Telefon ważniejszy niż wolność. Czyli jak ukarać młodego człowieka w XXI wieku? – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Telefon ważniejszy niż wolność. Czyli jak ukarać młodego człowieka w XXI wieku?

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi zmienia się człowiek. To żadna nowość, bo przecież każda epoka wychowuje pokolenie przekonane, że świat właśnie stanął na głowie, młodzież schodzi na psy, a dawniej wszystko było lepsze. Nie zamierzam udawać, że jestem wyjątkiem od tej reguły. Sam przecież pamiętam czasy, kiedy szczytem luksusu w domu była pralka automatyczna i kolorowy telewizor, który ważył mniej więcej tyle, co dzisiejsza lodówka. Człowiek potrzebował dwóch silnych sąsiadów, żeby przestawić go z jednej szafki na drugą, a i tak zastanawiał się, czy przypadkiem nie naruszył konstrukcji budynku.

Komputer? Owszem, gdzieś tam istniał, ale początkowo bardziej przypominał tajemnicze urządzenie z laboratorium naukowego niż coś, co mogłoby znaleźć się w zwyczajnym mieszkaniu. Potem przyszło Atari, pierwsze gry, pierwsze komputery osobiste, internet i telefony komórkowe. Miałem okazję obserwować te wszystkie zmiany, co pozwala mi z pewnym rozbawieniem patrzeć na dzisiejszy świat. Żyję bowiem w ciekawych czasach, a jeszcze ciekawsze jest to, jak szybko przyzwyczajamy się do rzeczy, które zaledwie chwilę wcześniej wydawały się nam nieosiągalne.

Z telefonami komórkowymi była zresztą osobna historia. Początkowo trudno było mówić o noszeniu ich w kieszeni, chyba że ktoś miał kieszeń w rozmiarze walizki podróżnej. Pierwsze aparaty przypominały małe walizeczki, później zamieniały się w większe lub mniejsze cegły, aż w końcu zaczęły przypominać telefony, a nie wyposażenie polowej radiostacji. Dziś są cieńsze od amerykańskich naleśników, a jednocześnie potrafią zastąpić aparat fotograficzny, mapę, gazetę, telewizor, odtwarzacz muzyki, kalendarz, portfel i, przynajmniej teoretycznie, encyklopedię.

Wystarczy dotknąć ekranu, żeby po kilku sekundach znaleźć odpowiedź na pytanie, na które jeszcze trzydzieści lat temu trzeba było szukać informacji w bibliotece. Można sprawdzić, gdzie leży stolica Urugwaju, kto napisał „Lalkę”, ile wynosi powierzchnia Irlandii, ale też, czy największym jeziorem w Polsce jest rzeczywiście Wisła? To ostatnie pytanie brzmi absurdalnie? Owszem. Ale właśnie w tym tkwi problem.

Dawniej trzeba było wiedzieć. Dziś wystarczy mieć zasięg

Oczywiście, że byliśmy mądrzejsi. Niech nawet nikt nie próbuje mi udowadniać, że jest inaczej, bo przecież oglądam internetowe kanały Matura to Bzdura oraz Mr Black Mask. Nie, nie twierdzę, że największe jezioro w Polsce nosi nazwę Wisła. Nie mam również problemu z podaniem nazwiska autora „Baśni braci Grimm” ani z ustaleniem, kto skomponował „Cztery pory roku” Vivaldiego.

Polecam obejrzeć wspomniane kanały. Naprawdę. To doskonała rozrywka, szczególnie w ponure, jesienne poranki, kiedy człowiek ma wrażenie, że nic dobrego już go tego dnia nie spotka. Kilka odpowiedzi uczestników potrafi skutecznie poprawić nastrój. Oczywiście pod warunkiem, że oglądanie nie trwa zbyt długo, bo można dojść do wniosku, że cywilizacja nie tyle rozwija się w zawrotnym tempie, ile od czasu do czasu zapomina zabrać ze sobą instrukcję obsługi.

