Europa na wyprzedaży. Jak Unia Europejska umowami handlowymi rujnuje własny przemysł i rolnictwo – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Europa na wyprzedaży. Jak Unia Europejska umowami handlowymi rujnuje własny przemysł i rolnictwo

Unia Europejska nie kończy na Mercosur. To kluczowe zdanie, które powinno wybrzmieć głośniej niż wszystkie uspokajające komunikaty z Brukseli. Umowa z południowoamerykańskim blokiem była dla europejskiego rolnictwa ciosem w wątrobę, ale wygląda na to, że był to dopiero pierwszy akt dłuższego spektaklu. Teraz na scenę wchodzą Indie – rynek ogromny, chłonny, strategicznie kuszący. I znów słyszymy tę samą melodię, że to „szansa”, „potencjał”, „geopolityka”, a gdzieś w tle znajduje się europejski przemysł, europejski rolnik i obywatele, coraz bardziej zmęczeni rolą kosztu ubocznego w tej wielkiej unijnej strategii zabijania kontynentu.

W ostatnią sobotę podpisano kontrowersyjną umowę UE–Mercosur, a już Bruksela szykuje kolejne wielkie porozumienie o wolnym handlu. Jeszcze w styczniu Komisja Europejska chce ogłosić finał negocjacji z Indiami. Umowa o wolnym handlu, nad którą prace rozpoczęto w 2007 roku, zawieszono, a wznowiono w 2022 i dziś jest niemal gotowa. Oficjalnie mówi się o sukcesie dyplomacji, ale nieoficjalnie to kolejny dowód, że Unia Europejska konsekwentnie stawia na liberalizację handlu, nawet jeśli własna baza produkcyjna kruszy się jak tynk na starym dworcu.

W przeciwieństwie do Mercosur, umowa z Indiami ma nie obejmować rolnictwa, co ma być jakoby argumentem uspokajającym, swoistym plastrem na świeżą i wciąż krwawiącą ranę. Ten młot skupi się natomiast na dobrach przemysłowych i usługach. Tyle że to właśnie europejski przemysł od lat alarmuje, że nie wytrzymuje presji taniego importu, niższych standardów środowiskowych i kosztów pracy, których nie da się dogonić bez amputacji własnych ambicji klimatycznych i zatrzymania Chin. Dane Komisji Europejskiej mówią same za siebie i w ostatniej dekadzie handel UE–Indie wzrósł o niemal 90 procent. W 2024 roku jego wartość sięgnęła około 120 mld euro, a obrót usługami sięgał połowy tej kwoty. Indie są aktualnie dziewiątym partnerem handlowym Unii Europejskiej, choć Unia dla Indii jest numerem jeden.

Z perspektywy Brukseli logika jest dziecinnie prosta, czyli Indie to 1,5 miliarda ludzi, więc skala potencjalnych klientów, których Europa nie ma i mieć nie będzie. To także rynek, który pozwala obniżać koszty, zwiększać wolumeny sprzedaży oraz, co chyba dla unijnych głów najważniejsze, pompować statystyki wzrostu. Do tego geopolityka, a w tej koncepcji lepiej będzie przywiązać Indie do Zachodu, niż patrzeć, jak dryfują ku Chinom i Rosji. Niektórzy eksperci mówią wprost, że Indie staną się dla Unii Europejskiej ważniejsze niż Mercosur, który liczy „zaledwie” 290 milionów mieszkańców, więc to zimna kalkulacja.

Problem polega na tym, że ta właśnie kalkulacja coraz rzadziej uwzględnia koszty społeczne i strukturalne wewnątrz samej Unii Europejskiej. Otwarcie indyjskiego rynku to głównie marzenie europejskiej motoryzacji, dobrze, niech będzie – niemieckiej, która dziś duszona jest cłami sięgającymi 100 procent. To także złoty Graal dla przemysłu zbrojeniowego, bo Indie są największym importerem broni na świecie, a kontrakty już płyną, by wspomnieć tylko niemieckie okręty podwodne i francuskie Rafale. Do tego zielone technologie, fotowoltaika, elektromobilność, wodór, energetyka jądrowa. Wizja jest szeroka, niemal epicka, że tylko „robić biznes i ocalić planetę”, a przy tym koszt, czyli unijny obywatel liczy się najmniej.

