Czy Zielony Ład może zatrzymać deszcz? Morze Północne staje się wielkim eksperymentem
Z czystym sumieniem można już powiedzieć, że unijni politycy to kłamcy, którzy chcą odebrać nam wszystkie pieniądze, a poniekąd udowadniają to niemieccy naukowcy. Przez lata słyszeliśmy, że wiatr jest za darmo, słońce jest za darmo, a energia odnawialna jest przyszłością Europy. W tej opowieści wszystko miało być proste, więc postawić wiatraki, podłączyć kable, zamknąć elektrownie węglowe, ograniczyć emisję CO₂ i patrzeć, jak Europa maszeruje ku klimatycznej doskonałości.
Problem polega na tym, że natura nie czyta wydumanych unijnych strategii i właśnie dlatego najnowsze niemieckie badania dotyczące gigantycznej rozbudowy morskich farm wiatrowych na Morzu Północnym powinny zainteresować nie tylko energetyków, ale również polityków, klimatologów, rolników, mieszkańców Starego Kontynentu i każdego, kto uważa, że polityka energetyczna może być prowadzona bez zadawania pytań o jej skutki uboczne.
Jak się okazuje, tysiące obecnie, a w przyszłości może miliony turbin, jeżeli nie zatrzyma się tego szaleństwa, które ustawione są w wodach przybrzeżnych, nie są dla atmosfery obojętne.
Co istotne, nie chodzi o żadną teorię spiskową, jak i nie chodzi też o opowieść, że każde wiatrakowe skrzydło „kradnie deszcz”. Nauka mówi coś subtelniejszego, ale jednocześnie dla europejskiej polityki energetycznej bardzo niewygodnego: wielkoskalowe farmy wiatrowe mogą zmieniać przepływ powietrza, wytwarzać miejscowe turbulencje, zaburzać wymianę energii między morzem a atmosferą, ale też zmieniać zachmurzenie oraz rozkład opadów.
Najnowsze badanie opublikowane w sierpniu 2026 roku w „Communications Earth & Environment” przez naukowców związanych m.in. z niemieckim Helmholtz-Zentrum Hereon pokazuje, że przy bardzo dużej rozbudowie morskiej energetyki wiatrowej, wpływ na opady może stać się regionalnie istotny. W modelowanym scenariuszu po 2050 roku opady w przybrzeżnych częściach Niemiec, Holandii i Wielkiej Brytanii mogłyby zmniejszyć się nawet o 10–12 proc., a w niektórych częściach Jutlandii o ponad 15 proc., szczególnie przy określonych kierunkach wiatru, m.in. południowo-zachodnim.
Wracajmy więc do felietonu i, żeby nie zostać posądzonym o klimatyczną herezję, nie jest to jeszcze dowód, że farmy wiatrowe powodują suszę, co trzeba powiedzieć jasno, ale to teza, którą na podstawie dalszych badań należy udowodnić lub odrzucić. Z pewnością można natomiast powiedzieć, że jest to bardzo poważny sygnał, iż gigantyczna infrastruktura energetyczna może wpływać na mikroklimat bardziej, niż przez lata sugerowała polityczna narracja o „czystej energii”.
Wiatr nie jest bez konsekwencji
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Turbina wiatrowa nie produkuje energii z niczego. Pobiera część energii kinetycznej zawartej w przepływającym powietrzu i zamienia ją na energię elektryczną. Za turbiną powstaje tzw. wake, czyli ślad aerodynamiczny, a to nic innego, jak obszar zmniejszonej prędkości wiatru i zwiększonych turbulencji/zawirowań powietrza. Pojedyncza turbina nie jest oczywiście w stanie przeprogramować europejskiej pogody. Problem zaczyna się wtedy, kiedy pojedyncze turbiny przestają być rozsiane na dużym terenie, a stają się całymi centrami przemysłowymi, energetycznymi miastami ustawionymi na morzu.
Badania obserwacyjne wykazały już wcześniej, że ślad aerodynamiczny morskich farm wiatrowych może rozciągać się na dziesiątki kilometrów. W badaniach prowadzonych na Morzu Północnym, zaobserwowano jednak znaczne deficyty prędkości wiatru i zwiększoną turbulencję za farmami. To nowe badanie idzie nawet o krok dalej. Naukowcy przeanalizowali przyszłe scenariusze rozwoju energetyki wiatrowej na całym szelfie północno-zachodniej Europy. I właśnie skala okazuje się tutaj kluczowa, bo nie można dyskutować o jednym wiatraku, ale o stu już tak.