Żarty żartami, ale trudno nie zadać sobie pytania, dlaczego dostęp do wiedzy stał się niemal nieograniczony, a jednocześnie tak często nie idzie w parze z elementarną orientacją w świecie. Nie chodzi przy tym o to, żeby każdy nastolatek recytował z pamięci daty wszystkich bitew napoleońskich albo potrafił wymienić kolejnych władców Polski bez pomocy internetu. Nie każdy musi przecież być historykiem, geografem czy muzykologiem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy narzędzie, które powinno ułatwiać zdobywanie wiedzy, staje się przede wszystkim urządzeniem do oglądania filmików, sprawdzania liczby polubień i kontrolowania, czy ktoś przypadkiem nie napisał czegoś pod opublikowanym zdjęciem.

Technologicznie młodzi ludzie często wyprzedzają starsze pokolenia. Potrafią skonfigurować aplikację, zmontować film, obsłużyć kilka programów jednocześnie oraz znaleźć w internecie informacje, których ja szukałbym znacznie dłużej. Nie oznacza to jednak automatycznie, że potrafią te informacje ocenić, zrozumieć i wykorzystać. Sprawne przesuwanie palcem po ekranie nie jest jeszcze dowodem na sprawność intelektualną. Tak samo jak posiadanie samochodu nie czyni nikogo kierowcą rajdowym. Technologia dała więc młodym ludziom narzędzia, o których wcześniejsze pokolenia mogły tylko marzyć. Nie zagwarantowała jednak, że będą potrafili rozsądnie z nich korzystać.

Czy tu zaczyna się ciekawsza część tej historii? Chyba tak.

Areszt? Dobrze, ale gdzie jest mój telefon?

Ostatnio natknąłem się w mediach społecznościowych na kilka nagrań przedstawiających zatrzymania młodych ludzi w różnych krajach tzw. rozwiniętego Zachodu. Filmy były różne, podobnie jak okoliczności interwencji. Widziałem osoby wyprowadzane przez policjantów, wsadzane do radiowozów i przewożone do pomieszczeń dla zatrzymanych. Wśród przedstawianych przypadków znajdowały się również zdarzenia drogowe, w których młodzi kierowcy mieli prowadzić pod wpływem alkoholu lub substancji odurzających.

Nie zamierzam na podstawie kilku filmów stawiać diagnozy całemu pokoleniu. Internet ma tę właściwość, że pokazuje nam przede wszystkim to, co przyciąga uwagę, a niekoniecznie to, co jest reprezentatywne. Nie wiemy również, co działo się poza kadrem, jakie były dalsze losy zatrzymanych i, czy ostatecznie postawiono im zarzuty. Nagranie z interwencji nie jest przecież kompletnym materiałem dowodowym.

Mimo to, w tych filmach zwróciło moją uwagę coś wspólnego. Niektórzy zatrzymani sprawiali wrażenie, jakby samo znalezienie się w policyjnym radiowozie było jedynie drobną niedogodnością. Nie wyglądało na to, by szczególnie przejmowali się perspektywą odpowiedzialności za własne czyny. Za to telefon komórkowy urastał w tych sytuacjach do rangi przedmiotu pierwszej potrzeby. Nie pytanie o konsekwencje. Nie troska o stan człowieka, któremu mogli wyrządzić lub wyrządzili krzywdę. Nie nawet próba ustalenia, co właściwie stanie się za godzinę, jutro albo za tydzień. A telefon.

I w tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy my przypadkiem nie popełniliśmy błędu, konstruując system kar dla świata, który zdążył już zmienić się nie do poznania. Bo jeżeli dla osiemnasto- albo dwudziestolatka perspektywa zatrzymania nie jest szczególnie przerażająca, ale to wizja utraty dostępu do telefonu wywołuje znacznie większe emocje, to może powinniśmy przynajmniej zastanowić się nad tym, co w XXI wieku naprawdę stanowi dla młodego człowieka dotkliwą konsekwencję.

Nie chodzi o to, żeby uznać wszystkich nastolatków za bezmyślnych egoistów. Wielu z nich jest odpowiedzialnych, pracowitych i znacznie rozsądniejszych, niż sugerują internetowe nagrania. Chodzi o coś innego, czyli o dostrzeżenie zmiany, która zaszła w sposobie funkcjonowania młodych ludzi. Dla części z nich telefon nie jest już przedmiotem, który służy po prostu do komunikacji. Stał się przepustką do życia towarzyskiego, źródłem rozrywki, narzędziem budowania własnego wizerunku, a czasem wręcz centrum osobistego wszechświata.

