Fabryka bez światła, bez ludzi i sentymentów. Europa kontra chiński automat
Wyobraź sobie halę produkcyjną o wielkości kilku boisk piłkarskich, a w niej cisza, zero rozmów przy kawie, zero przerw śniadaniowych, zero pytań „czy możesz mnie zastąpić na zmianie”. Światło zgaszone, bo nie ma komu przyświecać. Maszyny pracują w mroku jak precyzyjny, metalowy organizm, a ramiona robotów składają smartfony z chirurgiczną dokładnością. Autonomiczne wózki kursują między magazynem a linią montażową, a nad wszystkim unosi się niewidzialny dyrygent, czyli algorytm, który nie zna zmęczenia.
Tak dziś wygląda fragment przemysłowej rzeczywistości Państwa Środka. W szczególności w zakładach takich jak Huawei, które postanowiły przeskoczyć etap tzw. taniej siły roboczej i wejść w erę fabryki praktycznie bez ludzi, a ja patrzę na to z mieszanką podziwu i niepokoju. Podziwu, bo to inżynieryjny majstersztyk, a niepokoju, bo Europa w tym wyścigu startuje z obciążeniem, którego nie da się zrzucić kolejnym brukselskim rozporządzeniem.
Przez lata wmawialiśmy sobie wygodną opowieść, że Chiny wygrywają, bo płacą robotnikom grosze, bo tam człowiek pracuje za miskę ryżu, a u nas, za pensję minimalną, czternastkę i pakiet medyczny. Tylko że ta narracja jest jak kaseta VHS w epoce streamingu, więc nowa chińska przewaga nie polega na tanim człowieku, a ściśle rzecz ujmując, na jego braku.
W zrobotyzowanych zakładach montażowych człowiek nie składa telefonów, nie przenosi kartonów, nie ustawia palet. To nikt inny, jak roboty dowożą komponenty, roboty je łączą, roboty pakują, a system sztucznej inteligencji zamawia części, planuje produkcję, optymalizuje logistykę i nadzoruje jakość wykonania. Człowiek pojawia się incydentalnie, jako technik serwisowy albo informatyk sprawdzający algorytmy. Żeby jednak wszystko było od początku do końca jasne, to nie jest fabryka przyszłości, to jest obiekt istniejący w teraźniejszości.
Teraz najważniejsze, bo jeżeli nie ma ludzi, nie ma kosztów pracy, nie ma urlopów, nie ma zwolnień lekarskich, nie ma strajków. Nie ma też związków zawodowych negocjujących stawki, nie ma inspekcji, które sprawdzają, czy temperatura w hali wynosi 18 czy 21 stopni. Do tego wszystkiego można tylko dodać, że maszyna nie choruje, maszyna nie protestuje i maszyna nie ma praw pracowniczych.
Ktoś powie – dobrze, ale przecież budowa takiej fabryki kosztuje fortunę. Oczywiście, są to miliardy juanów. Beton, stal, linie produkcyjne, roboty przemysłowe, systemy AI, więc inwestycja jest gigantyczna. Jednak spójrzmy teraz w ten sposób, że to jest koszt jednorazowy, bo później zaczyna się inna matematyka. Produkcja trwa 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku i to bez przerw świątecznych, bez wakacyjnych spadków wydajności, bez grypy i przerw na posiłki. Nie trzeba też ogrzewać hali dla zapewnienia komfortu ludzi, a na dodatek maszyny generują tyle ciepła, że trzeba je odprowadzać. Oświetlenie jest minimalne i używane tylko przy pracach serwisowych, natomiast klimatyzacja zastąpiona została rozwiązaniami o zerowym koszcie operacyjnym, bo usunięto elementy pochłaniające energię elektryczną. Każdy element projektu podporządkowany jest jednemu celowi, czyli maksymalnej efektywności przy minimalnych kosztach zmiennych.
Europa może produkować równie dobre telefony, może mieć równie dobrych inżynierów, ale nie ma tej struktury kosztowej. Natomiast w globalnym handlu sentymenty przegrywają już potyczkę z arkuszem kalkulacyjnym. Stary Kontynent od wieków stawiał człowieka w centrum i to jest nasze cywilizacyjne DNA. Oświecenie, prawa pracownicze, państwo opiekuńcze, praca ma godność, pracownik ma prawa i w sumie bardzo dobrze. Jednak globalny rynek nie nagradza tej etycznej wyższości, on nagradza efektywność.
Europejski producent płaci pensje, składki, podatki, zapewnia szkolenia BHP, oświetlenie, ogrzewanie, systemy wentylacyjne dostosowane do norm. Pracownicy mają urlopy, chorują, odchodzą na emerytury. To wszystko kosztuje i to nie są małe kwoty. W chińskim modelu, który obserwujemy w nowych, zrobotyzowanych zakładach, większość tych kosztów znika, więc człowiek staje się w nich zbędnym dodatkiem, a nie fundamentem procesu produkcyjnego.