Jeśli Europa chce postawić na Morzu Północnym, Morzu Irlandzkim, Morzu Bałtyckim i Oceanie Atlantyckim ogromne klastry farm wiatrowych, połączone kablami z Niemcami, Holandią, Danią, Wielką Brytanią, Polską, Irlandią, Hiszpanią, Francją oraz Portugalią, ale też z innymi państwami, przestajemy mieć do czynienia wyłącznie z elektrownią. Zaczynamy tworzyć nowy element krajobrazu atmosferycznego.
Bruksela mówi: więcej
Tymczasem polityczna odpowiedź Brukseli brzmi: jeszcze więcej wiatraków, bo Europejczycy najbardziej zatruwają planetę. Komisja Europejska w swojej, że tak to określę, strategii dla morskiej energetyki wiatrowej zakładała, że normą powinno być osiągnięcie co najmniej 60 GW mocy offshore do 2030 roku i 300 GW do 2050 roku. Późniejsze uzgodnienia państw członkowskich podniosły wspólne ambicje jeszcze wyżej, bo do około 86–89 GW do 2030 roku i 356–366 GW do 2050 roku.
W przypadku Morza Północnego ambicje są szczególnie wysokie. Państwa skupione w ramach North Seas Energy Cooperation deklarowały wcześniej osiągnięcie co najmniej 300 GW morskiej energetyki wiatrowej do 2050 roku, a w styczniu 2026 roku europejscy przywódcy i ministrowie ponownie potwierdzili zamiar przyspieszenia rozwoju energetyki offshore. I tutaj pojawia się pytanie, którego europejska polityka energetyczna nie może już zbywać wzruszeniem ramion: Czy przed postawieniem setek gigawatów turbin dokładnie wiemy, co stanie się z atmosferą nad Morzem Północnym?
Nie chodzi o to, aby zatrzymać energetykę wiatrową. Chodzi o coś znacznie bardziej podstawowego, aby nie traktować atmosfery jak pustej przestrzeni, w której można bez końca instalować kolejne urządzenia.
Najciekawsze jest to, gdzie pada deszcz
Wyniki niemieckiego badania są interesujące właśnie dlatego, że nie mówią po prostu: „wiatraki zabierają deszcz”. Ten mechanizm jest skomplikowany i w symulacjach opady rosną nad obszarami farm wiatrowych, natomiast w pewnych warunkach maleją w regionach znajdujących się nieco dalej, przede wszystkim na obszarach przybrzeżnych. W scenariuszu intensywnej rozbudowy do połowy XXI wieku wzrost opadów nad farmami może dochodzić do około 8–10 mm miesięcznie, czyli 12–18 proc. Tym samym, deszcz nie znika z atmosfery, ale może zostać przesunięty i właśnie to jest sednem problemu.
Dla zwykłego człowieka, który pracuje w korporacji na wybrzeżu nie ma większego znaczenia, czy deszcz „zniknął”, czy został przesunięty o kilkadziesiąt kilometrów. Ma jednak dla rolnika, który potrzebuje wody na swoim polu, a chmura z opadem zatrzyma się wcześniej nad morzem, albo „przeskoczy” nad jego polem, wówczas pojawia się rachunek strat.
Politycy kochają średnie
Tutaj dochodzimy do jednej z największych słabości współczesnej polityki klimatycznej. Politycy lubią średnie, więc rzucają na prawo i lewo, że jest średnia temperatura, średnia emisja, średnia produkcja energii i średnie opady. Tymczasem człowiek nie żyje w tej ich średniej, jak i złości się, gdy ci sami politycy udowadniają, że wrosła też średnia pensja w kraju.
Pamiętać należy, że rolnik nie zbiera „średniego plonu”, czyli albo zbiera zboże, albo go nie zbiera i nie ma nic pośredniego. Mieszkaniec północnych Niemiec nie potrzebuje „średniej ilości opadów dla Europy”, on na polu potrzebuje wody i to w miejscu, gdzie znajduje się jego gospodarstwo. Dlatego informacja, że potencjalny wpływ farm wiatrowych na opady jest regionalny, nie powinna być powodem do uspokojenia rolniczych nastrojów, a stać się zapalnikiem do rozpoczęcia poważnej debaty. Zwłaszcza że badanie Hereon nie analizuje pojedynczego wiatraka stojącego samotnie na morzu. Analizuje scenariusze masowego rozwoju offshore na całym północno-zachodnim szelfie Europy.