Odebranie takiego urządzenia może więc oznaczać znacznie więcej, niż zabranie kluczyków do samochodu.

Więzienie z kratami, ale bez prawdziwej kary?

Systemy karne powstawały i ewoluowały w określonych warunkach społecznych. Ich podstawowe zadania pozostają aktualne – ukaranie sprawcy, ochrona społeczeństwa, zapobieganie kolejnym przestępstwom i, tam gdzie to możliwe, doprowadzenie do resocjalizacji. Nie twierdzę, że te zasady przestały mieć sens. Twierdzę natomiast, że zmieniło się społeczeństwo, a wraz z nim zmieniły się również bodźce, które wpływają na zachowanie człowieka.

Kiedyś utrata wolności oznaczała odcięcie od rodziny, znajomych, codziennych zajęć i możliwości samodzielnego decydowania o własnym życiu. Dzisiaj człowiek może znajdować się za murami, a mimo to w pewnych okolicznościach nadal uczestniczyć w życiu, śledzić wydarzenia, komunikować się z innymi i utrzymywać część swoich relacji. Oczywiście dostęp do urządzeń w więzieniach jest regulowany, a osadzenie nadal oznacza realne ograniczenie wolności. Nie ma sensu udawać, że cela jest odpowiednikiem hotelowego pokoju z gorszym widokiem.

Jednak sama perspektywa kary może być odbierana inaczej przez osobę, której najważniejsze życie toczy się na ekranie. Tu pojawia się z kolei pytanie, które zapewne nie spodoba się wszystkim obrońcom tradycyjnego podejścia do karania: czy system wymiaru sprawiedliwości powinien uwzględniać fakt, że dla części młodych ludzi utrata dostępu do technologii może być dotkliwsza niż niektóre sankcje, które formalnie brzmią znacznie poważniej?

Moim zdaniem warto o tym rozmawiać, bo jak powiedział Richard Lovelace –  „Nie mury tworzą więzienie i nie pręty klatkę”.

Nie oznacza to oczywiście, że należy wyrzucić kodeksy karne do kosza i zastąpić sędziego administratorem sieci. Nie proponuję również, żeby za każde wykroczenie odbierać młodemu człowiekowi smartfon, tak jak kiedyś rodzice zabierali dzieciom piłkę albo zakazywali wychodzenia na podwórko. Chodzi o rozsądne wykorzystanie możliwości, jakie daje współczesna technologia, w sytuacjach, w których sąd uznałby taką sankcję za adekwatną.

Wyobraźmy sobie na przykład młodego sprawcę, który popełnił przestępstwo związane z nieodpowiedzialnym zachowaniem, ale nie ma podstaw do zastosowania najsurowszej kary izolacyjnej. Sąd, obok innych środków przewidzianych prawem, mógłby rozważyć czasowe ograniczenie dostępu do określonych usług cyfrowych. Nie całego internetu, nie wszystkich połączeń ze światem i nie możliwości nauki czy pracy, lecz konkretnych funkcji, z których sprawca korzystał w sposób szkodliwy albo, których nadużywanie ma bezpośredni związek z popełnionym czynem. W określonych przypadkach mogłoby to oznaczać zakaz korzystania z mediów społecznościowych, zakaz używania konkretnych platform albo ograniczenie dostępu do urządzeń w zakresie określonym przez sąd.

Dla jednego będzie to kara niemal niezauważalna. Dla innego może okazać się poważną zmianą całego życia. Właśnie dlatego nie należy jej stosować automatycznie. Kara ma być proporcjonalna do czynu, a nie do liczby godzin spędzanych na TikToku.

Odłączamy delikwenta od sieci

Przyznam, że najbardziej interesuje mnie możliwość zastosowania takich ograniczeń wobec osób, które popełniają przestępstwa, a jednocześnie wykazują lekceważący stosunek do konsekwencji własnego postępowania. Szczególnie wtedy, gdy chodzi o młodych kierowców, którzy swoim zachowaniem narażają innych na utratę zdrowia lub życia.

Prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, narkotyków lub przeglądanie telefonu podczas jazdy telefonu, nie jest przecież młodzieńczą przygodą. To zachowanie, które może zakończyć się tragedią dla zupełnie niewinnych osób. Ktoś wraca z pracy, ktoś jedzie odebrać dziecko ze szkoły, ktoś inny przechodzi przez przejście dla pieszych. I nagle na drodze pojawia się człowiek, który uznał, że jego własna wygoda jest ważniejsza niż bezpieczeństwo pozostałych. W takim przypadku kara musi być przede wszystkim skuteczna. Powinna ograniczać możliwość powtórzenia czynu, odstraszać potencjalnych naśladowców i uświadamiać sprawcy, że nie żyje w świecie, w którym wszystko da się załatwić kolejnym kliknięciem.

Zakaz korzystania z określonych usług cyfrowych mógłby stanowić jeden z elementów szerszego programu bezapelacyjnego stosowania kar pozbawienia wolności. Jednak ten łagodniejszy system, powinien zostać połączony z obowiązkiem wykonywania prac społecznych, uczestnictwem w odpowiednich zajęciach edukacyjnych, zakazem prowadzenia pojazdów czy innymi środkami przewidzianymi prawem, co dawałoby sądowi dodatkowe narzędzie przywoływania do porządku.

W przypadku młodego człowieka, który wykorzystuje media społecznościowe do nękania innych, można rozważyć zakaz korzystania z platform internetowych na długie lata. W przypadku osoby, która popełnia przestępstwa internetowe, odpowiednio skonstruowane ograniczenia dostępu do określonych systemów mogą mieć większy sens, niż ogólny zakaz korzystania z technologii.

Pomysł można jednak rozwijać. Skoro istnieją elektroniczne systemy dozoru, można badać możliwości monitorowania przestrzegania konkretnych zakazów cyfrowych. Nie oznacza to, że wystarczy założyć człowiekowi opaskę na kostkę, aby urządzenie magicznie wykrywało, czy dotknął laptopa, telefonu albo routera. Takie rozwiązanie wymagałoby technicznych zabezpieczeń, precyzyjnego określenia zakazu i ustalenia, jak kontrolować jego przestrzeganie bez nieuzasadnionego ingerowania w życie innych domowników.

Trzeba też pamiętać, że internet nie jest dziś luksusowym dodatkiem do codzienności. To narzędzie pracy, edukacji, bankowości, kontaktu z urzędami i dostępu do informacji. Całkowite odcięcie człowieka od sieci może więc nie tylko utrudnić mu życie, lecz także pozbawić go możliwości wykonywania obowiązków, zdobywania kwalifikacji czy wywiązywania się z zobowiązań. Dlatego rozsądniejszy wydaje mi się model ograniczeń celowanych, a nie pełna cyfrowa banicja.

Kara ma boleć, ale nie może być zemstą

Oczywiście zaraz pojawią się głosy, że takie rozwiązanie byłoby zbyt surowe, nieproporcjonalne albo trudne do wyegzekwowania. Inni powiedzą, że skoro młody człowiek popełnił przestępstwo, należy zastosować karę przewidzianą w kodeksie i nie wymyślać kolejnych eksperymentów.

Rozumiem te argumenty. Prawo karne nie powinno być poligonem doświadczalnych dla pomysłów, które dobrze wyglądają w felietonie, ale rozsypują się przy pierwszym kontakcie z rzeczywistością. Nie można też budować systemu sprawiedliwości na założeniu, że każdemu młodemu człowiekowi bardziej zależy na telefonie niż na wolności. Takie uproszczenie byłoby równie nierozsądne jak twierdzenie, że wszyscy przedstawiciele starszego pokolenia rozumieją świat tylko dlatego, że pamiętają telefony z tarczą. Nie można jednak z góry odrzucać nowych rozwiązań tylko dlatego, że nie istniały w czasach naszych rodziców.

System karny powinien przede wszystkim odpowiadać na rzeczywiste problemy. Jeżeli zmieniają się narzędzia, za pomocą których popełniane są przestępstwa, zmieniają się także możliwości zapobiegania. Jeżeli określone ograniczenia mogą być skutecznym elementem nadzoru, warto zbadać ich przydatność. A jeżeli istnieje szansa, że dobrze zaprojektowana sankcja będzie mniej kosztowna niż pobyt w zakładzie karnym, a jednocześnie pozwoli ograniczyć ryzyko ponownego przestępstwa, tym bardziej zasługuje na analizę.