Tak na marginesie, bo przecież to typowe unijne podejście, na dole tej piramidy stoją branże, które nie piszą strategii geopolitycznych, one liczą rachunki. Hutnictwo, ceramika, stal, energochłonny przemysł ciężki. To wszystko są firmy, które już dziś przegrywają z importem z krajów o mniej restrykcyjnych normach klimatycznych. Owszem, Bruksela wskazuje na CBAM – graniczny podatek węglowy, który ma obowiązywać od tego roku i wyrównywać szanse i choć to ważne narzędzie, nie stanie się panaceum. Ten podatek nie odbuduje kompetencji, nie przywróci zamkniętych hut, nie przekona młodych, że warto wiązać przyszłość z przemysłem, który permanentnie jest „w restrukturyzacji”, ale i tak nie nadąża za chińskim, amerykańskim, japońskim itd.

I tu dochodzimy do sedna, a właściwie do kolejne konkluzji, ponieważ unijne mowy handlowe przestały być incydentem, to już ciągła linia, jak na elektrokardiogramie po zejściu pacjenta. Po Mercosur i Indiach Bruksela patrzy dalej, a zaczęła wspominać o modernizacji oraz rozwinięciu umów z Meksykiem i Chile, wdrażaniu porozumień z Kanadą (CETA) i Nową Zelandią, a także o umowach z Japonią i Wietnamem, które już, choć na niewielką skalę, ale działają. Do tego toczą się negocjacje z Indonezją, Tajlandią i Filipinami, wracają na stół rozmowy z Australią, które są trudne, ale nie są zamknięte. Unia Europejska nie poprzestała na tym, a został jeszcze jeden kontynent, więc Afryka, a tam pojawia się Kenia, regiony Afryki Wschodniej, w przyszłości być może państwa Zatoki Perskiej. Kierunek jest jasny, czyli jeszcze więcej wolnego handlu, mniej granic, więcej konkurencji, ale dla samej Unii Europejskiej.

W tym wszystkim przestano jednak zauważać, że Europa nie jest już teraz kontynentem XIX-wiecznego liberalizmu, a XXI-wiecznego niepokoju. Społeczeństwa się starzeją, przemysł ucieka, rolnicy wychodzą na ulice, natomiast klasa polityczna wciąż wierzy, że każdy kolejny traktat „zbilansuje się w długim okresie”. To narracja, która coraz słabiej się sprzedaje, zwłaszcza gdy „długi okres” oznacza dekady napięć społecznych i regionalnych.

Powiedzmy to otwartym tekstem, bo przecież nie chodzi o to, by zamknąć się w twierdzy Europa i udawać, że globalizacja zniknie, jeśli jej nie będziemy zauważać albo o niej mówić. Chodzi o proporcje i odpowiedzialność. Wolny handel bez realnej, wysokiego poziomu i szybkiej polityki osłonowej Starego Kontynentu to nie jest strategia, a zwykła ruletka. Natomiast europejski przemysł i rolnictwo coraz częściej są w tej grze żetonem, który można poświęcić, by zgadzały się wykresy w prezentacjach Komisji Europejskiej, które przedstawiane są, jako pasmo niekończących się sukcesów.

*

Unia Europejska nie kończy na Mercosur, nie kończy na Indiach, nie kończy też na Federacji Rosyjskiej, która powoli, ale przestaje być złem wcielonym i dlatego właśnie nie pytam już, czy europejski model gospodarczy pęknie pod naporem umów handlowych, tylko kiedy i ile będzie ofiar? Jeśli odpowiedź znów ma brzmieć, że ewentualnie ucierpią to tylko rolnicy i przemysł z mniejszych państw, to nie będzie to problem peryferyjny. On uderzy w jądro Unii Europejskiej, więc jej samowystarczalność i możliwość stanowienia o sobie. Jeżeli natomiast nie uda się tego opanować, a wiele wskazuje, choćby niekorzystna umowa z Mercosur, cóż, zostanie po nas głęboka ekonomiczna dziura w ziemi.

Bogdan Feręc

Źr. Info Brics/Business Insider Polska/TASS/Xinhua

Fot. Grafika wygenerowana przez AI

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
W potężnym karambo
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.