Czy upadek cywilizacji zaczyna się w sypialni? Teoria, która stawia niewygodne pytania
Są takie teorie, które człowiek najchętniej odrzuciłby już po przeczytaniu pierwszego zdania. Nie dlatego, że zostały przekonująco obalone, ale dlatego, że dotykają spraw, o których współczesny świat woli rozmawiać na własnych warunkach. Seksualność, rodzina, wierność, wychowanie dzieci i granice osobistej wolności należą właśnie do tej kategorii. Wystarczy zasugerować, że obyczaje mogą mieć wpływ na kondycję całego społeczeństwa, aby natychmiast znaleźć się pomiędzy oskarżeniami o moralizatorstwo a zarzutami o próbę cofnięcia historii o kilkaset lat.
A jednak w 1934 roku brytyjski antropolog J.D. Unwin opublikował książkę Sex and Culture, w której postawił tezę znacznie bardziej prowokacyjną, niż mogłoby się wydawać. Po przebadaniu 86 cywilizacji uznał, że pomiędzy seksualnymi normami społeczeństwa a jego zdolnością do rozwoju cywilizacyjnego istnieje ścisły związek. Według niego społeczności, które wymagały od swoich członków większej powściągliwości seksualnej, osiągały wyższy poziom organizacji, twórczości i energii kulturowej. Kiedy zaś odchodziły od tych zasad, najdalej w trzecim pokoleniu traciły dynamikę, która wcześniej pozwalała im budować potęgę, a następnie upadały.
Czy Unwin odkrył prawidłowość rządzącą historią? Czy może próbował zamknąć skomplikowane dzieje ludzkości w zbyt ciasnej teorii? Odpowiedź wymaga czegoś więcej niż odruchowego przyklaskiwania albo równie odruchowego oburzenia. Warto bowiem oddzielić to, co rzeczywiście wiemy o jego badaniach, od tego, co chcielibyśmy z nich wyczytać. Jedno jest pewne, więc pytanie o to, czy sposób życia ludzi wpływa na kondycję cywilizacji, pozostaje aktualne. I nie trzeba przyjmować wszystkich wniosków brytyjskiego antropologa, aby dostrzec, że społeczeństwa nie budują swojej przyszłości wyłącznie za pomocą pieniędzy, technologii i politycznych deklaracji.
Pięć tysięcy lat historii i jedna kontrowersyjna teza
Unwin podjął próbę porównania wielu społeczeństw, analizując materiał dotyczący 86 społeczności oraz sześciu historycznych cywilizacji. Interesowały go między innymi przemiany obyczajowe i ich związek z rozwojem kultury, organizacją życia zbiorowego oraz zdolnością do tworzenia trwałych instytucji. W swoich rozważaniach sięgał do odległych epok, przywołując między innymi Sumerów, Babilończyków, Greków, Rzymian oraz społeczeństwa anglosaskie.
Jego zainteresowanie nie ograniczało się do pytania, kto z kim sypiał, jakie zakazy obowiązywały w danej epoce i, za jakie zachowania groziła społeczna dezaprobata. Unwin próbował ustalić, czy reguły dotyczące seksualności mogły wpływać na sposób, w jaki ludzie organizowali swoje życie poza sypialnią, czyli w polityce, gospodarce, sztuce, nauce i administracji. W centrum jego teorii znalazło się przekonanie, że powściągliwość seksualna sprzyja powstawaniu szczególnego rodzaju energii społecznej. W jego ujęciu najważniejsze znaczenie miały wstrzemięźliwość oraz trwała monogamia. Społeczeństwa, które przyjmowały takie normy, miały według niego tworzyć warunki sprzyjające rozwojowi kultury i bardziej złożonych form organizacji.
Brzmi to jak opowieść o świecie, w którym dyscyplina obyczajowa buduje imperia, a swoboda seksualna powoli je rozkłada. Tyle że historia nie jest maszyną, w której wystarczy przesunąć jedną dźwignię, aby otrzymać przewidywalny rezultat. Właśnie dlatego teoria Unwina jest interesująca nie jako gotowa instrukcja obsługi cywilizacji, lecz jako próba postawienia pytania o cenę, jaką społeczeństwa płacą za zmianę własnych norm.
Współczesny człowiek przyzwyczaił się do myślenia o wolności przede wszystkim w kategoriach indywidualnych. Mam prawo wybierać – z kim żyję, jak buduję związek i czy w ogóle chcę zakładać rodzinę. To ważne prawa, których nie należy lekceważyć. Jednak z faktu, że jednostka ma prawo podejmować własne decyzje, nie wynika automatycznie, że każda suma indywidualnych wyborów będzie korzystna dla całej wspólnoty. To jest istotne. Człowiek może podejmować decyzje zgodne z interesem własnym, które w dłuższej perspektywie okazują się kosztowne dla jego otoczenia. Może też podporządkować część swoich pragnień zobowiązaniom wobec dzieci, partnera czy rodziny. Takie napięcie między wolnością osobistą a odpowiedzialnością, nie jest wynalazkiem konserwatystów ani odkryciem antropologii z pierwszej połowy XX wieku. Towarzyszy ludziom od zarania zorganizowanego życia społecznego.