W efekcie cena jednostkowa produktu spada, a skoro spada cena, rośnie konkurencyjność, a gdy rośnie konkurencyjność, rośnie udział w rynku. Logika jest tu bezlitosna i w tym właśnie przypadku Europa może nadal mówić o wartościach, a Chiny… one liczą zyski.
Kluczowe jest tempo i w Chinach powstają już kolejne zakłady oparte na robotyzacji oraz sztucznej inteligencji, bo to nie jest eksperyment jednego koncernu, to jest nowy kierunek strategiczny. W gospodarce liczy się skala, a ta w połączeniu z automatyzacją tworzy efekt lawiny. Im więcej produkujesz, tym niższy koszt jednostkowy, im niższy koszt, tym większa sprzedaż, a im większa sprzedaż, tym więcej środków na kolejne inwestycje w automatyzację. To pętla, która sama się napędza i wzmacnia gospodarkę.
Europa jest „ostrożniejsza”, czyli ma więcej konsultacji społecznych, więcej regulacji, więcej debat, co akurat ma swoje zalety, bo chroni ludzi przed szokiem, ale rynek nie czeka, aż skończymy dyskutować. W starciu „szybko i bez sentymentów” z „wolniej, ale z troską o człowieka” zwykle wygrywa to pierwsze, przynajmniej teraz, czyli w krótkim i średnim terminie.
Jest jednak pytanie, które wisi nade mną od początku tego felietonu, a zawisło jak ciemna burzowa chmura, bo jeśli produkcja może odbywać się bez ludzi, to co z ludźmi? Tu trzeba oddzielić dwie rzeczy. Pierwsza to produkcja przemysłowa, więc nudna, powtarzalna, mierzalna, dająca się rozłożyć na algorytm, a w tej roboty i AI mają naturalną przewagę. Druga to kreatywność, badania, projektowanie, zarządzanie złożonością społeczną. Tutaj z kolei człowiek wciąż jest trudny do zastąpienia. Powiem, niestety, nie łudźmy się, bo z każdym rokiem, miejsc pracy w klasycznie rozumianej produkcji będzie mniej i nie jest to scenariusz science fiction, a rozpoczynający się właśnie trend.
Chiny inwestując w pełną robotyzację, mówią właściwie, że nie będziemy konkurować ilością tanich pracowników, tylko liczbą autonomicznych linii produkcyjnych, a to jest prawdziwy przeskok cywilizacyjny. Europa stoi zaś przed wyborem i albo pójdzie w podobnym kierunku, więc zaakceptuje, że część miejsc pracy zniknie, albo będzie bronić starego modelu, ryzykując całkowitą utratę i tak już niskiej konkurencyjności. Nie da się mieć wszystkiego naraz, czyli taniej produkcji, pełnego zatrudnienia w przemyśle i najwyższych standardów socjalnych. To są sprzeczności, a ekonomia takich nie znosi.
Co dalej? Najprostsza odpowiedź brzmi: edukacja i przesunięcie ciężaru gospodarki w stronę sektorów wysokiej wartości dodanej. Badania, projektowanie, oprogramowanie, zaawansowane usługi, z czego wynika, że Europa musi produkować mniej, ale mądrzej, bo inaczej przegra ceną.
Druga odpowiedź jest mniej komfortowa, ponieważ trzeba przemyśleć system redystrybucji dochodu w świecie, w którym kapitał w postaci robotów i algorytmów generuje zysk przy minimalnym udziale pracy ludzkiej. Jeśli zyski koncentrują się w rękach właścicieli technologii, a miejsc pracy ubywa, napięcia społeczne będą rosnąć. Ergo, ewolucje, czy bardziej rewolucje przemysłowe zawsze wywracają porządek społeczny, bo maszyna parowa zniszczyła rzemiosło, linia montażowa usunęła manufaktury, komputer wyeliminował liczydła, a teraz sztuczna inteligencja i robotyka wchodzą do fabryk z rozmachem.
Chiny robią to bez sentymentów, natomiast Europa musi się szybko zdecydować, czy chce grać w tej samej lidze, czy zadowoli się rolą obserwatora odjeżdżającego pociągu. Ja wiem, świat nie jest sprawiedliwy, ale za to jest dynamiczny. Kto stoi w miejscu, ten się cofa, a fabryka bez światła, bez ludzi i bez wahań nastrojów już funkcjonuje. Robi to konsekwentnie, 24 godziny na dobę i można się nią zachwycać, można się jej także bać, ale najgorsze byłoby ją zignorować.
Bogdan Feręc
Photo by Hyundai Motor Group on Unsplash
