Dziecko na zamówienie, rodzicielstwo na targach. Bruksela i przemysł surogacji
Są takie wydarzenia, które organizatorzy przedstawiają jako triumf nowoczesności, spełnienie marzeń i kolejny krok w stronę świata pozbawionego ograniczeń. Wystarczy jednak odłożyć na bok slogany reklamowe, przyjrzeć się językowi marketingu i zadać kilka, właściwie zakazanych pytań, by za elegancką fasadą postępu dostrzec problem znacznie poważniejszy niż spór o prawo do rodzicielstwa. Chodzi o granice ludzkiej ingerencji w narodziny dziecka, o rolę biologii, znaczenie macierzyństwa oraz o to, czy pragnienie dorosłego człowieka powinno automatycznie stawać się nadrzędnym argumentem w sprawach dotyczących osoby, która nie ma jeszcze możliwości wyrażenia własnego zdania.
W dniach 13–15 listopada 2026 roku Bruksela ponownie gościć ma konferencję i targi organizowane z myślą o homoseksualnych mężczyznach pragnących zostać ojcami. Za wydarzeniem stoi organizacja Men Having Babies (MHB), która przedstawia swoją działalność jako kompleksową pomoc dla przyszłych rodziców. W programie przewidziano konsultacje z homoseksualnymi ojcami, specjalistami, agencjami, klinikami, kancelariami prawnymi oraz innymi podmiotami oferującymi usługi związane z surogacją. Organizatorzy zapowiadają udział ponad 35 dostawców usług, a także sesje poświęcone medycznym, prawnym i finansowym aspektom, w tym przypadki tzw. macierzyństwa zastępczego.
Już sama nazwa jest nieadekwatna, bo słowo „macierzyństwo”, w prostej linii wywodzi się od matki, więc… Nie każcie mi dalej wyjaśniać, żebym nie musiał używać zbyt ostrych słów.
W ofercie znalazły się również informacje o kosztach, ubezpieczeniach, możliwościach finansowania, porównywaniu cen usług oraz korzystaniu ze świadczeń pracowniczych. Nie zabraknie panelu, w którym mają uczestniczyć rodzice, matki zastępcze i dawczynie komórek jajowych. MHB podaje, że na całym świecie związanych z jej działalnością jest ponad 15 tysięcy obecnych i przyszłych homoseksualnych rodziców, a wpływy ze sponsoringu wspierają program pomocy finansowej dla gejów i osób niepełnosprawnych.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda jak profesjonalnie przygotowane przedsięwzięcie, podczas którego zainteresowani otrzymują informacje niezbędne do podjęcia jednej z najważniejszych decyzji w życiu. Tyle że nie mówimy o targach mieszkań, samochodów ani nawet kosztownych zabiegów medycznych. Mówimy o procesie, którego rezultatem mają być narodziny człowieka. A skoro tak, to wypadałoby oczekiwać, że poza pytaniami o finansowanie, procedury prawne i dostępność usług równie poważnie potraktujemy pytanie o dobro dziecka.
I właśnie w tym miejscu zaczynają się schody.
Kiedy pragnienie dorosłego staje się najważniejszym argumentem
Nie zamierzam udawać, że pragnienie posiadania dziecka jest czymś błahym. Dla wielu ludzi rodzicielstwo stanowi jeden z najważniejszych celów w życiu. Nie zamierzam również twierdzić, że homoseksualny mężczyzna nie może kochać dziecka, zapewnić mu bezpieczeństwa, troski i dobrego wychowania. Orientacja seksualna sama w sobie nie przesądza o zdolności do odpowiedzialnego rodzicielstwa, podobnie jak heteroseksualność nie stanowi gwarancji, że ktoś będzie dobrym ojcem albo dobrą matką. Wystarczy rozejrzeć się po świecie, by znaleźć aż nadto przykładów na potwierdzenie tej oczywistej prawdy. Jednak przyznanie komuś prawa do miłości i szacunku nie oznacza, że musimy bezkrytycznie zaakceptować każdą metodę realizacji jego życiowych planów.