Unwin próbował nadać temu napięciu wymiar historyczny i tutaj zaczął się spór.
Trzy pokolenia, czyli cywilizacja nie upada z dnia na dzień
Najbardziej intrygującym elementem teorii Unwina jest przekonanie, że skutki przemian obyczajowych ujawniają się z opóźnieniem. Według jego interpretacji społeczeństwo może przez pewien czas zachowywać dynamikę, którą zbudowało w poprzednich pokoleniach, nawet jeśli zaczyna odchodzić od zasad stanowiących wcześniej fundament jego organizacji.
Unwin wiązał przemiany kulturowe z okresem obejmującym trzy pokolenia. Nie chodziło więc o nagłe załamanie państwa po zmianie prawa albo o moment, w którym ludzie przestają przestrzegać określonej normy. Jego zdaniem, co dokładnie widać w jego książce, proces miał być stopniowy i najpierw zmieniają się obyczaje, później słabnie określony typ więzi oraz motywacji, a dopiero z czasem społeczeństwo traci część swojej wcześniejszej energii kulturowej. To hipoteza, która może przemawiać do wyobraźni, ponieważ przypomina o czymś znacznie szerszym niż seksualność. Cywilizacje korzystają z dorobku poprzedników. Dzisiejsze bogactwo może być rezultatem pracy ludzi, którzy żyli kilkadziesiąt lat wcześniej. Sprawne instytucje nie powstają w ciągu jednej kadencji parlamentu, a zaufanie społeczne nie jest produktem, który można zamówić z dostawą na następny dzień.
Podobnie może być z kulturą odpowiedzialności. Dzieci wychowywane w określonym systemie wartości nie muszą od razu odrzucać go po osiągnięciu dorosłości. Zmiany następują stopniowo, a ich konsekwencje mogą być widoczne dopiero po latach.
Tyle że właśnie w tym miejscu należy postawić wyraźną granicę między rozsądną obserwacją a nieudowodnioną teorią. Nie ma wystarczających podstaw, aby uznać trzy pokolenia za uniwersalny zegar odmierzający czas do upadku cywilizacji. Historia nie dostarcza prostego mechanizmu, zgodnie z którym, określony poziom swobody seksualnej automatycznie uruchamia proces społecznego rozkładu. Możemy natomiast dostrzegać długofalowe skutki przemian kulturowych, ale nie powinniśmy udawać, że znamy jeden klucz, który otwiera wszystkie drzwi historii.
Wolność bez odpowiedzialności? Tu zaczyna się prawdziwy problem
Największym błędem byłoby sprowadzenie całej dyskusji do banalnego przeciwstawienia konserwatywnej moralności nowoczesnej wolności. Takie ustawienie sprawy jest wygodne dla obu stron, lecz niewiele wyjaśnia. Z jednej strony mamy tradycyjny pogląd, że trwałe związki, wierność, odpowiedzialność rodzicielska i stabilna rodzina stanowią ważne elementy porządku społecznego. Z drugiej natomiast znajduje się przekonanie, że jednostka powinna mieć możliwie szeroką swobodę decydowania o własnym życiu, bez narzucania jej jednego modelu relacji.
Nie ma również powodu, by uznawać, że każda osoba żyjąca poza tradycyjnym modelem rodziny jest mniej odpowiedzialna, mniej twórcza albo mniej zdolna do budowania wartościowych więzi. Nie ma także podstaw, by twierdzić, że samo formalne małżeństwo gwarantuje lojalność, dobre wychowanie dzieci, czy dojrzałość moralną. Wielu z nas, zna przecież małżeństwa będące jedynie fasadą, za którą kryły się przemoc, zdrady i obojętność. Ale istnieje również druga strona medalu. Społeczeństwo nie może bez końca opierać się na przekonaniu, że wszystkie zobowiązania są ciężarem, każde ograniczenie wolności jest opresją, a każda decyzja jednostki nie wymaga refleksji nad konsekwencjami dla innych.
Wierność wymaga rezygnacji z części możliwości. Wychowanie dzieci czasu i cierpliwości. Budowanie trwałego związku oznacza konieczność rozwiązywania konfliktów, a nie tylko poszukiwania kolejnej osoby, z którą przez pewien czas będzie nam wygodnie. Żadna z tych rzeczy nie jest szczególnie efektowna. Nie daje natychmiastowej gratyfikacji i rzadko nadaje się na slogan reklamowy. A jednak właśnie z takich codziennych, powtarzalnych zobowiązań składa się znaczna część ładu społecznego.
