Bruksela odkryła sposób na dzietność!
Że ja na to wcześniej nie wpadłem… Człowiek czasami chodzi wokół problemu, zastanawia się, co rządzący mają na myśli, analizuje ich decyzje, próbuje znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, a przecież oni faktycznie chcą poprawić sytuację. Tylko my, zwykli zjadacze chleba, nie potrafimy dostrzec geniuszu, jaki kryje się za niektórymi pomysłami naszych europejskich przywódców. A przecież wystarczy odrobina wyobraźni, znajomość historii i umiejętność łączenia faktów, żeby zrozumieć, dokąd zmierza Europa.
Od lat słyszymy, że za kilka, a najdalej kilkanaście lat systemy emerytalne zupełnie się załamią, nie będzie pieniędzy na wypłatę rent, emerytur i innych świadczeń socjalnych, a społeczeństwa europejskie zaczną przypominać wielkie domy spokojnej starości, w których zabraknie ludzi do podawania herbaty. Przyczyną jest oczywiście demografia. Europejczycy nie chcą się rozmnażać, młodzi odkładają decyzję o posiadaniu dzieci, a kiedy już się na nie jakimś cudem zdecydują, okazuje się, że najpierw pojawiają się wymagania, więc muszą mieć mieszkanie, pracę, samochód, stabilność finansową, trochę wolnego czasu i jeszcze najlepiej perspektywę, że za pięć lat nie zmienią im zasad kredytowania.
Podejmowano więc próby, które zachęcać miały do zwiększenia dzietności. Wymyślano różne programy wsparcia młodych ludzi, obniżano podatki dla młodych małżeństw, rodziny z oseskami mogły liczyć na preferencyjne traktowanie przez europejskie fiskusy, a państwa prześcigały się w wymyślaniu kolejnych świadczeń. Pojawiały się dodatki na dzieci, dopłaty do żłobków, urlopy rodzicielskie, programy mieszkaniowe i cała masa innych zachęt.
To wszystko były jednak półśrodki, które nie zmieniły niczego, bo ta rozwydrzona banda młodych rodziców kasę brała, a jak się nie mnożyli, tak mnożyć się nie chcieli. Co gorsza, niektórzy zamiast wykorzystać otrzymane pieniądze zgodnie z oczekiwaniami urzędników, kupowali sobie samochody, wyjeżdżali na wakacje albo spłacali kredyty. No, nie tak miało być! Przecież pieniądze miały służyć demografii, a nie poprawianiu komfortu życia!
Jednak nie na darmo stworzono Unię Europejską, wsadzono tam na najwyższe stanowiska mądre głowy, żeby miało się okazać, że i one nie są w stanie doprowadzić do wzrostu dzietności? Nie mogło być przecież tak, że instytucja zdolna regulować niemal każdy aspekt życia Europejczyków, od krzywizny banana po wytrzymałość plastiku zakrętki przytwierdzonej do butelki, nie potrafi rozwiązać tak banalnego problemu jak brak dzieci. I wtedy, jak podejrzewam, ktoś w Brukseli wpadł na pomysł, żeby zamiast zachęcać ludzi do posiadania potomstwa, po prostu stworzyć im odpowiednie warunki. Przyznać muszę, że plan nie jest rozwiązaniem natychmiastowym, ale i tak całkiem ciekawy. Wystarczyło, jak się okazuje, zajrzeć na karty historii, a wszystko stało się jasne.
Pojawił się jednak kolejny problem, bo sposób okazał się kontrowersyjny, co potwierdzili zapewne eksperci, jakich namnożyło się całkiem sporo. Ci musieli więc doradzić, aby nowy system wprowadzać stopniowo, żeby ludzkość europejska nie uznała, że jest do czegoś tam przymuszana. Nie można przecież otwarcie powiedzieć ludziom, że mają się rozmnażać, bo inaczej za dwadzieścia lat nie będzie komu wypłacać emerytur. To mogłoby zostać źle odebrane, zwłaszcza przez tych, którzy właśnie próbują spłacić kredyt hipoteczny.
