Ameryka kontra Ameryka. Czy „Deep State” jest mitem, czy mechanizmem władzy?
Są tematy, przy których łatwo wpaść w jedną z dwóch pułapek. Pierwsza każe uwierzyć we wszystko, co publikuje jedna strona politycznego sporu. Druga prowadzi do przekonania, że za każdym wydarzeniem stoi wszechpotężny spisek. Obie są równie niebezpieczne, bo zwalniają z myślenia.
Spór o Donalda Trumpa jest właśnie takim przypadkiem. Nie zamierzam jednak rozstrzygać, czy wszystkie oskarżenia wobec byłego i obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych były bezpodstawne, ani też przekonywać, że każda teoria dotycząca działalności amerykańskiego „Deep State” opisuje rzeczywistość. W polityce rzadko istnieją odpowiedzi, które są czarno-białe. Istnieją natomiast fakty, dokumenty, sprzeczne relacje i wydarzenia, które warto analizować bez ideologicznych okularów, a tych w debacie publicznej jest zdecydowanie za dużo.
Od lat można odnieść wrażenie, że znaczna część mediów opisuje Stany Zjednoczone wyłącznie z perspektywy liberalnych amerykańskich redakcji. Cytowane są przede wszystkim „The New York Times”, „The Washington Post”, CNN czy MSNBC. Znacznie rzadziej pojawiają się analizy mediów konserwatywnych lub niezależnych od głównego nurtu. Nie chodzi też o to, że jedne są z definicji wiarygodne, a drugie nie. Problem polega na czymś zupełnie innym. Jeżeli czyta się wyłącznie jedną stronę konfliktu politycznego, przestaje się dostrzegać sam konflikt. Tymczasem Stany Zjednoczone od wielu lat przeżywają najgłębszy kryzys politycznego zaufania od czasów wojny secesyjnej. Dzisiaj nie są to już wyłącznie dwa konkurujące ze sobą ugrupowania. Coraz częściej wygląda to jak rywalizacja dwóch państw funkcjonujących pod jedną flagą.
Trump nie walczy wyłącznie z Demokratami
Największym błędem europejskich komentatorów jest sprowadzanie całego konfliktu do klasycznej rywalizacji Partii Demokratycznej z Republikanami. To zdecydowanie zbyt proste. Donald Trump od początku swojej politycznej kariery zderzył się nie tylko z Demokratami, lecz także z wpływowymi środowiskami własnej partii, częścią administracji federalnej, służb specjalnych, wymiaru sprawiedliwości, wielkich korporacji medialnych oraz znaczną częścią establishmentu Waszyngtonu.
To właśnie w tym miejscu pojawia się pojęcie „Deep State” i termin ten bywa wyśmiewany jako teoria spiskowa. Jednocześnie coraz częściej pada to z ust ludzi, których trudno uznać za internetowych fantastów. Mówili o nim byli urzędnicy administracji, byli pracownicy służb, politycy obu partii, a nawet dziennikarze największych amerykańskich stacji telewizyjnych.
„Deep State”, co niektórych zaskoczy, nie oznacza jednak istnienia tajnego rządu kierującego światem zza kulis. W praktyce opisuje raczej zjawisko trwałości państwowej biurokracji i instytucji, które potrafią prowadzić własną politykę niezależnie od demokratycznie wybranego prezydenta. A to już nie jest teoria, bo przedmiot poważnej dyskusji w samych Stanach Zjednoczonych.
Przykład Jerozolimy
Dobrym symbolem tej sytuacji pozostaje spór wokół wizyty Trumpa przy Ścianie Płaczu. Jeszcze przed przeniesieniem ambasady USA do Jerozolimy doszło do zaskakującego incydentu. Jeden z amerykańskich urzędników stwierdził, że miejsce to znajduje się na terytorium Zachodniego Brzegu, a nie Izraela. Stanowisko to odpowiadało polityce administracji Baracka Obamy, lecz pozostawało sprzeczne z kierunkiem obranym przez nowego prezydenta.
Później ustalono, że autorem tych słów był pracownik amerykańskiego konsulatu w Jerozolimie. To drobny epizod, ale doskonale pokazuje, że zmiana gospodarza Białego Domu nie oznacza automatycznej wymiany całej administracji państwowej. Wielu urzędników pozostaje na swoich stanowiskach przez lata, niezależnie od wyników wyborów. To właśnie na tym tle Trump i jego zwolennicy zaczęli mówić o oporze aparatu państwowego wobec nowej administracji.
Rosja jako polityczna broń
Najgłośniejszym elementem wojny politycznej stały się oczywiście oskarżenia o rosyjskie wpływy. Przez wiele miesięcy media przedstawiały niemal jako pewnik, że Donald Trump zawdzięcza zwycięstwo Kremlowi. Późniejsze śledztwo specjalnego prokuratora Roberta Muellera nie wykazało istnienia zmowy między sztabem Trumpa a rosyjskim rządem, choć potwierdziło rosyjskie próby ingerencji w proces wyborczy. Nie zakończyło to jednak politycznej wojny i stało się wręcz przeciwnie.
