Obywatel ma się modlić, żeby nigdy nie znaleźć się na celowniku państwa
„Kolbami w drzwi załomocą”, pokażą papier i powiedzą, że masz 15 minut na opuszczenie swojej nieruchomości lub musisz oddać swoją inną własność. Odleciałem całkowicie? Przykro mi, ale nie, bo wyłącznie przeczytałem pismo, jakie na ręce marszałka Sejmu złożył premier Donald Tusk. Chodzi o druk numer 3003, skierowany do Sejmu przez Prezesa Rady Ministrów 6 sierpnia 2026 roku.
Mowa w nim o projekcie ustawy o środkach ograniczających, który wdrażać ma prawo Unii Europejskiej. Projekt doczekał się już pierwszego czytania na 64. posiedzeniu Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej. Zanim jednak ktoś zacznie mi tłumaczyć, że przecież żyjemy w państwie prawa, a rządzący mają dobre intencje, proponuję wykonać prostą czynność. Zamiast wierzyć na słowo politykom, przeczytajmy przepisy. Nie konferencje prasowe, nie zapewnienia urzędników, nie uspokajające opowieści o bezpieczeństwie państwa. Przepisy. To właśnie one określają, co władza może nam zrobić, kiedy uzna, że ma do tego podstawy.
A w tym przypadku, pod tekstem mamy dokument, obok którego nie powinno się przechodzić obojętnie. I nie dlatego, że każdy Polak obudzi się jutro bez domu i pieniędzy. Takiego wniosku projekt nie uzasadnia. Powód do niepokoju jest inny, więc rząd premiera Tuska proponuje rozbudowany mechanizm sankcji, w którym określonym osobom i podmiotom można zamrozić majątek, odebrać możliwość korzystania z niego, a w szczególnych okolicznościach doprowadzić nawet do definitywnego przejęcia własności. Wszystko to ma odbywać się na podstawie decyzji administracyjnych, których skutki mogą być odczuwalne, zanim sąd prawomocnie rozstrzygnie spór.
Właśnie o tym trzeba rozmawiać, choć bez histerii, ale również bez usypiających sumienie zapewnień, że uczciwy człowiek nie ma się czego obawiać. Historia zna wystarczająco wiele przypadków, w których nadzwyczajne uprawnienia wprowadzano w imię szczytnych celów, a dopiero później zaczynano zastanawiać się nad ceną, jaką płacą zwykli ludzie.
Nie chodzi o drobiazgi. Chodzi o własność
Zacznijmy od podstaw. Artykuł 2 projektu definiuje środki finansowe niezwykle szeroko. Mieszczą się w tej kategorii nie tylko gotówka, czeki i pieniądze na rachunkach bankowych, lecz także depozyty, papiery wartościowe, akcje, udziały, obligacje, odsetki, dywidendy, gwarancje i kryptoaktywa.
Z kolei zasoby gospodarcze obejmują aktywa materialne i niematerialne, ruchomości oraz nieruchomości, które mogą służyć do uzyskiwania pieniędzy, towarów lub usług. Artykuł 6 przewiduje możliwość zamrożenia środków finansowych i zasobów gospodarczych należących do osób objętych krajowymi środkami ograniczającymi albo pozostających w ich posiadaniu, faktycznym władaniu lub pod ich kontrolą.
To teraz przetłumaczmy to na język człowieka, który rano idzie do pracy, płaci rachunki, odkłada pieniądze na starość i spłaca kredyt. Własność to nie tylko dom z ogrodem, to również oszczędności całego życia, udziały w firmie, papiery wartościowe, nieruchomość kupiona dla dzieci, przedsiębiorstwo budowane przez dwadzieścia lat, a nawet środki, z których finansuje się codzienne funkcjonowanie rodziny.
Jeżeli wobec danej osoby zostaną zastosowane przewidziane w projekcie środki ograniczające, konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze niż zwykły zakaz przeprowadzenia jednej transakcji. Zamrożenie oznacza bowiem zapobieganie przenoszeniu środków, zmianie ich własności, wykorzystywaniu ich i dokonywaniu transakcji, które umożliwiałyby dalsze korzystanie z majątku. Znaczy to literalnie, że rząd może według własnego uznania zablokować konta niektórych Polaków, choć niedookreślone jest, których. Projekt nie daje natomiast ogólnego uprawnienia. To jest różnica, ale nie zmienia to faktu, że dla człowieka, który znalazłby się na takiej „czarnej” liście, skutki mogą być druzgocące, bo to decyzja wyłącznie administracyjna. Można przecież posiadać majątek i jednocześnie utracić możliwość normalnego z niego korzystania. Można być właścicielem przedsiębiorstwa, ale nie mieć swobody dysponowania jego zasobami. Można mieć pieniądze, a zarazem nie móc zapłacić nimi za to, co jest niezbędne do życia i prowadzenia działalności.
