Cień protestu nad placówkami ochrony zdrowia. Dlaczego ścieżka do lekarza może wkrótce zatarasować się na dobre?
Nadchodzące tygodnie mogą przynieść odczuwalny wstrząs dla każdego, kto liczy na sprawną pomoc medyczną lub załatwienie formalności w placówkach opieki zdrowotnej. Po wygaśnięciu dotychczasowego porozumienia płacowego w sektorze publicznym z końcem czerwca, dialog między stroną rządową a przedstawicielami pracowników utknął w martwym punkcie.
Problemy w wypracowaniu nowej umowy doprowadziły do kryzysu, którego konsekwencje bezpośrednio uderzą w pacjentów. Związek zawodowy Fórsa oficjalnie poinformował Health Service Executive (HSE) oraz podmioty współfinansowane przez państwo, o formalnym rozpoczęciu procedury protestacyjnej, zaplanowanym na środę 30 września.
Sytuacja nie jest plonem nagłego impulsu, lecz efektem długo narastającego wzburzenia. W referendum przeszło 62 tysiące członków Fórsa opowiedziało się za podjęciem działań, przy czym przytłaczająca większość, sięgająca 96,6% głosujących, wyraziła gotowość do akcji przemysłowych i strajku. Do tego zdecydowanego głosu dołączyła Irlandzka Organizacja Pielęgniarek i Położnych (INMO), gdzie poparcie dla ewentualnego odejścia od łóżek pacjentów przekroczyło próg 99%. Tak jednoznaczny mandat pokazuje, że w środowisku medycznym miarka się przebrała.
Formuła protestu nie polega od razu na całkowitym odejściu od stanowisk pracy, lecz na rygorystycznym ograniczeniu obowiązków do formalnego minimum. Związkowcy zapowiadają tak zwaną pracę zgodną z przepisami. W praktyce oznacza to stanowczą odmowę pracy w godzinach nadliczbowych oraz po godzinach ustalonych w umowach. Pracownicy nie będą przejmować zadań przypisanych do innych grup zawodowych, odrzucą propozycje elastycznych grafików w ramach siedmiodniowego systemu pracy i wycofają się z udziału w procesach restrukturyzacyjnych. Co więcej, protestujący nie zamierzają łatać dziur kadrowych na nieobsadzonych stanowiskach, sporządzać raportów finansowych, gromadzić danych statystycznych ani współpracować z prywatnymi firmami doradczymi.
Choć z formalnego punktu widzenia ustawa wymaga zaledwie tygodniowego wyprzedzenia przy organizacji strajku, Fórsa zdecydowała się na przekazanie zawiadomienia z wyprzedzeniem trzech tygodni. Rzecznik związku podkreślił, że decyzja ta wynika ze zwyczajowej konwencji przyjętej w obszarze medycyny, ma na uwadze wrażliwy charakter świadczeń i daje dyrekcjom szpitali czas na wdrożenie procedur awaryjnych. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet precyzyjnie zaplanowana akcja protestacyjna przełoży się na wydłużenie kolejek i chaos organizacyjny.
U podstaw sporu leżą realia ekonomiczne, które zderzają się z wymagającą specyfiką pracy w służbie zdrowia.
Liderzy związkowi wskazują na nieprzejednaną postawę rządu, który nie przedstawił propozycjach płacowych odpowiadających skokowo rosnącym kosztom życia. Przedstawiciele Fórsa, tacy jak Ashley Connolly i Ryan McKinney akcentują, że obecna polityka płacowa jest nie do utrzymania dla osób codziennie niosących na swoich barkach ciężar funkcjonowania państwowych usług. Z kolei Phil Ní Sheaghdha z INMO przypomina, że pielęgniarki i położne pracują w warunkach permanentnego niedoboru personelu i przeludnienia oddziałów. Zwraca uwagę na prozaiczne, lecz dolegliwe problemy, jak brak możliwości pracy z domu w celu zaoszczędzenia paliwa, ograniczenia w dostępie do komunikacji miejskiej przy pracy zmianowej czy wysokie czynsze, które uniemożliwiają młodym kadrom medycznym osiedlanie się w pobliżu miejskich szpitali klinicznych.
Strona rządowa patrzy na ten spór z zupełnie innej perspektywy. Minister wydatków publicznych Jack Chambers wyraził pogląd, że ewentualne zakłócenia w funkcjonowaniu placówek uderzające w obywateli będą głęboko niesprawiedliwe wobec społeczeństwa. Rząd odrzuca argumenty związkowców, twierdząc, że poziom wynagrodzeń w sektorze publicznym nie odbiega od realiów rynkowych i nie traci na wartości w stopniu uzasadniającym tak skrajne kroki.
Różnica zdań między gabinetem a reprezentacją pracowników opieki zdrowotnej pozostaje więc głęboka. Związkowcy zapowiadają, że wrzesień to zaledwie początek stopniowej eskalacji protestu, a kolejne branże sektora publicznego mogą dołączyć do akcji w najbliższych tygodniach.
Dziś pewne jest tylko jedno – cenę za ten przedłużający się klincz płacowy poniosą pacjenci, dla których droga do gabinetu lekarskiego stanie się jeszcze bardziej wyboista.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Fot. CC Darren J. Prior