Zielony Ład miał być lekarstwem na wszystko
Europejski Zielony Ład przez lata przedstawiano niemal jak wielki plan modernizacyjny, który rozwiąże jednocześnie problemy klimatyczne, energetyczne i gospodarcze. Ale energia nie jest stosowaną przez Brukselę ideologią, jest fizyką w najczystszej postaci. Jeżeli turbina odbiera część energii przepływającego powietrza, musi to mieć konsekwencje fizyczne. Jeżeli setki turbin powodują rozległe strefy zmniejszonej prędkości wiatru, to także nie może być obojętne. Jeżeli wprowadza się dodatkowy turbulentny element, więc pionowe mieszanie atmosfery, można oczekiwać wpływu na wymianę ciepła oraz wilgoci.
Niemieckie badania pokazują, że te mechanizmy należy brać pod uwagę i dlatego polityczna pewność siebie powinna ustąpić miejsca naukowej ostrożności. Tymczasem Europa robi coś odwrotnego, choć typowego dla siebie, więc najpierw ustala wielkie liczby, potem ustala terminy, następnie tworzy system finansowania, a dopiero na samym końcu zaczyna pytać o skutki uboczne.
To jest postawienie kolejności na głowie i żadne polityczne zaklęcia tego nie zmienią.
To nie jest pierwszy sygnał
Co ciekawe, najnowsza praca nie pojawiła się w naukowej próżni, bo już wcześniejsze badania dotyczące europejskich farm wiatrowych wskazywały na możliwość występowania zmian meteorologicznych, choć w znacznie mniejszej skali. Modelowanie realnych scenariuszy rozwoju europejskiej energetyki wiatrowej wskazywało na niewielkie zmiany temperatury i sum opadów, rzędu kilku procent. Jednak były one znacznie słabsze od naturalnej zmienności klimatu, a wówczas uznano, że skutki będą praktycznie niezauważalne. Teraz wszystko się zmienia, choć analizy nie pokazały ponad wszelką wątpliwość, że mamy tutaj do czynienia z odkryciem typu „wiatraki właśnie zaczęły zmieniać pogodę”. Nie, ponieważ wiemy od dawna, co nawiasem mówiąc, przez lata było ukrywane przed społeczeństwem, że wielkie farmy wpływają na atmosferę.
Niestety dla polityków, pojawia się w tej kwestii nowe pytanie, a brzmi: co się stanie, kiedy ilość farm wiatrowych i zagęszczenie wzrosną wielokrotnie?
To pytanie jest szczególnie ważne dlatego, że sama literatura dotycząca efektów farm offshore wskazuje na znaczenie skali. W badaniu dotyczącym przyszłej produkcji energii u wybrzeży Niemiec wykazano, że straty wynikające z nakładania się śladów aerodynamicznych pomiędzy farmami rosną wraz z ich zagęszczeniem. W scenariuszu rozwoju do 2027 roku modelowane straty między klastrami sięgały 2,5 proc., a wewnątrz klastrów 4,3 proc., podczas gdy straty wewnątrz pojedynczych farm pozostawały znacznie większe. Czyli nawet same turbiny zaczynają sobie nawzajem przeszkadzać, więc i to powinno dać politykom do myślenia.
Morze Północne nie jest nieskończone
Jest jeszcze jeden problem, bo Europa traktuje Morze Północne jak wielką baterię. Na mapach wszystko wygląda znakomicie: wiatraki, kolektory, energetyczne wyspy, połączenia międzysystemowe, wodór i elektryfikacja przemysłu. Tyle że Morze Północne jest również ekosystemem, jest przestrzenią rybołówstwa, jest szlakiem transportowym, jest środowiskiem życia wielu gatunków i na koniec, jest częścią systemu atmosferycznego.
Europejskie dokumenty same przyznają, że rozwój farm wiatrowych musi być koordynowany z ochroną środowiska, planowaniem przestrzennym mórz i innymi sposobami użytkowania akwenów. Komisja Europejska wskazuje nawet na potrzebę badań, monitoringu i działań łagodzących wpływ tych konkretnych inwestycji. To akurat dobrze, ale skoro monitoring i badania są potrzebne, to znaczy, że nie wszystko jest jeszcze wiadomo, a skoro tak jest, to politycy powinni wykazać się większą porcją pokory.