Trwało to kilka lat, bo z analiz wychodziło, iż każdy sposób ma jakieś mankamenty, a te mogą doprowadzić do szerokiego oporu społecznego. Wreszcie jednak rozpoczęto pierwszą część operacji. Odpalono pandemię, a właściwie, trzymając się bardziej przyziemnej interpretacji wydarzeń, świat został zamknięty na cztery spusty, więc również Europejczycy otrzymali niepowtarzalną okazję, żeby przez długie tygodnie siedzieć w domach. Oczywiście oficjalnie chodziło o bezpieczeństwo zdrowotne, ale z punktu widzenia naszej demograficznej teorii, można było dostrzec również pewne dodatkowe korzyści.
Trzeba przyznać, że pomysł chwycił. Skoro wszystko było zamknięte, utrudniono dostęp do środków antykoncepcyjnych, ograniczono możliwości przemieszczania, to znudzeni ludzie zaczęli szukać sposobów na zabicie czasu. Nie było kina, restauracji, pubów, koncertów, wyjazdów, spotkań towarzyskich ani nawet porządnego spaceru bez sprawdzania, czy przypadkiem nie przekracza się jakiegoś administracyjnie wyznaczonego dystansu. Pozostawały cztery ściany, telewizor i druga osoba, która również nie miała specjalnie dokąd pójść.
Można więc było przypuszczać, że natura wykorzysta okazję. I rzeczywiście, w niektórych państwach odnotowano przejściowe zmiany liczby urodzeń, choć nie wszędzie były one zgodne z oczekiwaniami. Badacze po sprawdzeniu papierów orzekli jednak, że może to i dobra droga, ale nie przynosi spodziewanych efektów. Dzieci zaczęło rodzić się więcej w niektórych miejscach, w innych mniej, a koszty przewyższyły założenia operacji. Do tego doszły wydatki na pomoc przedsiębiorcom, świadczenia dla pracowników i cała reszta rachunków, które trzeba było kiedyś zapłacić.
Należało więc zastanowić się nad innym, mniej kosztownym rozwiązaniem. Najlepiej takim, które samo będzie finansowało system, a przy okazji nie wymagało rozdawania ludziom pieniędzy.
Niestety Europejczycy to nie pelikany, więc nie łykną żadnej bzdury. Skoro pandemia nie była wystarczającym impulsem, uruchomiono pomysł ciężkiego kalibru, czyli wojnę. I tu, przyznać trzeba, pojawił się pewien postęp w strategicznym myśleniu. Z dnia na dzień zakończono system wypłat pandemicznych, a i kazano oddać coś tam w podatkach, więc ludzie zamiast myśleć o wakacjach, nowych samochodach i powiększaniu rodziny, skupili się na działaniach wojennych, bezpieczeństwie i obserwowaniu, jak szybko tamci zaczną strzelać też do nich.
To też samo w sobie nie wskazało drogi potencjalnym rodzicom, choć wdrożono wariant ostrzejszy.
Unia Europejska orzekła, że skoro Ruskie i tak robią interesy na ropie i gazie z Chinami oraz Indiami, nic się nie stanie, żeby przestać od nich kupować oba węglowodory. Wówczas, jak dobrze zakładano, w Europie wzrosną ceny paliw, co oznacza, że wpływy do budżetów państw zaczną wzrastać i odzyska się kasę z kosztów pandemii. Jak analityczne umysły wykoncypowały, tak zrobiły i czekały, co się stanie.