Można bowiem jednocześnie szanować człowieka, nie kwestionować jego godności i sprzeciwiać się określonemu modelowi organizowania rodzicielstwa. To nie jest sprzeczność, lecz elementarny warunek poważnej debaty. Problem zaczyna się wtedy, gdy każde pytanie o granice technologii reprodukcyjnych, rolę biologicznej matki czy konsekwencje komercjalizacji narodzin, próbuje sprowadzić się do kwestii tolerancji. Wówczas dyskusja przestaje dotyczyć konkretnego rozwiązania, a zaczyna przypominać egzamin z poprawności ideologicznej. Tak na marginesie, w Europie to zjawisko staje się bardziej niż widoczne.
Tymczasem dziecko nie jest nagrodą za spełnienie marzeń dorosłego człowieka. Nie jest również przedmiotem, który można zamówić, dopasować do życiowego planu i odebrać po zakończeniu kolejnych etapów procedury. Nawet jeżeli prawo dopuszcza określone rozwiązania, nie zwalnia to nikogo z obowiązku zadawania pytań o ich konsekwencje moralne. Właśnie dlatego wydarzenie w Brukseli zasługuje na ocenę krytyczną. Nie dlatego, że jego uczestnikami mają być homoseksualni mężczyźni, lecz dlatego, że rodzicielstwo zostaje tu przedstawione jako przedsięwzięcie, które można zaplanować, skalkulować, sfinansować i przeprowadzić przy pomocy rozbudowanego rynku usług.
W programie znajdziemy budżety, ubezpieczenia, porównywarki kosztów i pomoc finansową. Wszystko to może być praktycznie użyteczne dla osób rozważających surogację. Ale gdzie w tej biznesowej układance kończy się język usług, a zaczyna rozmowa o dziecku jako odrębnym człowieku, którego interesy nie zawsze muszą pokrywać się z oczekiwaniami dorosłych?
Oczywiście organizatorzy mogą odpowiedzieć, że kwestie etyczne również będą omawiane, a obecność matek zastępczych i dawczyń komórek jajowych, zapewnić ma szerszą perspektywę. Nie ma powodu z góry zakładać, że takie rozmowy nie będą prowadzone. Niemniej sama konstrukcja wydarzenia, oparta na łączeniu przyszłych rodziców z dostawcami usług, uzasadnia pytanie, czy w centrum całego przedsięwzięcia znajduje się przede wszystkim dobro dziecka, czy realizacja planów osób, które chcą zostać rodzicami.
To pytanie nie jest przejawem uprzedzenia. Jest pytaniem o hierarchię wartości.
Matka zastępcza nie jest szczegółem technicznym
W tradycyjnym rozumieniu rodziny macierzyństwo nie jest wyłącznie funkcją społeczną ani rolą, którą można dowolnie oddzielić od biologii. Wiąże się z ciążą, porodem, cielesnym doświadczeniem kobiety oraz szczególną relacją, która rozwija się jeszcze przed narodzinami dziecka. Oczywiście istnieją różne sytuacje rodzinne, adopcja, śmierć rodzica czy rozmaite okoliczności, w których dziecko wychowuje się poza rodziną biologiczną. Życie nie zawsze układa się według jednego schematu, a odpowiedzialne społeczeństwo powinno umieć pomagać ludziom w trudnych sytuacjach.
Czym innym jest jednak pomoc dziecku, które już istnieje i potrzebuje rodziny, a czym innym tworzenie procedury, której celem jest doprowadzenie do narodzin dziecka dla konkretnych osób przy wykorzystaniu rozdzielonych funkcji reprodukcyjnych. W przypadku surogacji występować mogą różne układy biologiczne i prawne. Kobieta może być dawczynią komórki jajowej albo matką zastępczą, a czasem te role są rozdzielone. Nie każda procedura wygląda identycznie, nie każda ma taki sam status prawny i nie każda wiąże się z tymi samymi warunkami finansowymi. Nie należy więc wrzucać wszystkich przypadków do jednego worka.
