Ameryka na zakręcie. Gdy wizje zaczynają żyć własnym życiem
Ja to mam naprawdę przedziwne życie. Człowiek siedzi sobie w fotelu, pije kawę i nagle wpada mu w ucho jakaś pojedyncza informacja. Zwykły radiowy news, drobny komunikat, który w zasadzie powinien przetoczyć się przez głowę jak letni podmuch, a tymczasem u mnie w mózgu od razu zaczyna krążyć cały orszak wizji, scenariuszy, domysłów i alternatywnych przyszłości. One się nie pojawiają, one się panoszą, rozbijają obóz, rozwieszają hamaki i szepczą: „siadaj, posłuchaj, mamy ci coś do opowiedzenia”. Taka przypadłość, los człowieka, który długo grzebie się już w polityce i zaczyna widzieć światy, które dopiero chcą zaistnieć.
Kiedy wybuchła wojna w Iranie, ta prawdziwa, nieprzyjemna i pachnąca prochem, ogarnęła mnie pustka. Taka cisza w głowie, jakby ktoś wyłączył prąd w elektrowni wyobraźni. Brak pomysłu na to, dokąd to pójdzie, jak się rozwinie, kto zyska, kto straci, kto wyleci w powietrze, a kto podpisze pokój. Jednak to wszystko trwało krótko, bo ja długo w bezideowym limbo nie usiedzę i wystarczyło jedno pstryknięcie, amerykańska decyzja o ściągnięciu Marines do Zatoki Perskiej i już wiedziałem. O, proszę bardzo, wizja przyszła sama, jak stary znajomy, który wpada bez zapowiedzi i od razu otwiera lodówkę.
W oficjalnej narracji oczywiście chodziło o przytrzymanie Iranu przy ziemi, żeby odpuścił zapędy, żeby nikt nie trafił na pomysł wysyłania kolejnych rakiet czy zabawy w odwet. Izrael i USA grały swoją partię na wielkiej, rozgrzanej geopolitycznej scenie, ale mnie w tym wszystkim uderzył inny kontekst. Nie ten o Chinach, choć poprzednio snułem opowieść o tym, jak Trump po kolei eliminuje kraje, które mogłyby wzmocnić chińską ekspansję. Tak, robi to, ale jednocześnie i to jest wciąż moim zdaniem, ale znacznie ciekawsze jest to, że robi coś jeszcze. Właściwie kombinuje, a na dodatek z tym charakterystycznym dla siebie brakiem subtelności i tupetem, który Amerykanie kochają albo nienawidzą, ale nigdy nie ignorują.
Trump prowadzi Republikanów do kolejnego zwycięstwa.
W USA wybory prezydenckie są za chwilę – dwa lata, ledwie mgnienie w świecie polityki, który w tempie memów pędzi od skandalu do skandalu. Wydawałoby się, że to jeszcze czas na budowanie, planowanie, nakreślanie tego wszystkiego grubą kreską, a tymczasem tam już teraz ustawiają pionki. Kiedy patrzę na tę szachownicę, widzę coś, czego wielu zdaje się nie dostrzegać. Widzę malarza, który pędzlem, niby chaotycznie, niby od niechcenia, tworzy obraz przyszłej Ameryki i tym malarzem, o ironio i o zgrozo jednocześnie, jest właśnie prezydent Donald Trump.
W pewnym momencie wojennego zamieszania wydarzyło się coś dziwnego, bo z globalnego obiegu informacyjnego zniknął wiceprezydent J.D. Vance. Nie w sensie fizycznym, tylko medialnym. Nie było go w przekazach, nie było komentarzy, nie było wspólnych konferencji. Cisza, tak głęboka, że zaczęto zadawać pytania. Znawcy mediów twierdzili, że to była metoda na odcięcie się od polityki szefa, że Vance chce wyjść na osobną markę, na człowieka, który ma inne spojrzenie niż ten z fryzurą, która nie poddaje się ani powiewom wiatru, ani rewolucji. Ale czy można tak powiedzieć bez mrugnięcia okiem? Ja nie jestem do tego przekonany, bo mogło to być coś zupełnie innego.