A stało się dokładnie to, czego można było się spodziewać. Transport podrożał, ogrzewanie podrożało, produkcja podrożała, żywność podrożała, a przedsiębiorcy zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem nie lepiej zamknąć interesu i wyjechać gdzieś, gdzie energia nie kosztuje tyle, co mały samochód. Europejskie rodziny natomiast zaczęły skrupulatnie liczyć wydatki. Tylko że przyrostu naturalnego jak nie było, tak nie ma. Bo trudno oczekiwać, że młodzi ludzie, których ledwo stać na wynajęcie mieszkania, nagle uznają, że najwyższy czas sprowadzić na świat trójkę potomstwa. Ale spokojnie. Nie z Brukselą takie numery.
Czekali, a przyrostu nie było, nie ma go teraz, ale jest też nadzieja, bo do całej układanki włączono już swoisty ładunek jądrowy, czyli Iran. Wystarczyło kilka kolejnych napięć na Bliskim Wschodzie, żeby ceny paliw ponownie zaczęły przypominać, że tanie życie w Europie może przejść do historii. A przecież nie można zapominać o kosztach ogrzania i oświetlenia domów. Właśnie tutaj zaczyna się robić naprawdę interesująco.
Nie widzę innej możliwości, aby nie zajęto się wertowaniem historycznych annałów, a to tam znajduje się rozwiązanie dzietności. Nie trzeba bowiem wymyślać żadnych nowoczesnych programów, organizować kampanii społecznych, zapraszać psychologów ani wypłacać kolejnych dodatków. Wystarczy cofnąć się o kilkaset lat i zobaczyć, jak wyglądało życie naszych przodków.
Kiedyś, gdy nie było jeszcze elektryczności, świece były zbyt drogie, a oliwny kaganek luksusem, który używany był oszczędnie, ciemność w domach zapadała szybko. Pół biedy, gdy było to lato, bo wtedy siedział taki jeden chłop pańszczyźniany z drugim na polu i odrabiał na gruntach dzedzica. Ale zimą to od trzeciej po południu miał już wolne. No, może nie do końca wolne, bo trzeba było jeszcze coś przynieść, naprawić, drewna narąbać, zwierzynę oporządzić i przygotować jedzenie. Ale kiedy już wszystko było zrobione, nie pozostawało wiele do roboty.
Szedł więc taki do domu, popatrzył na ogień strzelający w palenisku, ogarnął kozę i kładł się spać. Spać udawała się też rodzina, jednak ciężko jest zasnąć koło siódmej wieczorem. Gdy jednak mała czeredka posnęła, a kobita jeszcze wierciła się na sienniku, można było się trochę zabawić. I nie trzeba było do tego żadnego abonamentu, dostępu do internetu, platformy streamingowej ani nawet aktualizacji oprogramowania. Wystarczyło, że oboje nie mogli usnąć i nie mieli światła.
Jak wiemy, okres jesienno-zimowy i wczesna wiosna to prawie pół roku na europejskich szerokościach geograficznych. Czas się dłużył, wieczory ciągnęły się w nieskończoność, a możliwości rozrywki ograniczone. Wychodzi więc na to, że praktycznie każdy oddawał się uciechom cielesnym, więc i dzieci rodziło się dużo. Oczywiście nie zamierzam twierdzić, że nasi przodkowie prowadzili życie wyłącznie pod dyktando kalendarza reprodukcyjnego, bo mieli jeszcze kilka innych obowiązków, ale statystyki rodzin wielodzietnych mówią same za siebie.
Jeszcze nie tak dawno znane były przecież rodziny z pięciorgiem podrostków, a nawet z większą gromadką. W czasach, kiedy rozpoczęto powolną elektryfikację wsi, sytuacja zaczęła się zmieniać, ale nie od razu. Wcześniej człowiek miał niewiele możliwości spędzania wolnego czasu, bo nie było telewizorów, komputerów, telefonów, mediów społecznościowych ani całej tej cywilizacyjnej maszynerii, która dzisiaj skutecznie zajmuje nam wieczory. Nie było też rachunków za prąd, które potrafią człowieka skutecznie pozbawić ochoty na cokolwiek.