Nie chodzi o oszczędzanie na sprawiedliwości. Chodzi o to, żeby kara rzeczywiście wypełniała swoje zadanie.

Najpierw należałoby jednak przeprowadzić pilotaż, określić grupę osób, wobec których takie rozwiązanie mogłoby być stosowane, a następnie porównać wyniki z tradycyjnymi środkami. Trzeba byłoby sprawdzić, czy ograniczenia cyfrowe zmniejszają liczbę ponownych przestępstw, czy są przestrzegane, ile kosztuje ich egzekwowanie, ale też, jakie przynoszą skutki uboczne. Warto również uwzględnić sytuację osób, które potrzebują internetu do pracy, nauki lub kontaktu z rodziną.

Dopiero takie dane pozwoliłyby odpowiedzieć na pytanie, czy mamy do czynienia z sensownym narzędziem, czy tylko z atrakcyjnym pomysłem na papierze.

Młodzież potrzebuje wiedzy, a nie tylko lepszego Wi-Fi

Pozostaje jeszcze druga część problemu, być może ważniejsza od samego systemu karnego. Nie wystarczy bowiem wymyślić nowoczesnej sankcji, jeśli wcześniej zaniedbamy edukację, wychowanie i kształtowanie odpowiedzialności. Nie wystarczy odebranie komuś telefonu, jeżeli nie nauczyliśmy go rozumieć, dlaczego jego zachowanie było niebezpieczne. Nie wystarczy zakazać korzystania z mediów społecznościowych, jeżeli po zakończeniu zakazu człowiek wróci do tych samych nawyków, z którymi nikt wcześniej nie próbował niczego zrobić.

Wiedza szkolna również ma znaczenie. Nie dlatego, że każdy powinien znać na pamięć wszystkie stolice świata, ale dlatego, że podstawowa orientacja w rzeczywistości pomaga odróżniać fakty od bzdur, argumenty od manipulacji i konsekwencje od chwilowych zachcianek. Niepokoi mnie jednak sytuacja, w której młody człowiek może bez trudu znaleźć dowolną informację, ale niekoniecznie potrafi ocenić jej wiarygodność. Nie musi znać odpowiedzi na każde pytanie. Powinien jednak wiedzieć, jak jej szukać i jak sprawdzić, czy nie natrafił na kompletną głupotę.

To samo dotyczy odpowiedzialności. Żadna aplikacja nie nauczy człowieka empatii, jeśli nikt nie pokaże mu, że po drugiej stronie jego decyzji stoi inna osoba. Jak żaden algorytm nie zastąpi wychowania. I żaden zakaz nie sprawi automatycznie, że ktoś zacznie rozumieć różnicę między tym, co może zrobić, a tym, co powinien zrobić.

Można oczywiście uznać, że to wszystko brzmi jak narzekanie starszego człowieka na młodsze pokolenie. Być może jest w tym odrobina prawdy. Każdy z nas ma przecież skłonność do idealizowania własnej młodości. Pamiętamy własne sukcesy, a nieco gorzej przypominamy sobie własne wybryki. Zresztą i w naszych czasach nie brakowało ludzi, którzy potrafili dokonać rzeczy wyjątkowo nierozsądnych, mimo że nie mieli do dyspozycji ani TikToka, ani smartfona.

Różnica polega na tym, że dziś głupota potrafi zostać nagrana, opublikowana i obejrzana przez miliony ludzi, zanim jej autor zdąży zastanowić się nad konsekwencjami. Technologia nie stworzyła ludzkiej nieodpowiedzialności. Dała jej za to nowe narzędzia i znacznie większy zasięg.

Może więc zabierzmy telefon, ale najpierw pomyślmy

Wróćmy zatem do pomysłu, od którego zaczęła się ta historia. Czy odebranie młodemu przestępcy dostępu do telefonu albo określonych usług internetowych mogłoby okazać się skuteczniejsze niż niektóre tradycyjne kary? Nie wiem. I właśnie dlatego uważam, że warto to sprawdzić, zamiast od razu odrzucać koncepcję jako niedorzeczną. Ale pod warunkiem, że nie potraktujemy jej jako uniwersalnego lekarstwa na wszystkie problemy wychowawcze i przestępczość młodych ludzi.