Nie chodzi o walkę z wiatrakami
Nie jestem przeciwnikiem technologii, co wielokrotnie już powtarzałem, a nawet jestem zwolennikiem mikroenergetyki na własne potrzeby. Energetyka wiatrowa powinna więc mieć swoje miejsce w europejskim miksie energetycznym. Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy jedno źródło energii zostaje wyniesione do rangi rozwiązania niemal uniwersalnego, a wszystkie pytania o jego ograniczenia, traktowane są jako przejaw zacofania.
To jest oczywiście kolejny błąd wiatrakowych terrorystów, a tak samo błędem byłoby twierdzenie, że jedno badanie, poparte obecnie symulacjami dowodzi, iż farmy wiatrowe wywołają suszę w Europie. Nie dowodzi. Autorzy badania przedstawiają wyniki symulacji, a nie wieloletni zestaw obserwacji dowodzących, że konkretna farma odebrała jakiemuś regionowi taką to, a taką ilość deszczu. Niemieckie opracowania również zwracają uwagę na tę różnicę. Model wykorzystuje dane meteorologiczne i symuluje scenariusze przyszłego rozwoju, a nie mierzy bezpośrednio zmian wartości opadów oraz zaburzeń przepływu powietrza.
Właśnie dlatego rozsądny wniosek powinien brzmieć, że nie wiemy jeszcze, jak duży będzie rzeczywisty efekt, ale wiemy już wystarczająco dużo, aby nie wolno było go ignorować.
A co z Zielonym Ładem?
Jeżeli politycy Unii Europejskiej chcą rzeczywiście prowadzić politykę opartą na nauce, muszą przyjąć jedną prostą zasadę. Technologia nie może być zwolniona z pytań tylko dlatego, że nosi etykietę „zielona”. To, że coś nie emituje CO₂ podczas produkcji energii elektrycznej, nie oznacza automatycznie, że nie ma żadnych skutków ubocznych dla środowiska. Każda infrastruktura ma swoją ekologiczną cenę, czyli mają ją linie energetyczne, kopalnie surowców potrzebnych do produkcji turbin, kable, fundamenty – i same farmy wiatrowe mają cenę.
A jeżeli ich masowa koncentracja zmienia przepływ powietrza i potencjalnie rozkład opadów, także ten koszt trzeba uczciwie policzyć. I powtórzę to jeszcze raz, nie po to, aby zatrzymać rozwój, ale… aby rozwój był rozsądny. A o ten rozsądek w tym szaleńczym Zielonym Ładzie, apeluję natomiast od kilku ładnych lat.
Niepokojąca jest polityczna pewność
Europa powinna wyciągnąć z niemieckiego badania przede wszystkim jedną lekcję. Nie taką, że „wiatraki zabierają deszcz”, to byłaby głupota na miarę europejskich elit władzy. Lekcja brzmi, że im większa skala ingerencji człowieka w system energetyczny i atmosferyczny, tym większa potrzeba badania efektów ubocznych.
Jeżeli ktoś tego nie wie, to skala europejskich planów jest ogromna. Komisja Europejska mówi już przecież o setkach gigawatów prądu z morskiej energetyki wiatrowej. Państwa Morza Północnego planują całe, gigantyczne morskie pola energetyczne. Kolejne kable mają połączyć krajowe systemy energetyczne, a i powstają koncepcje zintegrowanej sieci offshore.
To nie jest eksperyment na papierze! To jest proces, który już trwa. Dlatego pytanie o deszcz lub jego brak nie powinno być wyśmiewane. Ono musi być zadawane, bo do wyjaśnienia jest wiele elementów, czyli:
- Czy farmy przesuwają opady?
- Jak daleko sięga ich wpływ?
- Czy efekt jest sezonowy?
- Czy zależy od kierunku wiatru?
- Czy występuje tylko przy bardzo dużym zagęszczeniu turbin?
- Czy może mieć znaczenie dla rolnictwa?
- Czy może zmieniać bilans wodny niektórych regionów?
- Jakie są skutki kumulacyjne?
- I przede wszystkim: czy zanim postawimy kolejne setki turbin do produkcji gigawatów, będziemy potrafili odpowiedzieć na te pytania?
Czas skończyć z utopijną religią technologii
Europa nie potrzebuje kolejnej religii, bo ta akurat przychodzi z niechcianymi migrantami. Ona potrzebuje energetyki, potrzebuje taniego prądu, potrzebuje bezpieczeństwa energetycznego, potrzebuje sprawnego przemysłu, potrzebuje stabilnych sieci, potrzebuje energii wtedy, kiedy nie wieje. I, o czym nie można wcale zapominać, potrzebuje rozumnych polityków, do których dotrze, że atmosfera nie jest jakąś tam tabelką w prezentacji klimatycznych oszołomów, na której można dowolnie przesuwać komórki.