Każdy nowy przeciek, każda anonimowa wypowiedź urzędnika, każda publikacja w największych gazetach natychmiast stawała się kolejną odsłoną medialnego starcia.
Tajemnica Setha Richa
Do dziś jedną z najbardziej kontrowersyjnych spraw pozostaje śmierć Setha Richa. Pracownik Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej został zastrzelony w lipcu 2016 roku w Waszyngtonie. Morderstwa nigdy nie wyjaśniono. Wokół tej sprawy narosło wiele hipotez. Pojawiały się twierdzenia, że Rich miał kontaktować się z WikiLeaks i przekazać portalowi Juliana Assange’a wewnętrzne materiały Partii Demokratycznej. Część komentatorów uznała tę wersję za możliwe wyjaśnienie wycieku e-maili, inni wskazywali, że brak jest publicznie dostępnych dowodów potwierdzających tę tezę.
To właśnie ten przypadek pokazuje, jak trudno oddzielić fakty od politycznych interpretacji. Jedni widzą w tej historii niewyjaśnione pytania, natomiast drudzy wyłącznie teorię spiskową. Prawda może okazać się znacznie bardziej skomplikowana.
FBI pod ostrzałem
Dziś wojna polityczna weszła w kolejny etap. Republikański senator Chuck Grassley publicznie przedstawia dokumenty oraz informacje od sygnalistów, które mają wskazywać na polityczne wykorzystywanie FBI, co miało miejsce w latach poprzednich. Najwięcej emocji wzbudza operacja o kryptonimie Arctic Frost. Według ujawnianych materiałów śledztwo miało wykraczać daleko poza samego Donalda Trumpa i obejmować dziesiątki organizacji oraz środowisk związanych z Partią Republikańską.
Jeżeli informacje te okażą się zgodne z rzeczywistością, będziemy mieli do czynienia z jednym z najpoważniejszych kryzysów zaufania w historii Stanów Zjednoczonych, a wobec instytucji federalnych. Jeżeli natomiast okażą się przesadzone lub niepełne, Demokraci zyskają argument, że mamy do czynienia z politycznym odwetem. Tak czy inaczej, samo istnienie tak ostrego sporu pokazuje skalę podziałów.
Dokumenty zamiast emocji
Grassley wskazuje również na odtajniane materiały dotyczące spraw Hillary Clinton oraz rodziny Joe Bidena. Nie są one automatycznym dowodem czyjejkolwiek winy. Są natomiast materiałem wymagającym publicznej weryfikacji. W państwie prawa nie powinno istnieć przekonanie, że jedni politycy podlegają wyjątkowo skrupulatnym śledztwom, podczas gdy wobec innych instytucje zachowują daleko idącą powściągliwość. To właśnie poczucie nierównego traktowania stało się paliwem napędowym amerykańskiej wojny politycznej.
Największy problem Ameryki
Największym problemem Stanów Zjednoczonych nie jest dzisiaj Donald Trump. Nie jest nim również Partia Demokratyczna. Problemem staje się utrata zaufania do instytucji. Jeżeli połowa społeczeństwa uważa FBI za narzędzie polityczne, druga połowa zaś twierdzi, że każdy atak na FBI jest zamachem na demokrację, oznacza to, że fundament państwa zaczyna pękać.
To samo dotyczy sądów, mediów i służb specjalnych. Bez społecznego zaufania nawet najlepiej skonstruowane instytucje tracą autorytet.
Europa również powinna patrzeć uważniej
Europejskie media często przedstawiają amerykański konflikt jako prostą walkę demokracji z populizmem. To wygodna narracja. Problem w tym, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Nie sposób uczciwie analizować sytuacji w USA, pomijając informacje pojawiające się w dokumentach Kongresu, wypowiedziach senatorów, przesłuchaniach komisji czy materiałach ujawnianych przez obie strony politycznego sporu. Nie oznacza to też automatycznej wiary we wszystkie oskarżenia. Oznacza jedynie gotowość do zadawania pytań.
Demokracja żyje dzięki wątpliwości
Ci, którzy chociaż trochę interesują się historią polityki, wiedzą, że demokracja nie kończy się wtedy, gdy władzę przejmują autokraci. Ona może słabnąć również w chwilach, gdy społeczeństwo przestaje interesować się politykami, a media uznają swoją interpretację wydarzeń za jedyną dopuszczalną.
Donald Trump pozostaje postacią skrajnie kontrowersyjną. Jego przeciwnicy mają prawo go krytykować, a zwolennicy mają prawo go bronić. Niepokój powinno budzić jednak coś znacznie poważniejszego niż sam Trump. Jeżeli instytucje państwa rzeczywiście wykorzystywane były do walki politycznej, Ameryka stoi przed jednym z największych kryzysów konstytucyjnych w swojej współczesnej historii. Jeżeli zaś zarzuty okażą się nieuzasadnione, równie poważnym problemem będzie to, że niemal połowa obywateli przestała wierzyć własnemu państwu.