Tym samym, własność zapisana w dokumentach, ale pozbawiona praktycznej użyteczności, przypomina klucz do drzwi, które ktoś właśnie zamurował. I nie, nie jest to drobiazg prawny, bo ingerencja w podstawy bezpieczeństwa ekonomicznego człowieka.
Artykuł 28. Tu kończą się spokojne opowieści
Największe emocje powinien budzić jednak nie sam katalog aktywów, lecz przepisy dotyczące przejęcia własności. Artykuł 24 projektu przewiduje możliwość ustanowienia zarządu w celu przejęcia własności, jeżeli jest to niezbędne dla ochrony ważnego interesu publicznego, interesu ekonomicznego państwa albo zapewnienia bezpieczeństwa państwa. Mechanizm ten może być zastosowany w związku z wcześniejszym nałożeniem krajowego środka ograniczającego na daną osobę lub podmiot.
Co jeszcze raz trzeba podkreślić, za dom, samochód lub człowieka zagrażającemu interesowi publicznemu, ekonomicznemu lub niegwarantującego bezpieczeństwa państwa, może być uznany każdy, w tym nieruchomość, ruchomość, wyposażenie lub Polak. Tak na marginesie, Irlandczyk też, bo to prawo unijne.
Następnie pojawia się artykuł 25. Zarząd może zostać ustanowiony na okres do sześciu miesięcy, z możliwością przedłużania, przy czym łączny okres nie może przekroczyć 36 miesięcy. Co ważniejsze, od chwili ustanowienia zarządu, właściciel traci prawo zarządzania swoim majątkiem, objętym nim mieniem oraz możliwość korzystania z niego i nim rozporządzania.
Traci na trzy lata, to nie jest weekend, podczas którego można przeczekać urzędniczą zawieruchę. To czas, w którym można stracić kontrolę nad przedsiębiorstwem, nieruchomością lub innymi składnikami majątku.
A teraz artykuł 28. Przejęcie własności następuje w drodze decyzji ministra właściwego do spraw gospodarki. Przepis stanowi, że od tej decyzji nie przysługuje wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy. Decyzja jest udostępniana w Biuletynie Informacji Publicznej, a od następnego dnia zaczyna wywoływać określone skutki, w tym natychmiastową wykonalność. Nie oznacza to, że obywatelowi całkowicie odebrano możliwość zwrócenia się do sądu. Projekt przewiduje skargę do sądu administracyjnego. Tyle że samo wniesienie skargi nie daje automatycznie gwarancji, iż skutki decyzji zostaną wstrzymane. Projekt stanowi, że decyzja zachowuje moc do chwili uprawomocnienia się wyroku. I właśnie tutaj pojawia się problem, którego nie można zbyć wzruszeniem ramion.
Prawo do utworzenia drogi sądowej jest niezwykle ważne, ale równie ważne jest to, czy ochrona sądowa będzie skuteczna w praktyce. Jeżeli człowiek najpierw traci możliwość zarządzania majątkiem, a następnie musi przez długi czas walczyć o swoje prawa, to nawet późniejsze zwycięstwo może nie naprawić wszystkich szkód. Firma może upaść, kontrahenci mogą odejść, pracownicy mogą stracić zatrudnienie, a wartość majątku może się zmienić. Natomiast wyrok wydany po latach nie zawsze przywraca życie do stanu sprzed decyzji jednego urzędnika, a to jest problem realny. Nie potrzeba do niego żadnych fantastycznych scenariuszy o funkcjonariuszach wyłamujących drzwi o świcie. Wystarczy mechanizm, w którym państwo uzyskuje możliwość szybkiego działania, a obywatel musi później dochodzić swoich praw
Czy można stracić dom bez odszkodowania?
Tutaj dochodzimy do kolejnej kwestii, którą warto przeczytać ze szczególną uwagą. Artykuł 29 projektu przewiduje, że przejęcie własności następuje za odszkodowaniem odpowiadającym wartości rynkowej przejmowanych środków finansowych lub zasobów gospodarczych. W przypadku nieruchomości podstawą ustalenia wartości ma być operat szacunkowy sporządzony przez rzeczoznawcę majątkowego.