I właśnie ten fakt stał się, jak sądzę, motorem napędowym do pomysłu Unii Europejskiej, aby na tyle podnieść ceny prądu, żeby nie opłacało się go w ogóle używać. Nie trzeba przecież organizować kolejnych debat o kryzysie demograficznym. Wystarczy doprowadzić do sytuacji, w której przeciętny Europejczyk zacznie się zastanawiać, czy bardziej opłaca mu się włączyć światło, czy może lepiej od razu położyć się spać. Tym samym, jak już taki znudzony Europejczyk będzie siedział w ciemnym i zimnym domu, to z całą pewnością przyjdzie mu na myśl, żeby zabić nudę, a przy okazji trochę się rozgrzać. W końcu człowiek ma swoje potrzeby, a kiedy zabraknie mu dostępu do nowoczesnych rozrywek, może przypomnieć sobie, że istnieją również te analogowe.
Nie potrzeba będzie nawet specjalnych zachęt, żadnych plakatów z uśmiechniętymi rodzinami, żadnych spotów telewizyjnych i żadnych poradników o odpowiedzialnym rodzicielstwie. Wystarczy wyłączyć prąd, albo zrobić go tak drogim, żeby nie przyszło nikomu na myśl, żeby włączyć 15-watową żarówkę. I to około godziny piętnastej, kiedy za oknem robi się już ciemno.
Oczywiście cały proces należy odpowiednio przygotować. Nie można przecież od razu odłączyć Europejczykom elektryczności, bo mogliby się zorientować, że coś jest nie tak. Trzeba działać stopniowo. Najpierw droższa energia, później wyższe opłaty dystrybucyjne, następnie kolejne regulacje ETS, a na końcu można już wprowadzić specjalny program pod nazwą „Rodzina przy świecach”. Świece oczywiście będą objęte odpowiednią certyfikacją, żeby przypadkiem nie emitowały zbyt dużo dwutlenku węgla.
Można też rozważyć wprowadzenie unijnego programu dopłat do koców. Nie do ocieplania wizerunku mieszkań, bo to byłoby zbyt kosztowne, ale do koców, najlepiej produkowanych z materiałów pochodzących z recyklingu. W ramach oszczędności energii można byłoby również zalecić rodzinom wspólne przebywanie w jednym pomieszczeniu. Dzieci do jednej izby, rodzice do drugiej, a termostat ustawiony na 16 stopni. W ten sposób ograniczymy zużycie energii, poprawimy efektywność cieplną gospodarstw domowych i stworzymy warunki sprzyjające odbudowie populacji.
A kiedy już pojawią się dzieci, będzie można ogłosić sukces. Komisja Europejska przedstawi odpowiedni raport, w którym wykaże, że dzięki kompleksowej polityce energetycznej udało się osiągnąć przełom demograficzny. Powstanie nowa strategia, kilka grup eksperckich, zostaną zamówione badania za parę milionów euro, a na koniec ktoś otrzyma nagrodę za innowacyjne podejście do polityki rodzinnej.
Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby powstał specjalny wskaźnik określający zależność między ceną kilowatogodziny a liczbą urodzeń. Można przecież stworzyć wykres, z którego wynikać będzie, że im droższy prąd, tym większa aktywność mieszkańców po zmroku. Oczywiście trzeba będzie pamiętać o odpowiednich zastrzeżeniach metodologicznych, bo nie każdy wzrost cen energii przekłada się bezpośrednio na wzrost populacji. Niektóre pary mogą bowiem wybrać zamiast tego wyprowadzkę, emigrację albo rozwód, ale przecież w każdej strategii zdarzają się drobne niedociągnięcia.