Czy Unwin miał rację, wiążąc tę kwestię bezpośrednio z rozwojem cywilizacji? Tego nie możemy uznać za dowiedzione. Czy warto zastanowić się nad tym, jak przemiany w życiu rodzinnym wpływają na wychowanie, zaufanie i odpowiedzialność międzypokoleniową? Oczywiście, ale to dwa różne pytania i nie powinno się ich mylić.
Dlaczego nauka nie przyjęła teorii Unwina bez zastrzeżeń?
Współczesne podejście do historii i antropologii jest znacznie ostrożniejsze niż schemat zaproponowany przez brytyjskiego badacza. Problem nie polega wyłącznie na tym, że jego wnioski mogą być niewygodne dla dzisiejszych obyczajów. Istnieją poważne zastrzeżenia dotyczące samej metody badawczej.
Po pierwsze, trudno sprowadzić tak odmienne społeczeństwa do jednej skali rozwoju. Starożytna Grecja, Rzym, społeczeństwa azjatyckie i wspólnoty plemienne funkcjonowały w odmiennych warunkach. Miały różne systemy gospodarcze, religie, instytucje i sposoby organizacji życia. Uznanie jednych za bardziej rozwinięte od innych wymaga przyjęcia określonych kryteriów, a te mogą odzwierciedlać poglądy samego badacza.
Po drugie, korelacja nie jest dowodem przyczynowości. Nawet jeśli dwa zjawiska występują równocześnie, nie oznacza to, że jedno wywołuje drugie. Rozwój nauki, sztuki czy administracji może zależeć od wielu czynników, w tym nadwyżek gospodarczych, dostępu do surowców, stabilności politycznej, wymiany handlowej, edukacji, instytucji oraz warunków geograficznych.
Po trzecie, historyczne cywilizacje przechodziły przez okresy rozkwitu i kryzysu z przyczyn, których nie da się wyjaśnić samymi przemianami obyczajowymi. Wojny, epidemie, błędy w zarządzaniu, konflikty wewnętrzne i załamania gospodarcze potrafiły niszczyć dorobek wielu pokoleń niezależnie od dominujących norm seksualnych.
Już sama recenzja opublikowana w czasopiśmie Nature w 1935 roku zwracała uwagę na zasadniczą tezę Unwina, a zarazem przedstawiała jego pracę, jako badanie o bardzo szerokich ambicjach. Współczesne odczytanie tej książki wymaga jednak ostrożności wobec jej założeń i sposobu klasyfikowania społeczeństw. Nie oznacza jednak, że każda obserwacja Unwina jest bezwartościowa, a jedynie, że nie można traktować jego teorii jak matematycznego prawa historii.
Cywilizacja potrzebuje czegoś więcej niż dobrobytu
Warto na chwilę odłożyć na bok seksualność i spojrzeć na problem z szerszej perspektywy. Co właściwie sprawia, że społeczeństwo potrafi budować, rozwijać się i przekazywać dorobek następnym pokoleniom? Nie wystarczy przecież zgromadzić kapitału, stworzyć nowoczesnych technologii i rozbudować administracji. Potrzebne są również instytucje, którym ludzie ufają, poczucie odpowiedzialności, gotowość do pracy dla przyszłości oraz przekonanie, że pewne zobowiązania mają sens nawet wtedy, gdy nie przynoszą natychmiastowych korzyści.
Państwo może być bogate, a jednocześnie źle zarządzane. Może posiadać znakomite uniwersytety, a zarazem tracić zdolność do prowadzenia długofalowej polityki nauczania. Może rozwijać gospodarkę, lecz zaniedbywać wychowanie, więzi społeczne i przekazywanie wiedzy. Nie jest to też dowód na słuszność teorii Unwina. Jest raczej argumentem za tym, by nie ograniczać pojęcia rozwoju do Produktu Krajowego Brutto, wysokości wynagrodzeń, czy liczby nowych technologii.
Podobnie należy patrzeć na rodzinę. Nie jako na instytucję, którą trzeba bezrefleksyjnie otoczyć kultem, ale jako na jedno z miejsc, w których kształtują się charakter, zdolność do współpracy, odpowiedzialność i stosunek do innych ludzi. Jeżeli społeczeństwo chce rozmawiać o swojej przyszłości, nie może całkowicie ignorować jakości relacji międzyludzkich. Nie wolno jednak wyciągać z tego wniosku, że tylko jeden model życia rodzinnego jest w stanie zapewnić cywilizacyjny postęp. Tak daleko teoria Unwina nie powinna być rozciągana bez znacznie mocniejszych dowodów.