Ktoś mógłby więc powiedzieć: „O co ten cały hałas? Przecież zapłacą”. Nie tak szybko.
Po pierwsze, odszkodowanie nie rozwiązuje problemu samego pozbawienia własności. Człowiek może nie chcieć sprzedać domu, który budował przez całe życie. Może prowadzić firmę przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Może posiadać ziemię, która ma dla jego rodziny znaczenie znacznie większe niż wartość wykazana w operacie szacunkowym. Państwowa wycena nie zwróci mu ani czasu, ani przywiązania, ani możliwości samodzielnego decydowania o własnym dorobku.
Po drugie, artykuł 29 ust. 4 przewiduje wyjątek, który nie powinien umykać uwadze czytelników. W przypadku stosowania przez państwo objęte unijnymi środkami ograniczającymi podobnych rozwiązań dotyczących przejmowania własności, odszkodowanie może nie przysługiwać albo może zostać proporcjonalnie ograniczone. Projekt uzależnia to od zasady wzajemności, między innymi od poziomu ochrony praw majątkowych w danym państwie i zasad wypłacania tam odszkodowań.
A więc tak, choć nie zaczyna się zdania od „a więc”: projekt przewiduje rekompensatę, ale jednocześnie zawiera przepis dopuszczający sytuacje, w których rekompensata może nie przysługiwać lub zostać ograniczona. Uczciwa analiza nie może przemilczeć ani pierwszej, ani drugiej części tej regulacji. To teraz pytanie, które powinien zadać sobie każdy parlamentarzysta: czy w państwie demokratycznym tak daleko idąca ingerencja w prawo własności powinna być obudowana jeszcze silniejszymi gwarancjami, czy też wystarczy nam zapewnienie, że wszystko będzie odbywać się zgodnie z ustawą?
Ustawa nie jest świętym obrazkiem, tę można uchwalić dobrze albo źle. Można wpisać do niej skuteczne zabezpieczenia przed nadużyciami, ale można również stworzyć mechanizm, który będzie zależał w ogromnej mierze od oceny organów państwa, a te nie są nieomylne. Tworzą je ludzie, którzy mogą się mylić, podejmować błędne decyzje, ulegać naciskom albo interpretować przepisy zbyt szeroko. Dlatego prawo własności wymaga czegoś więcej niż zaufania do rządzących. Wymaga twardych gwarancji, które będą działały również wtedy, gdy u steru znajdą się ludzie, którym nie ufamy.
Najpierw zamrożenie, później zarząd, a na końcu sprzedaż
Projekt nie ogranicza się do możliwości zamrożenia majątku. W artykułach 12–23 przewiduje również mechanizm tymczasowego zarządu przymusowego w celu zbycia określonych składników majątkowych. Z kolei artykuły 24–30 dotyczą zarządu prowadzącego do przejęcia własności. To dwa różne mechanizmy i nie wolno ich wrzucać do jednego worka. W pierwszym przypadku chodzi o zarządzanie majątkiem i jego zbycie w określonych okolicznościach. W drugim celem jest definitywne przejęcie własności.
W obu przypadkach pojawia się jednak istotny problem, bo właściciel może utracić kontrolę nad swoim majątkiem na podstawie decyzji administracyjnej.
W przypadku zarządu w celu zbycia, projekt przewiduje możliwość powołania osoby zarządzającej, która przejmuje wykonywanie określonych uprawnień związanych z przedsiębiorstwem. Ma ona dostęp do informacji objętych między innymi tajemnicą bankową i skarbową, ale w zakresie niezbędnym do wykonywania powierzonych jej zadań. Zgodnie z artykułem 14 zarząd w celu zbycia może trwać maksymalnie 36 miesięcy. Jeżeli nie uda się zbyć całego majątku w przewidzianym okresie, projekt przewiduje możliwość skierowania sprawy do sądu, który może zarządzić zbycie pozostałych składników.
Ktoś powie, że przecież chodzi o utrzymanie przedsiębiorstwa i ochronę miejsc pracy. I rzeczywiście, projekt wskazuje takie cele. Nie zamierzam udawać, że ich nie ma, ale skoro państwo uznaje, że musi ingerować w zarządzanie cudzym przedsiębiorstwem, powinno również zagwarantować, że ingerencja nie stanie się źródłem dodatkowych strat dla właściciela, pracowników, kontrahentów i całego otoczenia gospodarczego.