Jeżeli ktoś dopuszcza się poważnego przestępstwa, nie powinien liczyć na to, że wystarczy mu zabrać telefon i wysłać do prac społecznych. Jeżeli ktoś powoduje zagrożenie na drodze, potrzebuje sankcji, które rzeczywiście ograniczą możliwość ponownego narażania innych. Jeżeli zaś ktoś popełnia przestępstwo związane z internetem, ograniczenia cyfrowe mogą być logicznym elementem odpowiednio skonstruowanej kary.

W każdym przypadku potrzebne są jednak proporcjonalność, kontrola sądowa i realna możliwość odwołania. Nie można też zapominać o prywatności, ochronie danych oraz prawach osób, które mieszkają ze skazanym i nie powinny ponosić konsekwencji jego czynów.

Może zatem warto przygotować program pilotażowy, przeprowadzić badania i sprawdzić, czy taka forma ograniczeń rzeczywiście działa. W końcu skoro testuje się nowe sposoby płatności w autobusach, rozwija dozór elektroniczny i wykorzystuje technologie w administracji, można również sprawdzić, czy odpowiednio zaprojektowane cyfrowe ograniczenia, pomogą w resocjalizacji niektórych sprawców.

A jeśli okaże się, że nie działają, przynajmniej będziemy wiedzieli, dlaczego.

Jest tylko jeden warunek: nie wolno nam pomylić skutecznego karania z próbą uprzykrzenia komuś życia dla samej przyjemności uprzykrzania. Państwo nie jest od tego, żeby wygrywać konkurs na najbardziej dokuczliwą sankcję. Ma chronić obywateli, egzekwować prawo i ograniczać ryzyko kolejnych przestępstw, a przy okazji warto zrobić coś jeszcze. Zamiast wyłącznie zastanawiać się, jak odebrać młodym ludziom ich ulubione urządzenia, spróbujmy nauczyć ich, jak z nich dobrze korzystać. Nie tylko technicznie, lecz także intelektualnie i społecznie.

Bo telefon można wyłączyć jednym przyciskiem. Znacznie trudniej wyłączyć głupotę, która zdążyła już uznać się za mądrość. I chyba na tym polega cały paradoks naszych czasów. Mamy urządzenia, które pozwalają nam w kilka sekund dotrzeć do wiedzy zgromadzonej przez całe pokolenia, a czasem wciąż nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, które jeszcze niedawno nie sprawiłoby większego problemu przeciętnemu uczniowi. Mamy systemy monitorowania, elektronicznego nadzoru i komunikacji, ale nadal szukamy sposobów, by skutecznie nauczyć człowieka odpowiedzialności za własne czyny.

Być może więc nie potrzebujemy wyłącznie nowego systemu karnego. Potrzebujemy również nowego spojrzenia na to, co w świecie pełnym technologii oznacza wolność, odpowiedzialność i kara. A jeśli pewnego dnia sąd rzeczywiście uzna, że dla konkretnego sprawcy najdotkliwszym ograniczeniem będzie czasowe pożegnanie z mediami społecznościowymi, niech tak będzie. Oczywiście pod warunkiem, że będzie to miało sens prawny, wychowawczy i praktyczny.

Niech tylko nikt nie oczekuje, że po takim wyroku młody człowiek natychmiast zacznie czytać „Pana Tadeusza”, słuchać Vivaldiego i rozpoznawać największe jeziora Polski. Na początek wystarczy, że zrozumie, iż życie poza ekranem również istnieje. A czasami, w przeciwieństwie do internetowych filmików, jego konsekwencji nie da się przewinąć, skasować ani zastąpić nowym nagraniem.

Może właśnie tę lekcję warto dziś odrobić. Nie tylko z młodzieżą, ale również z systemem, który wciąż próbuje odpowiadać na problemy XXI wieku narzędziami, które nie zawsze nadążają za rzeczywistością.

Bogdan Feręc

Photo by ROBIN WORRALL on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Odżywcze założeni
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.