Nie zmienia to jednak zasadniczego problemu, że ciąża i narodziny dziecka stają się częścią zorganizowanego procesu, w którym kilka osób oraz podmiotów gospodarczych uczestniczy w realizacji zamierzonego celu.
Można oczywiście mówić o autonomii kobiety, jej świadomej decyzji i prawie do decydowania o własnym ciele. To argument, którego nie należy lekceważyć. Ale autonomia jednej osoby nie sprawia automatycznie, że wszystkie problemy etyczne zostają rozwiązane. Pozostają kwestie nierówności ekonomicznych, możliwej presji finansowej, podziału odpowiedzialności oraz relacji między kobietą noszącą ciążę a przyszłymi rodzicami. W komercyjnych modelach surogacji szczególnie ważne jest ustalenie, czy zgoda rzeczywiście jest świadoma i wolna od nacisku, a także kto ponosi konsekwencje komplikacji medycznych. Nie wystarczy więc powiedzieć, że wszyscy zainteresowani wyrazili zgodę. W sprawach dotyczących reprodukcji zgoda dorosłych jest niezbędna, ale nie wyczerpuje całego problemu moralnego.
I nie, nie chodzi o to, by z góry uznać każdą kobietę decydującą się na surogację za ofiarę. Takie podejście byłoby równie uproszczone jak twierdzenie, że rynek zawsze rozwiązuje wszystkie problemy. Chodzi o dostrzeżenie, że nawet dobrowolna transakcja może rodzić pytania o sprawiedliwość, proporcje sił i granice komercjalizacji ludzkiego życia.
Konserwatywna perspektywa nie jest zakazem zadawania pytań
Moje stanowisko w tej sprawie wyrasta z konserwatywnego rozumienia rodziny, biologii i odpowiedzialności społecznej. Uważam, że tradycyjny model rodziny, oparty na związku kobiety i mężczyzny, ma szczególne znaczenie dla wychowania kolejnych pokoleń. Nie jest to twierdzenie, że każda taka rodzina funkcjonuje prawidłowo, ani że wszystkie pozostałe układy rodzinne są z definicji pozbawione miłości. To przekonanie, że więź między matką, ojcem i dzieckiem ma wymiar nie tylko emocjonalny, ale również biologiczny, kulturowy i społeczny.
Rodzina jest przecież czymś więcej niż prywatnym projektem dwóch dorosłych osób. To jedna z podstawowych instytucji, poprzez które społeczeństwo przekazuje język, obyczaje, odpowiedzialność, pamięć historyczną i zasady współżycia. W rodzinie dziecko po raz pierwszy poznaje granice własnej wolności, uczy się relacji z innymi ludźmi i obserwuje, jak w praktyce wyglądają obowiązki wobec najbliższych. Dlatego nie uważam, że pytanie o model rodziny można sprowadzić do stwierdzenia, iż liczy się wyłącznie miłość. Miłość jest fundamentalna, ale nie jest jedyną kategorią, która powinna interesować społeczeństwo. Znaczenie mają również więzi biologiczne, stabilność, obecność różnych ról rodzicielskich, sposób przekazywania wzorców oraz prawo dziecka do poznania własnego pochodzenia.
Nie wszystkie te kwestie mają jednoznaczne odpowiedzi naukowe. Nie istnieje też uczciwa podstawa, by twierdzić, że każde dziecko wychowywane przez parę homoseksualną będzie miało problemy albo, że dzieci wychowywane w rodzinach heteroseksualnych automatycznie otrzymają lepsze przygotowanie do życia. Takie kategoryczne sądy są nieuprawnione. Można jednak uważać, że tradycyjny model rodziny powinien pozostawać społecznie preferowanym punktem odniesienia, a zarazem domagać się poważnej debaty nad rozwiązaniami, które oddzielają rodzicielstwo od biologicznego macierzyństwa.
Właśnie w tym miejscu przebiega granica pomiędzy konserwatywną krytyką a bezpodstawnym oskarżaniem konkretnych ludzi. Bo tu krytykuję model i mechanizm, ale nie odbieram nikomu człowieczeństwa.