Przedsiębiorstwo nie jest abstrakcyjnym wpisem w Krajowym Rejestrze Sądowym. To ludzie, umowy, zobowiązania, maszyny, lokale, dostawcy i klienci. Każda ingerencja w jego funkcjonowanie może uruchomić reakcję łańcuchową.
Wyobraźmy sobie firmę zatrudniającą kilkudziesięciu ludzi. Właściciel zostaje objęty środkami ograniczającymi, a przedsiębiorstwo przechodzi pod zarząd wyznaczonej osoby. Właściciel nie może swobodnie dysponować swoim majątkiem, a zarządca podejmuje decyzje dotyczące działalności firmy. Nawet jeżeli jego zadaniem jest utrzymanie miejsc pracy, nie ma gwarancji, że wszyscy kontrahenci zaakceptują nową sytuację, bank nie zmieni warunków finansowania, a klienci nie zaczną szukać innych dostawców. Jeśli później okaże się, że zastosowane środki były nieuzasadnione, szkody gospodarcze mogą być nieodwracalne.
Wiemy przecież, że państwo potrafi wydać decyzję w jeden dzień, ale odbudowa przedsiębiorstwa może zająć kilka lat. To nie jest argument przeciwko każdej sankcji, a za odpowiedzialnością za jej skutki.
Niepokoi nie tylko majątek. Niepokoi również sposób podejmowania decyzji
Artykuł 7 przewiduje prowadzenie wykazu osób i podmiotów objętych krajowymi środkami ograniczającymi. Artykuł 8 określa tryb podejmowania decyzji o wpisie na listę, jej zmianie lub wykreśleniu. Wnioski mogą pochodzić z wielu instytucji państwowych, w tym od Policji, Straży Granicznej, Komisji Nadzoru Finansowego, prokuratury, Krajowej Administracji Skarbowej i służb specjalnych.
Nie jest to więc mechanizm uruchamiany przez jednego urzędnika bez żadnej procedury. Projekt przewiduje uzasadnienie wniosku, wskazanie proponowanych środków oraz określone elementy decyzji. Ale właśnie przy takich uprawnieniach szczególnie istotne jest pytanie, jak skutecznie można zakwestionować decyzję i jak szybko można naprawić jej skutki.
Artykuł 8 ust. 6 pozwala ograniczyć zakres uzasadnienia decyzji ze względu na bezpieczeństwo państwa lub porządek publiczny. Jednocześnie ust. 7 przewiduje natychmiastową wykonalność decyzji i wyklucza wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy. Artykuł 9 reguluje publikację decyzji w Biuletynie Informacji Publicznej oraz początek biegu terminu na wniesienie skargi do sądu administracyjnego. Sama skarga nie powoduje automatycznego wstrzymania skutków decyzji.
Zwróćmy też uwagę na praktyczny wymiar tych przepisów, bo osoba wpisana na listę może stanąć wobec decyzji, której skutki finansowe i gospodarcze będą natychmiastowe. Może jednocześnie dysponować ograniczonym uzasadnieniem, jeśli organ powoła się na bezpieczeństwo państwa lub porządek publiczny. Wówczas walka o wykazanie, że decyzja jest nieprawidłowa, staje się znacznie trudniejsza.
To właśnie dlatego kontrola sądowa nie może być traktowana jako formalny dodatek do decyzji administracyjnej, a musi być rzeczywistą gwarancją ochrony praw jednostki. Nie wystarczy powiedzieć człowiekowi, że „możesz się odwołać”. Trzeba jeszcze odpowiedzieć na pytanie, czy zanim sąd rozstrzygnie sprawę, będzie on miał za co żyć, jak opłacić prawnika, utrzymać rodzinę i czy jego firma w ogóle będzie jeszcze istniała.
W tej dyskusji nie chodzi o przyznawanie komukolwiek bezkarności. Chodzi o to, by państwo nie myliło skuteczności działania z prawem do działania bez dostatecznych zabezpieczeń.
Czy zwykły obywatel powinien się bać?
Odpowiedź musi być precyzyjna, bo sam fakt zamieszkiwania w Polsce nie oznacza, że obywatel może zostać pozbawiony domu i oszczędności na podstawie tego projektu. Artykuł 4 określa kategorie osób i podmiotów, wobec których mogą być stosowane krajowe środki ograniczające. Chodzi między innymi o osoby wspierające podmioty objęte sankcjami, osoby bezpośrednio z nimi powiązane oraz takie, w których przypadku istnieje prawdopodobieństwo wykorzystania ich środków do wspierania tych podmiotów. Przepis obejmuje również określone formy wspierania obcej ingerencji i manipulacji w środowisku informacyjnym. Jednym zdaniem, pojęcie jest bardzo szerokie i może mieć zastosowanie do wielu osób, które będą się mieścić w określonych w przepisach kategoriach.