Pozostaje jeszcze kwestia ochrony środowiska. Tu również wszystko pięknie się układa. Mniej energii zużywanej w gospodarstwach domowych oznacza mniejszy popyt, mniejszą produkcję, a więc potencjalnie mniejszą emisję. Planeta odetchnie, ludzie będą się rozmnażać, a systemy emerytalne dostaną nowe pokolenie przyszłych płatników składek. Trzy problemy rozwiązane jednym ruchem. Tego nie wymyśliłby nawet najbardziej zaprawiony w bojach krajowy urzędnik.
Jest tylko jeden drobiazg, o którym te wszystkie tuzy inteligencji mogą zapomnieć. Dzieci trzeba później wychować, nakarmić, ubrać, wykształcić, zapewnić im mieszkanie i stworzyć warunki, w których będą chciały pozostać w Europie. Trzeba też pamiętać, że rodzice nie są maszynami do produkcji przyszłych podatników, a rodzina nie jest fabryką, którą można uruchomić przez podniesienie ceny energii. Ale to już chyba zbyt skomplikowane zagadnienie, jak na prostą brukselską receptę.
W dodatku jest pewna historyczna niedogodność. Nasi przodkowie mieli dużo dzieci nie tylko dlatego, że wieczorami było ciemno. Znaczenie miały również tradycja, religia, gospodarka rolna, brak powszechnej antykoncepcji, wysoka śmiertelność niemowląt i zupełnie inne warunki życia. Wtedy pięcioro dzieci było czymś normalnym, dzisiaj zaś dla wielu rodzin oznaczałoby finansowy skok na głęboką wodę bez kamizelki ratunkowej. Ale nie wymagajmy od brukselskich geniuszy, żeby zaglądali aż tak głęboko. Wystarczy im przecież stara chłopska izba, siennik i brak żarówki.
Genialne w swej prostocie. Zamiast budować mieszkania, poprawiać bezpieczeństwo zatrudnienia, obniżać koszty życia i zastanowić się, dlaczego młodzi ludzie boją się zakładać rodziny, wystarczy doprowadzić do sytuacji, w której nie będzie ich stać na włączenie telewizora. Zamiast zachęcać do posiadania dzieci, można przecież stworzyć warunki, w których nie pozostanie nic innego, jak tylko wrócić do rozrywek sprzed epoki elektryczności.
Jedno natomiast trzeba przyznać, że tęgie głowy siedzą w tej Brukseli. Tylko patrzeć, jak w ramach kolejnego programu ratowania europejskiej demografii Komisja Europejska zaleci wprowadzenie obowiązkowych godzin ciemności, a państwa członkowskie otrzymają wytyczne dotyczące optymalnego wykorzystania sienników. A jeśli mimo wszystko dzietność nie wzrośnie, pozostanie jeszcze rozwiązanie ostateczne. Można będzie zakazać ładowania telefonów po godzinie osiemnastej. Wówczas nawet najbardziej zatwardziali użytkownicy mediów społecznościowych, będą musieli odłożyć urządzenia i zająć się czymś pożytecznym.
I tylko proszę, nie pytajcie, kto zapłaci za te wszystkie dzieci. Na to również znajdzie się odpowiedni fundusz, zapewne pod nazwą Europejski Mechanizm Odbudowy Populacji. W końcu pieniądze można pożyczyć, dodrukować, opodatkować albo przenieść z jednego programu do drugiego. Dzieci natomiast, jak wiadomo, same się nie zrobią. Chociaż według najnowszej brukselskiej szkoły myślenia wystarczy czasami podnieść cenę prądu.
Europa przyszłości będzie więc może nieco biedniejsza, chłodniejsza i ciemniejsza, ale za to pełna dzieci. A jeśli jeszcze uda się ograniczyć dostęp do internetu, to być może doczekamy się nawet powrotu tradycyjnych rozmów przy stole.
Genialne w swej prostocie. Tylko dlaczego, do jasnej cholery, nikt nie wpadł na to wcześniej?
Bogdan Feręc
Photo by Chandler Cruttenden on Unsplash