Jakich wzorców uczymy przyszłych obywateli?
To dla mnie jeden z najważniejszych aspektów całej sprawy. Dzieci nie są wyłącznie prywatną sprawą dorosłych. Są również przyszłymi obywatelami, którzy będą współtworzyć społeczeństwo, podejmować decyzje, zakładać własne rodziny i przekazywać kolejnym pokoleniom określone wartości. Wychowanie nie polega jedynie na zapewnieniu odpowiedniego mieszkania, wykształcenia, dostępu do opieki zdrowotnej i poczucia bezpieczeństwa. Obejmuje także przekazywanie wzorców relacji, odpowiedzialności, rozumienia własnej tożsamości i stosunku do innych ludzi. Dziecko obserwuje dorosłych, przyswaja ich postawy, a z czasem buduje własny obraz świata.
Dlatego warto pytać, jakie znaczenie ma dla młodego człowieka sytuacja, w której jego przyjście na świat było wynikiem procedury surogacji, a biologiczne role rodzicielskie zostały rozdzielone między kilka osób. Jak będzie rozumiało własne pochodzenie? Jak zostanie mu to przedstawione? Czy będzie miało możliwość poznania informacji o dawczyni komórki jajowej lub matce zastępczej, jeśli są to różne osoby? Jak rodzina poradzi sobie z pytaniami, które mogą pojawić się w dzieciństwie, okresie dojrzewania lub dorosłości?
Nie ma podstaw, by zakładać, że takie dziecko musi przeżywać kryzys tożsamości albo że jego rozwój będzie zaburzony. Nie można również z góry przesądzić, jaką odpowiedź przyniesie życie konkretnej rodziny. Można natomiast uznać, że są to zagadnienia na tyle poważne, których nie wolno lekceważyć tylko dlatego, że nie pasują do reklamowego obrazu szczęśliwego rodzicielstwa.
Mam także obawy dotyczące szerszego wymiaru kulturowego. Jeżeli społeczeństwo zacznie traktować narodziny dziecka przede wszystkim jako rezultat indywidualnego planu zagospodarowania domu, wspieranego przez rynek usług medycznych i prawnych, może stopniowo osłabiać przekonanie, że rodzicielstwo wiąże się również z przyjęciem ograniczeń, których nie da się sprowadzić do kwestii finansowych czy technicznych.
Nie chodzi też o to, by twierdzić, że dzieci wychowywane w rodzinach homoseksualnych będą w przyszłości gorszymi obywatelami. Nie ma podstaw do takiego stwierdzenia. Chodzi o coś innego – o pytanie, jaki model relacji między jednostką, rodziną, biologią i rynkiem chcemy utrwalać jako społeczeństwo. Czy każda potrzeba dorosłego powinna prowadzić do stworzenia nowego rozwiązania reprodukcyjnego, jeśli tylko technologia i pieniądze na to pozwalają? Czy istnieją granice, których nie powinniśmy przekraczać, nawet jeżeli ich przekroczenie jest technicznie możliwe i przynosi komuś osobistą satysfakcję? W mojej ocenie takie granice istnieją. I właśnie o nich powinniśmy rozmawiać, zamiast udawać, że cała sprawa sprowadza się do prawa do spełniania marzeń.
Rynek, który sprzedaje nadzieję
Szczególną uwagę zwraca komercyjna strona brukselskiego wydarzenia. Organizatorzy zapowiadają możliwość konsultacji z ponad 35 agencjami, klinikami, kancelariami prawnymi i innymi dostawcami usług. W programie znalazły się narzędzia do porównywania kosztów, informacje o finansowaniu, ubezpieczeniach, zniżkach i kredytowaniu „zakupu” dziecka.
Z punktu widzenia organizacyjnego jest to zrozumiałe. Surogacja może być kosztowna, a jej realizacja wymaga znajomości przepisów, procedur medycznych i formalności związanych z ustalaniem rodzicielstwa. Informacje mogą pomóc uniknąć błędów i nieuczciwych praktyk. Ale właśnie dlatego należy uważnie przyglądać się interesom wszystkich uczestników tego rynku.