Nie ma tu oczywiście przepisu, który pozwalałby po prostu odebrać dowolnemu mieszkańcowi Polski jego domu dlatego, że minister ma na to ochotę. Ale właśnie dlatego trzeba pytać o granice interpretacji przesłanek, sposób ich stosowania i gwarancje ochrony przed pomyłką. Jeżeli ustawodawca posługuje się pojęciami dotyczącymi bezpieczeństwa, powiązań osobistych, gospodarczych i finansowych, a także prawdopodobieństwa wykorzystania środków w określonym celu, powinien jednocześnie zadbać o to, by zakres ingerencji był proporcjonalny do rzeczywistego zagrożenia.
Co więcej, nie chodzi wyłącznie o osoby, które można podejrzewać o świadome wspieranie niedozwolonej działalności. Problemem mogą być również relacje gospodarcze, własność pośrednia i sytuacje, w których przedsiębiorca nie ma pełnej kontroli nad tym, jak inni wykorzystują określone środki lub zasoby. W gospodarce powiązania są czymś normalnym. Firmy mają wspólników, klientów, dostawców i zagranicznych kontrahentów. Ludzie dziedziczą udziały, inwestują pieniądze, podpisują umowy i prowadzą działalność w różnych krajach. Nie każde powiązanie oznacza współudział w nielegalnej działalności. Nie każda relacja finansowa jest dowodem złej woli.
Dlatego ustawodawca powinien szczególnie pilnować, by odpowiedzialność nie była rozciągana na osoby, które nie miały rzeczywistego wpływu na działania innych podmiotów. A jeżeli ktoś twierdzi, że takie ryzyko nie istnieje, powinien wyjaśnić, jakie konkretne zabezpieczenia chronią osobę niewinną przed błędną decyzją i, jak szybko można taką decyzję odwrócić. To jest uczciwe pytanie i nawet nie trzeba być przeciwnikiem Unii Europejskiej, Donalda Tuska, Micheála Martina ani jakiejkolwiek partii politycznej, żeby je zadać. Wystarczy być właścicielem czegokolwiek.
Co jeszcze może uderzyć w obywatela?
Nie wszystkie konsekwencje projektu wiążą się z przejęciem nieruchomości czy zamrożeniem konta. Warto zwrócić uwagę na kilka innych obszarów.
1. Wykluczenie z zamówień publicznych
Artykuł 6 przewiduje możliwość wykluczenia podmiotu objętego krajowymi środkami ograniczającymi z postępowań o udzielenie zamówień publicznych, również tych prowadzonych poniżej progów określonych w Prawie Zamówień Publicznych oraz w określonych postępowaniach wyłączonych spod stosowania tej ustawy.
Dla dużego przedsiębiorstwa może to oznaczać utratę istotnego rynku. Dla niewielkiej firmy realizującej zlecenia dla instytucji publicznych, może oznaczać koniec działalności. Jeżeli przedsiębiorstwo utrzymuje się przede wszystkim z kontraktów publicznych, wykluczenie z takich postępowań może pozbawić je źródła przychodów. A gdy znikają przychody, pojawiają się problemy z wynagrodzeniami, ratami kredytów i płatnościami dla dostawców. To nie jest automatyczna konsekwencja dla każdego przedsiębiorcy. Dotyczy podmiotów objętych określonymi środkami. Jednak dla nich skutki mogą być bardzo poważne.
2. Zakaz rozporządzania udziałami i akcjami
Artykuł 11 przewiduje, że zbycie lub obciążenie udziałów albo akcji podmiotu wpisanego na listę, wymaga uprzedniej zgody ministra właściwego do spraw gospodarki. Wniosek powinien zawierać informacje o planowanej transakcji, jej stronach i istotnych postanowieniach umowy. Minister może żądać dodatkowych dokumentów i wyjaśnień. Projekt przewiduje możliwość udzielenia zgody w terminie miesiąca od otrzymania wniosku.
Co istotne, zbycie udziałów lub akcji dokonane bez wymaganej zgody jest nieważne.