Czy zatem Unwin ostrzegał przed czymś, co rzeczywiście istnieje?
Być może największą wartością jego książki jest samo pytanie o granice indywidualnej swobody i znaczenie zobowiązań społecznych. Nie musimy przyjmować jego odpowiedzi, aby potraktować pytanie poważnie. Współczesna kultura potrafi znakomicie mówić o prawach jednostki, a znacznie gorzej radzi sobie z rozmową o obowiązkach. Zachęca do realizowania pragnień, ale nie zawsze równie wyraźnie przypomina, że każde działanie ma konsekwencje. Celebruje niezależność, czasem zapominając, że człowiek jest istotą społeczną i że jego życie, nie kończy się na granicy własnego komfortu.
Nie jest to jednak problem wyłącznie seksualności. Podobne napięcie występuje w polityce, gospodarce i życiu publicznym. Można domagać się coraz większych korzyści, nie zastanawiając się, kto poniesie ich koszty. Można korzystać z instytucji, nie troszcząc się o ich trwałość. Można oczekiwać od następnych pokoleń, że naprawią błędy poprzedników, a jednocześnie nie pozostawić im odpowiednich narzędzi.
W tym sensie pytanie o cywilizacyjną energię jest szersze niż pytanie o moralność seksualną. Dotyczy tego, czy społeczeństwo potrafi powściągać niektóre własne impulsy w imię celów wykraczających poza teraźniejszość. Nie każda powściągliwość jest cnotą. Nie każda swoboda prowadzi do upadku. Nie każda tradycja zasługuje na zachowanie, podobnie jak nie każda nowość zasługuje na entuzjazm. Dojrzałe społeczeństwo powinno umieć odróżniać wartości, które rzeczywiście podtrzymują jego istnienie, od reguł, które utraciły sens lub służą jedynie utrwalaniu przywilejów.
Cywilizacja nie upada automatycznie dlatego, że ludzie zmieniają obyczaje. Może jednak osłabnąć, jeżeli wraz ze zmianami znikają również odpowiedzialność, solidarność i gotowość do ponoszenia kosztów wspólnego życia. I to jest wniosek znacznie bardziej uzasadniony niż przekonanie, że historia wszystkich narodów podlega jednemu seksualnemu prawu.
Ostatecznie nie chodzi o sypialnię, lecz o przyszłość
J.D. Unwin pozostawił po sobie teorię, która nie daje podstaw do ogłoszenia uniwersalnego prawa upadku cywilizacji, ale zmusza do zastanowienia się nad relacją między życiem prywatnym a porządkiem publicznym. Jego książka Sex and Culture jest świadectwem próby wyjaśnienia historii za pomocą jednego dominującego mechanizmu. Próby interesującej, lecz obciążonej ograniczeniami, których nie można ignorować. Największe zagrożenie dla społeczeństwa nie musi polegać na tym, że odrzuci ono określony kodeks obyczajowy. Może polegać na czymś znacznie bardziej przyziemnym, więc na utracie zdolności do myślenia w kategoriach pokoleń, na przekonaniu, że przyszłość powinna sama zatroszczyć się o siebie, i na niechęci do przyjmowania odpowiedzialności za skutki własnych wyborów.
Historia nie potwierdza też prostego równania, w którym swoboda seksualna oznacza od razu upadek, a surowa dyscyplina gwarantuje potęgę. Potwierdza natomiast, że żadne społeczeństwo nie istnieje w próżni, a jego trwałość zależy od znacznie większej liczby czynników niż sama gospodarka czy polityka.
Dlatego nie pytam w dzisiejszym felietonie, czy wystarczy przywrócić dawne normy, w tym seksualne, aby uratować zachodnią cywilizację. To byłoby wręcz prostackie i zwyczajnie nieuczciwe. Zapytam raczej, czy potrafimy jeszcze budować trwałe więzi, wychowywać odpowiedzialnych ludzi, przekazywać następnym pokoleniom coś więcej, niż materialny dobrobyt i rozumieć, że wolność bez odpowiedzialności może stać się jedynie inną nazwą egoizmu?
Cywilizacja nie jest wyłącznie zbiorem budynków, technologii, uniwersytetów i przepisów prawa. Jest również sposobem, w jaki ludzie traktują siebie nawzajem, wychowują dzieci, dotrzymują obietnic i myślą o świecie, którego sami nie zdążą już zobaczyć. A jeżeli coś rzeczywiście łączy pokolenia, to nie sam zakaz ani sama swoboda. Jest tym zdolność do przekazywania wartości, które pomagają ludziom żyć razem, nie zamieniając wspólnoty w zbiór samotnych jednostek, walczących wyłącznie o własną korzyść.
Bogdan Feręc
Photo by We-Vibe Toys on Unsplash