Agencja ma interes w pozyskiwaniu klientów. Klinika świadczy usługi medyczne. Kancelaria zarabia na obsłudze prawnej. Organizatorzy mogą finansować działalność z opłat sponsorskich. Nie oznacza to automatycznie, że którakolwiek z tych stron postępuje nieuczciwie. Pokazuje natomiast, że mamy do czynienia z systemem, w którym występują konkretne interesy ekonomiczne, a nie wyłącznie bezinteresowna troska o przyszłych rodziców. W takich warunkach szczególnie ważne jest pytanie o niezależne doradztwo, przejrzystość kosztów, odpowiedzialność za niepowodzenie procedury i ochronę kobiet uczestniczących w procesie. Nie mniej istotne pozostaje zabezpieczenie interesów dziecka, które nie jest stroną negocjacji, nie porównuje ofert i nie wybiera dostawcy usług.
Dziecko nie może przecież powiedzieć: tej umowy nie akceptuję, ten model rodzicielstwa mi nie odpowiada, a tę część procedury chciałbym przeprowadzić inaczej.
To właśnie odróżnia rynek reprodukcyjny od zwykłego rynku konsumenckiego. Przedmiotem decyzji nie jest towar, który można zwrócić, wymienić albo zastąpić innym egzemplarzem. Rezultatem jest człowiek, którego prawa i potrzeby będą istnieć niezależnie od tego, jak dobrze przygotowano dokumentację prawną. Dlatego każda konferencja poświęcona surogacji powinna być oceniana nie tylko przez pryzmat sprawności organizacyjnej i dostępności usług, ale również przez to, jak poważnie traktuje granice komercjalizacji reprodukcji.
A co z prawami lesbijek? Moje stanowisko jest takie samo
Żeby nie było niedomówień: w przypadku par lesbijskich mam dokładnie taką samą opinię. Nie stosuję tu podwójnych standardów i nie zamierzam zmieniać zasad oceny w zależności od tego, kto chce zostać rodzicem.
Jeżeli dwie kobiety decydują się na wykorzystanie dawstwa nasienia, również pojawiają się pytania o biologiczne pochodzenie dziecka, rolę nieobecnego w codziennym życiu rodzinnym biologicznego ojca oraz sposób, w jaki dziecko będzie poznawało historię własnego poczęcia. Jeżeli w grę wchodzi surogacja, dochodzą kolejne kwestie związane z ciążą, matką zastępczą i podziałem biologicznych ról. Poszczególne procedury są oczywiście różne i nie należy ich ze sobą utożsamiać, ale moja zasada pozostaje niezmienna – pragnienie dorosłych nie powinno samo w sobie przesądzać o moralnej dopuszczalności każdej metody prowadzącej do narodzin dziecka.
Nie chodzi mi zatem o to, by wyłącznie krytykować gejów, ponieważ to oni są adresatami brukselskiej konferencji. Gdyby podobne targi zorganizowano dla lesbijek, które chciałyby skorzystać z określonych procedur reprodukcyjnych, moja ocena podstawowych problemów etycznych byłaby taka sama. W przeciwnym razie musiałbym przyznać, że nie kieruję się zasadami, lecz sympatiami albo antypatiami. A przecież poważny konserwatyzm powinien opierać się na spójnym systemie wartości, nie na wybieraniu sobie wygodnych przeciwników.
Nie oznacza to, że należy lekceważyć osoby, które zmagają się z niepłodnością, ani że każda procedura medyczna związana z reprodukcją jest zła. Medycyna potrafi pomagać ludziom w sytuacjach, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawały się beznadziejne. Nie każda pomoc medyczna rodzi też te same dylematy etyczne. Właśnie dlatego potrzebujemy rozróżnień, a nie ideologicznych etykiet. Jednak postęp technologiczny nie jest samodzielnym argumentem moralnym. To, że coś potrafimy zrobić, nie oznacza jeszcze, że powinniśmy robić to bez ograniczeń.