W obu przypadkach przegranym nie będzie ani Donald Trump, ani Partia Demokratyczna, bo przegranym stanie się amerykańska demokracja.
W ostatnich dniach kongresmen i przewodniczący Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów Rick Crawford (Republikanin z Arkansas), znalazł się w centrum uwagi za sprawą swoich wypowiedzi dotyczących reform amerykańskich służb wywiadowczych, odtajniania dokumentów oraz polityzacji instytucji federalnych.
Crawford: wywiad ma wrócić do swojej podstawowej roli
Crawford przekonywał, że instytucje wywiadowcze powinny koncentrować się na zagrożeniach dla bezpieczeństwa narodowego, takich jak działalność Chin, Rosji, Iranu czy organizacji terrorystycznych, zamiast angażować się w wewnętrzne spory polityczne. Według niego część instytucji federalnych w ostatnich latach utraciło zaufanie społeczne właśnie dlatego, że były postrzegane jako uczestnicy konfliktu politycznego.
W jego ocenie odbudowa wiarygodności służb wymaga większej przejrzystości oraz skuteczniejszego nadzoru Kongresu nad działalnością agencji wywiadowczych.
Poparcie dla odtajniania dokumentów
Jednym z najważniejszych tematów poruszanych przez Crawforda było odtajnianie materiałów dotyczących śledztwa FBI w sprawie domniemanych powiązań Donalda Trumpa z Rosją.
Republikanin argumentował, że opinia publiczna powinna mieć dostęp do dokumentów pokazujących, w jaki sposób rozpoczynano i prowadzono najgłośniejsze dochodzenia ostatnich lat. Według niego przejrzystość jest niezbędna, aby odbudować zaufanie obywateli do instytucji państwa. Demokraci odpowiadają jednak, że część tych działań ma charakter polityczny i może prowadzić do selektywnego ujawniania materiałów korzystnych dla obecnej administracji.
Nadzór nad FBI i CIA
Crawford wielokrotnie podkreślał, że Kongres powinien skuteczniej kontrolować działalność FBI, CIA oraz pozostałych agencji wywiadowczych. Jego zdaniem nie chodzi o ograniczanie możliwości prowadzenia operacji wywiadowczych, lecz o zapewnienie, że instytucje te działają zgodnie z prawem i nie angażują się w walkę partyjną. Wypowiedzi te wpisują się w szerszy nurt działań republikańskich komisji Kongresu, które od kilku miesięcy analizują dokumenty dotyczące działań FBI z okresu administracji Baracka Obamy i Joe Bidena.
Chiny pozostają głównym zagrożeniem
Crawford konsekwentnie wskazuje również, że największym strategicznym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych pozostają Chiny.
Według niego amerykański wywiad powinien skoncentrować większą część swoich zasobów na:
- działalności chińskiego wywiadu,
- ochronie amerykańskich technologii,
- cyberbezpieczeństwie,
- bezpieczeństwie łańcuchów dostaw,
- rywalizacji w dziedzinie sztucznej inteligencji i nowych technologii.
W jego opinii zbyt duża koncentracja na sporach wewnętrznych osłabiała zdolność Stanów Zjednoczonych do reagowania na zagrożenia zewnętrzne.
Ostrożność wobec Rosji
Choć Crawford popiera działania administracji Donalda Trumpa zmierzające do reformy instytucji federalnych, nie twierdzi, że Rosja przestała stanowić zagrożenie. Podkreśla, że Moskwa nadal prowadzi operacje wywiadowcze, cyberataki oraz kampanie dezinformacyjne wymierzone w państwa zachodnie. Jego zdaniem problemem nie jest samo badanie aktywności Rosji, lecz sposób prowadzenia niektórych dochodzeń i wykorzystywanie ich w sporze politycznym.
Dlaczego jego wypowiedzi są ważne?
Znaczenie wypowiedzi Ricka Crawforda wynika z pełnionej przez niego funkcji. Jako przewodniczący Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów ma wpływ na nadzór nad działalnością amerykańskich służb specjalnych i dostęp do informacji niejawnych. Jego stanowisko odzwierciedla natomiast kierunek, w jakim obecnie zmierza część republikańskiego establishmentu, a jest to zwiększenie kontroli nad agencjami wywiadowczymi, odtajnianie wybranych dokumentów oraz weryfikacja działań FBI i innych instytucji z poprzednich lat.
Jednocześnie należy zaznaczyć, że wiele kwestii poruszanych przez Crawforda – zwłaszcza dotyczących motywacji działań FBI czy interpretacji odtajnianych materiałów – pozostaje przedmiotem sporu politycznego. Republikanie wskazują je jako dowód na potrzebę głębokich reform, natomiast Demokraci argumentują, że część zarzutów jest wyolbrzymiana lub wykorzystywana do prowadzenia bieżącej walki politycznej.
Dla Radia Deon w Chicago – Bogdan Feręc
