusem.
– Po Kilimandżaro zrozumiałem, czym są góry i jaką dają satysfakcję. To wciąga jak narkotyk. Chce się iść dalej, wyżej, w inne miejsca – opowiada.
Wspinaczka na Elbrus okazała się jednak wyjątkowo trudna i niebezpieczna.
– To czynny sejsmicznie teren, są opary siarki. Ta góra płata figle naszej świadomości. Próbowaliśmy zdobyć ją pierwszego dnia, ale przed samym szczytem przyszło załamanie pogody i musieliśmy się wycofać – relacjonuje.
Najbardziej dramatyczne wydarzenia miały miejsce podczas schodzenia z góry.
– Wyszliśmy szukać kolegi, który długo nie wracał. We mgle zobaczyliśmy postać ciągnącą za sobą czekan. Był skrajnie wycieńczony. Gdy mnie zobaczył, powiedział: „Gdzie ty byłeś? Przecież cię wołałem”. Miał halucynacje od oparów siarki. Ludzie często wtedy idą w złą stronę i spadają w przepaść – wspomina.
Ryzyko wpisane w góry
Podróżnik przypomina, że tragedie w wysokich górach nie należą do rzadkości, a decyzje podejmowane na wysokości bywają dramatyczne.
– Dla ratowania własnego życia czasem trzeba zostawić partnera. To wybór: albo giną dwie osoby, albo jedna ma szansę przeżyć – mówi, nawiązując do głośnych historii himalaistów.
Jednocześnie podkreśla, że mimo ryzyka pasja do gór jest czymś, co trudno porzucić.
– To ogromne wyzwanie, ale też ogromna satysfakcja. Góry pokazują człowiekowi, gdzie naprawdę są jego granice. I dlatego wielu ludzi chce tam wracać – podsumowuje.
/ad
Radio Wnet