Największym problemem Zielonego Ładu nie jest więc sam wiatr, wiatraki, czy nawet wytwarzane przez nie turbulencje. Największym problemem, a może nawet zagrożeniem jest polityczne przekonanie, że skoro cel jest szlachetny, to każda droga prowadząca do jego osiągnięcia musi być dobra. Nie musi.
Jeżeli niemieckie badania pokazują, że przy odpowiednio dużej skali offshore mogą wystąpić regionalne zmiany opadów, trzeba je badać, a nie zakopywać pod sloganem „czysta energia”. Jeżeli kolejne badania pokazują zmiany w przepływie powietrza, turbulencji, temperaturze i wymianie energii między morzem a atmosferą, należy to uwzględniać w planowaniu. Jeżeli model wskazuje możliwość ograniczenia opadów na niektórych obszarach przybrzeżnych, nie wolno od razu ogłaszać końca rolnictwa, choć Komisja Europejska zrobiłaby to najchętniej, ale równie niedopuszczalne jest udawanie, że nic się nie wydarzyło.
Pamiętajmy, że między histerią a ignorancją istnieje jeszcze coś takiego jak zdrowy rozsądek, którego brakuje zarówno politykom, jak i europejskiej polityce energetycznej.
Deszcz jako test dla europejskiej polityki
Być może więc cała sprawa z deszczem jest czymś więcej niż tylko kolejnym sporem o wiatraki, bo staje się testem dojrzałości europejskiej polityki. Jeżeli Bruksela rzeczywiście wierzy w naukę, powinna powiedzieć: „Dobrze. Sprawdźmy.”, nie zaś: „Nie zadawajcie pytań, bo Zielony Ład jest konieczny, a reszta to atak na transformację energetyczną, to dezinformacja”.
Musimy wreszcie usłyszeć, że: „sprawdzimy”, bo nauka nie potrzebuje ochrony polityków, potrzebuje danych, a politycy potrzebują odwagi i rozumu, aby przyznać, że czasem wcześniejsze założenia mogą być niepełne lub obarczone błędami.
Morze Północne może stać się wielkim europejskim laboratorium transformacji energetycznej. Ale jeżeli mamy postawić tam setki gigawatów nowej mocy wytwórczej, powinniśmy najpierw bardzo dokładnie wiedzieć, co robimy. I znowu, nie dlatego, że wiatrak jest zły. Dlatego, że skala ma znaczenie. Pojedyncza turbina jest urządzeniem energetycznym, jednak tysiące turbin ustawionych w ogromnych skupiskach stają się elementem krajobrazu, który oddziałuje z atmosferą.
A atmosfera nie zna granic Unii Europejskiej, nie czyta rozporządzeń Komisji Europejskiej i nie przestrzega terminów Zielonego Ładu. Jeżeli zmieniamy przepływ powietrza, zmieniamy jeden z mechanizmów odpowiedzialnych za pogodę. Jeżeli zmieniamy wymianę energii i wilgoci, musimy liczyć się z możliwością zmian w zachmurzeniu i opadach. A jeżeli najnowsze niemieckie modelowanie pokazuje, że w określonych scenariuszach rozwoju offshore opady na części europejskich wybrzeży mogą obniżyć się nawet o kilkanaście procent, to jest wystarczający powód, aby nacisnąć hamulec politycznej pewności siebie, choć wolałbym to nazwać głupotą.
To nie będzie hamulec dla technologii, a hamulec bezrefleksyjności, bo prawdziwie zielona Europa nie powinna być Europą, która wierzy w wiatr, ona powinna rozumieć wiatr. Ergo, zanim zaczniemy budować na Morzu Północnym, na Morzu Irlandzkim i na Bałtyku energetyczne imperium, które złożone będzie z setek gigawatów turbin, warto się upewnić, że rachunek, który przedstawiamy naturze, nie będzie kiedyś wyższy niż rachunek za samą energię.
Bo może się okazać, że największą pomyłką Zielonego Ładu nie będzie to, że Europa postawiła na wiatr. Tylko to, że przez zbyt długi czas zakładała, iż wiatr można wykorzystywać na przemysłową skalę, nie pytając, co dzieje się z resztą atmosfery po drugiej stronie łopaty ogromnego śmigła.
Bogdan Feręc
Photo by Yidai Song on Unsplash