Pomyślmy teraz o wspólniku, który chce wycofać się z inwestycji, sprzedać udziały albo uporządkować sprawy majątkowe. Jeżeli transakcja podlega tym ograniczeniom, nie wystarczy znaleźć kupca i podpisać umowy. Konieczne będzie przejście przez procedurę administracyjną. Dla przedsiębiorcy oznacza to ograniczenie swobody gospodarowania własnym majątkiem. Dla potencjalnego nabywcy oznacza dodatkową niepewność. Dla całego rynku oznacza ryzyko, że transakcje będą trudniejsze i bardziej kosztowne.
3. Koszty zarządu mogą obciążyć właściciela
Jeszcze ciekawszy jest Artykuł 22, bo stanowi, że koszty związane z wykonywaniem zarządu w celu zbycia, obciążają osobę lub podmiot, do których należy objęty nim majątek. Jeżeli nie można ich od razu pokryć z majątku właściciela, tymczasowo może je ponosić Skarb Państwa. Projekt przewiduje jednak mechanizm zabezpieczenia zwrotu tych kosztów i ich zaspokojenia z uzyskanych środków.
W praktyce oznacza to, że osoba, która utraciła możliwość zarządzania swoim przedsiębiorstwem, może dodatkowo ponosić koszty jego przymusowym zarządzaniem.
Oczywiście zarządca nie powinien pracować za darmo, a utrzymanie przedsiębiorstwa generuje wydatki. Pytanie brzmi jednak, kto ponosi ryzyko błędów, nieefektywności albo niepotrzebnie wysokich kosztów. Właściciel może stracić kontrolę nad firmą, nie mieć wpływu na wybór poszczególnych rozwiązań, a jednocześnie zostać obciążony kosztami całej operacji. Właśnie dlatego konieczne są przejrzyste zasady ustalania wynagrodzenia zarządcy, kontroli wydatków i dochodzenia roszczeń w przypadku nadużyć.
4. Odpowiedzialność karna i administracyjne kary pieniężne
Projekt nie kończy się na przepisach dotyczących własności. Artykuł 1 wskazuje, że ustawa określa również administracyjne kary pieniężne oraz odpowiedzialność karną za naruszenie zakazów, ograniczeń i niedopełnienie obowiązków wynikających ze środków ograniczających. W projekcie przewidziano ponadto zmiany w szeregu obowiązujących ustaw, w tym w Kodeksie Karnym, Kodeksie Postępowania Karnego, Ordynacji Podatkowej, Prawie Bankowym oraz przepisach dotyczących Krajowej Administracji Skarbowej.
Nie oznacza to, że każdy błąd w rozliczeniu albo przypadkowa transakcja automatycznie doprowadzą do odpowiedzialności karnej. Odpowiedzialność zależy od konkretnego przepisu, znamion czynu i okoliczności sprawy, więc teoretycznie, nowy zapis może zostać użyty. Nie zmienia to jednak faktu, że wprowadzenie nowych obowiązków oraz sankcji wymaga bardzo jasnego określenia, czego przedsiębiorca, instytucja finansowa czy osoba fizyczna nie mogą robić.
Przepisy i sankcje muszą, a przynajmniej powinny być na tyle precyzyjne, choć w Polsce rzadko to się zdarza, aby obywatel mógł ustalić, jakie zachowanie jest zakazane, i na tyle proporcjonalne, aby kara odpowiadała wadze naruszenia. Inaczej zamiast skutecznego systemu przeciwdziałania obchodzeniu sankcji, otrzymamy kolejną rozbudowaną machinę, której obsługi będą musieli nauczyć się prawnicy, księgowi, bankowcy i przedsiębiorcy. A rachunek za tę naukę, jak zwykle, nie pozostanie bez wpływu na gospodarkę.
Największy problem: władza nad cudzym majątkiem
W tym miejscu warto zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na sprawę szerzej. Własność prywatna nie jest przywilejem przyznawanym obywatelowi przez aktualny rząd. Jest jednym z fundamentów wolnego społeczeństwa. Człowiek pracuje, oszczędza, inwestuje, buduje dom, zakłada firmę i planuje przyszłość, zakładając, że jego dorobek będzie podlegał ochronie prawa. Państwo ma natomiast prawo ograniczać korzystanie z własności w uzasadnionych sytuacjach. Może ścigać przestępców, wykonywać orzeczenia sądów i wdrażać sankcje. Nie istnieje jednak żadna poważna zasada prawna, z którą samo powołanie się na bezpieczeństwo, automatycznie rozwiązuje wszystkie problemy związane z ingerencją w prawa jednostki.