Trump, człowiek o ego wielkim jak billboard na Times Square, nie jest głupi, jest natomiast impulsywny, jest chaotyczny, jest… sobą, ale głupi nie jest. Równie dobrze mógł umówić się z Vance’em na klasyczną zabawę w dobrego i złego policjanta. On – Trump – jest tym, który chodzi po świecie, trzaska drzwiami, grozi, wysyła wojska, wspiera sojuszników, karci przeciwników, podpala, gasi, znowu podpala, a potem ogłasza, że wszystko idzie według planu. A Vance? Ten siedzi z boku, w ciszy, lekko bokiem do kamery, w koszuli, która wygląda na starannie wyprasowaną, i mówi, że „spokojnie, zaraz to poukładamy”.
W takim scenariuszu Trump staje się tym, który zaostrza światowe konflikty, ale robi to nie tylko z powodu geopolityki. Robi to również po to, by na tle chaosu i huku artylerii jego wiceprezydent wyglądał jak jedyny dorosły w pokoju. Kiedy Amerykanie zaczną mieć dość globalnego zamieszania, gdy kolejne regiony świata będą się palić, a Marines po raz kolejny będą odlatywać tam, gdzie nawet Google Maps nie ogarnia dróg, wtedy Vance wychodzi i mówi: „Dość tego. Czas skończyć z wysyłaniem naszych chłopaków do cudzych wojen. Czas rozmawiać. Czas zmienić kurs”.
I tu zaczyna się polityczna magia.
Amerykanie kochają twardzieli, ale jeszcze bardziej kochają twardzieli, którzy potrafią powiedzieć „stop”. Zwłaszcza jeśli są młodsi, bardziej poukładani, bardziej cywilizowani w tonie niż człowiek, który swoim jednym wpisem na Truth Social potrafił wstrzymać obrady Kongresu i rozpętać międzynarodowe medialne burze. Vance w takim scenariuszu staje się nadzieją, nie nowym establishmentem, nie rewolucjonistą, tylko wytchnieniem po burzy.A Trump? Ten odchodzi po drugiej kadencji. Nie w glorii mędrca, ale w poczuciu, że zapewnił sukces swojemu obozowi. Oddaje władzę, ale zostawia za sobą kontynuację. Vance wchodzi do Gabinetu Owalnego niemal jak naturalny następca, człowiek, który dotąd siedział obok, ale teraz chwyta za stery.
I co wtedy robi?
Przede wszystkim wycisza wojenne nastroje, bo nie będzie to pacyfista w skandynawskim wydaniu, nie róbmy sobie jaj. To USA – imperium ma swoje zobowiązania, ale może zacząć rozmawiać z tymi, którzy dotąd byli wrogami. Może spróbować złagodzić napięcia, uporządkować relacje, ustawić Amerykę w roli tego mocarstwa, które czasem mrugnie z sympatią, a nie zawsze z groźbą. I to, teoretycznie rzecz ujmując, może się Amerykanom spodobać. Na tyle, że Vance po pierwszej kadencji dostanie drugą, bo jeśli ludziom da się trochę spokoju, trochę przewidywalności, trochę wrażenia, że jednak świat nie musi się palić, oni będą chcieli więcej.
Niemożliwe? Ach, proszę… Polityka to najstarsza manipulantka na świecie. Nie ma nic bardziej kapryśnego, nic bardziej cynicznego, nic bardziej zdolnego do zwrotów akcji, od których nawet Hollywood by się zarumieniło. Powiedzieć o niej, że jest przewrotna, to jak powiedzieć, że ocean jest wilgotny. A ja? Ja tylko siedzę w swoim fotelu, patrzę i zapisuję te wizje, które krążą mi po głowie.
Może to wszystko jest fantazją, może przyszłość pójdzie zupełnie inną drogą, ale wiem jedno, że czasem najbardziej szalone scenariusze są tymi, które w końcu pukają do drzwi i mówią: „dzień dobry, pamiętasz mnie”?
I właśnie dlatego warto mieć oczy z umysłem szeroko otwarte, bo Ameryka wcale nie musi zmierzać w stronę chaosu. Może zmierzać w stronę przebiegłej, teatralnej, ale jednak starannie zaplanowanej zmiany. Jeśli tak będzie, to pewnego dnia ktoś w Waszyngtonie powie z dumą: „To Trump otworzył Vance’owi drzwi”, a ja wtedy odłożę notatki, uśmiechnę się pod nosem i pomyślę – kolejny raz: „A nie mówiłem”?
Bogdan Feręc
Photo by Nelson Ndongala on Unsplash