Bruksela nie odpowie za nas na najważniejsze pytanie
Brukselska konferencja odbyć się ma w dniach 13–15 listopada 2026 roku. Jej organizatorzy obiecują kompleksową wiedzę, dostęp do specjalistów, pomoc finansową i możliwość nawiązania kontaktów z podmiotami działającymi na rynku surogacji. To konkretna oferta skierowana do określonej grupy odbiorców. Można ją więc analizować pod względem prawnym, medycznym i ekonomicznym. Można pytać o przepisy poszczególnych państw, o warunki umów, o koszty procedur oraz o ochronę wszystkich uczestników procesu. Można też docenić fakt, że ludzie poszukujący informacji otrzymują możliwość konsultacji z ekspertami. Nie ma potrzeby negować tych elementów tylko po to, by wyrazić krytyczny pogląd.
Nie zamierzam jednak przyjmować za oczywistość, że każda droga prowadząca do rodzicielstwa powinna zostać uznana za równie pożądaną społecznie. Nie zgadzam się z przekonaniem, że skoro dorosły człowiek czegoś pragnie, to społeczeństwo ma obowiązek zorganizować mu możliwość realizacji tego pragnienia bez zadawania trudnych pytań.
W mojej ocenie tradycyjna rodzina, oparta na związku kobiety i mężczyzny, powinna zachować szczególne miejsce w porządku społecznym. Uważam również, że biologiczny wymiar macierzyństwa i ojcostwa ma znaczenie, którego nie należy redukować do jednej z wielu możliwych konfiguracji rodzinnych. Nie oznacza to też, że wszystkie inne sytuacje można oceniać jednym zdaniem, ani że dzieci wychowywane w odmiennych warunkach należy traktować gorzej. Oznacza natomiast, że mam prawo bronić określonej wizji rodziny i sprzeciwiać się rozwiązaniom, które w mojej ocenie zbyt łatwo podporządkowują narodziny dziecka planom dorosłych.
Najważniejsze pytanie brzmi więc nie tylko: kto ma prawo zostać rodzicem? Brzmi również: jakie obowiązki wobec dziecka wynikają z decyzji o jego poczęciu i narodzinach, a jakich granic nie powinniśmy przekraczać nawet w imię najbardziej szczerego pragnienia?
To pytanie dotyczy nie tylko homoseksualnych mężczyzn, nie tylko par lesbijskich i nie tylko uczestników konferencji w Brukseli. Dotyczy całego społeczeństwa, które musi zdecydować, czy w sprawach reprodukcji chce kierować się wyłącznie możliwościami technologicznymi i prawami dorosłych, czy również ostrożnością, odpowiedzialnością i przekonaniem, że dziecko nie jest narzędziem do realizacji cudzego szczęścia.
Nie oczekuję, że wszyscy podzielą moje stanowisko. Oczekuję natomiast, że nie zostanie ono z góry uznane za nieważne tylko dlatego, że wyrasta z konserwatywnego rozumienia rodziny. W wolnym społeczeństwie prawo do dyskusji powinno obejmować także poglądy niewygodne dla tych, którzy uznali określony kierunek zmian za nieodwracalny.
Brukselskie targi mogą pomóc przyszłym rodzicom znaleźć klinikę, agencję, prawnika czy sposób finansowania procedury. Nie odpowiedzą jednak za społeczeństwo na pytanie, jakie konsekwencje niesie ze sobą przekształcanie ludzkiej reprodukcji w coraz lepiej zorganizowany rynek usług? I właśnie dlatego nie wystarczy powiedzieć, że wszystko odbywa się w imię miłości. Miłość jest ważna, ale nie zwalnia z odpowiedzialności. Nie usuwa wszystkich dylematów i nie daje automatycznej zgody na każde rozwiązanie.
Dziecko nie przychodzi na świat po to, by potwierdzić słuszność światopoglądu dorosłych. To dorośli powinni udowodnić, że ich decyzje służą dziecku – również wtedy, gdy wymaga to postawienia granic własnym pragnieniom.
Bogdan Feręc
Photo by Ilia Bronskiy on Unsplash