Bezpieczeństwo jest ważne, to nie ulega wątpliwości. Ale ważne jest również to, kto określa zagrożenie, na jakiej podstawie podejmuje decyzję, jak szeroko może ona ingerować w prawa obywatela i jakie możliwości obrony temu pozostają. Nie wystarczy powiedzieć, że wszystko jest zgodne z prawem. Właśnie dlatego istnieją konstytucje, sądy i zasady proporcjonalności. Ich zadaniem jest ograniczanie władzy, także wtedy, gdy ta władza jest przekonana o słuszności własnych działań. Bo przecież niemal każda władza uważa, że działa w interesie państwa. Różnica polega na tym, czy potrafi zaakceptować ograniczenia własnych kompetencji.
W demokracji nie powinno być tak, że urzędnik jest z definicji wiarygodny, a obywatel musi najpierw udowodnić, że zasługuje na ochronę. Jeżeli państwo podejmuje decyzję, która może zniszczyć czyjś dorobek, żeby nie powiedzieć życie, powinno ponosić szczególną odpowiedzialność za jej zasadność. A jeżeli decyzja okazuje się błędna, naprawienie szkód nie może sprowadzać się do stwierdzenia, że obywatel miał prawo złożyć skargę.
Prawo do skargi to nie to samo co rzeczywista ochrona.
Co z pieniędzmi na koncie?
Wyobraźmy sobie konkretną sytuację. Człowiek ma oszczędności, mieszkanie, samochód i niewielką firmę. Nie jest natomiast milionerem. Przez trzydzieści lat pracował, płacił podatki i odkładał pieniądze. Nie posiada majątku dlatego, że odziedziczył fortunę, lecz dlatego, że systematycznie budował swoją niezależność. Jeżeli zostanie objęty środkami ograniczającymi przewidzianymi w projekcie, może stracić możliwość swobodnego korzystania z określonych aktywów. Jeżeli zastosowane zostaną dalsze środki, może również utracić możliwość zarządzania przedsiębiorstwem, a w określonych okolicznościach dojść może do całkowitego przejęcia własności.
I teraz najważniejsze pytanie: jak ma funkcjonować jego rodzina?
Projekt w artykule 10 przewiduje możliwość zwolnienia określonych środków lub udostępnienia ich na zaspokojenie podstawowych potrzeb, w tym wydatków na żywność, mieszkanie, leki, leczenie, podatki i usługi komunalne. Możliwe jest również uwzględnienie uzasadnionych kosztów pomocy prawnej oraz wydatków nadzwyczajnych. To ważny przepis, który należy odnotować. Nie można twierdzić, że projekt całkowicie pomija problem utrzymania osoby objętej ograniczeniami. Ale samo przewidzenie możliwości uzyskania dostępu do środków, nie usuwa wszystkich problemów. Istotne jest, jak szybko taki wniosek zostanie rozpatrzony, jakie dokumenty będą potrzebne, jak długo potrwa procedura i czy dostępna kwota będzie wystarczająca w konkretnej sytuacji.
Rachunek za prąd nie poczeka na decyzję administracyjną. Bank nie musi automatycznie zawiesić spłaty kredytu. Właściciel wynajmowanego mieszkania nie ma obowiązku finansować cudzego sporu z państwem. To właśnie w takich sytuacjach widać różnicę pomiędzy prawem zapisanym w dokumencie a prawem, które działa w życiu realnym.
Unia Europejska, polski rząd i odpowiedzialność za konsekwencje
Projekt wdrażać ma prawo Unii Europejskiej, w tym dyrektywę 2024/1226 dotyczącą przestępstw związanych z naruszaniem unijnych środków ograniczających i sankcji za takie naruszenia. Nie ma sensu udawać, że niektóre sankcje nie są potrzebne. Państwo musi dysponować instrumentami przeciwdziałania obchodzeniu ograniczeń, finansowaniu działań zagrażających bezpieczeństwu oraz wspieraniu podmiotów objętych sankcjami. Ale wdrażanie prawa unijnego nie zwalnia polskiego ani żadnego innego ustawodawcy z odpowiedzialności za sposób skonstruowania procedur krajowych.
Jeżeli projekt przewiduje tak daleko idącą ingerencję w majątek, należy szczegółowo zbadać, czy zakres tych uprawnień jest konieczny, czy procedury są wystarczająco przejrzyste i, czy mechanizmy ochrony praw jednostki działają skutecznie. To zadanie dla parlamentarzystów, prawników, organizacji zajmujących się ochroną praw obywatelskich i mediów. Parlament nie jest maszyną do zatwierdzania dokumentów przygotowanych przez rząd. Posłowie powinni analizować przepisy, zgłaszać poprawki, żądać wyjaśnień i sprawdzać, czy proponowane rozwiązania nie tworzą nadmiernego ryzyka dla obywateli, że tak zażartuję.
Jeżeli zaś pojawiają się wątpliwości dotyczące proporcjonalności ingerencji w prawo własności, trzeba je rozstrzygnąć przed uchwaleniem ustawy, a nie dopiero wtedy, gdy pierwsza osoba stanie przed konsekwencjami jej zastosowania. To właśnie jest sens parlamentaryzmu. Nie chodzi o to, żeby blokować każdą decyzję rządu. Chodzi o to, żeby żadna decyzja nie była przyjmowana bez rzetelnej kontroli.
Nie chcę państwa bezradnego. Chcę państwa, które zna granice
Nie jestem zwolennikiem państwa, które nie potrafi reagować na zagrożenia. Państwo bez skutecznych instrumentów ochrony bezpieczeństwa byłoby państwem słabym, a jego słabość najczęściej odczuliby zwykli obywatele. Nie zgadzam się jednak również na myślenie, że skoro cel jest ważny, to każde narzędzie staje się automatycznie dopuszczalne. Władza musi mieć narzędzia, ale obywatel musi mieć gwarancje. Władza musi móc reagować, a obywatel musi mieć możliwość skutecznej obrony. Władza musi mieć możliwość stosowania sankcji, jednak nie może traktować własności prywatnej jak przedmiotu, którym dysponuje według własnego uznania.
W tym projekcie szczególnie istotne są trzy sprawy: możliwość zamrożenia szeroko rozumianego majątku, możliwość przejęcia własności oraz natychmiastowa wykonalność określonych decyzji administracyjnych. To nie są sprawy marginalne. Dotykają samego rdzenia relacji pomiędzy państwem a obywatelem.
Dlatego nie zamierzam udawać, że wszystko jest w porządku tylko dlatego, że dokument ma numer druku sejmowego, został przygotowany przez urzędników i opatrzony uzasadnieniem. Uzasadnienie można napisać pięknym językiem, ale najważniejsze jest jednak to, jakie uprawnienia ostatecznie znajdą się w ustawie.
I dlatego apeluję: czytajmy przepisy, a nie wyłącznie komunikaty polityków.
Na koniec: przeczytajcie sami
Podstawą tej analizy jest projekt ustawy o środkach ograniczających, zawarty w druku sejmowym nr 3003, przedłożonym przez Prezesa Rady Ministrów 6 sierpnia 2026 roku. Dokument obejmuje 283 strony, a więc znacznie więcej niż kilka głośnych artykułów dotyczących przejęcia własności. Warto więc przeczytać przede wszystkim artykuły 2, 4, 6–10, 11–23 oraz 24–30. To tam znajdują się przepisy dotyczące definicji majątku, przesłanek stosowania środków ograniczających, zamrażania aktywów, zarządu przymusowego, przejęcia własności, odszkodowania i procedur administracyjnych.
Warto również zapoznać się z przepisami zmieniającymi inne ustawy, ponieważ właśnie tam mogą znajdować się dodatkowe konsekwencje dla przedsiębiorców, instytucji finansowych i osób objętych nowymi regulacjami.
Nie twierdzę oczywiście, jak internetowi krzykacze, że jutro każdy Polak straci dom. Nie twierdzę, że rząd może bez żadnych przesłanek zabrać dowolnemu człowiekowi wszystkie pieniądze. Takie stwierdzenia wykraczałyby poza treść projektu. Mówię natomiast, że proponowane mechanizmy ingerencji w majątek są na tyle daleko idące, iż wymagają wyjątkowo dokładnej kontroli parlamentarnej i publicznej. Twierdzę, że natychmiastowa wykonalność decyzji dotyczących własności, ograniczone możliwości ponownego rozpatrzenia sprawy w administracji oraz fakt, że sama skarga nie gwarantuje wstrzymania skutków decyzji, powinny budzić poważne pytania o skuteczność ochrony praw obywatela.
I nareszcie twierdzę, że w państwie prawa nie wolno lekceważyć tych pytań tylko dlatego, że dotyczą przepisów przedstawianych, jako narzędzia ochrony bezpieczeństwa. Bo dom to nie jest rubryka w tabeli. Oszczędności to nie jest abstrakcyjna liczba na stronie internetowej banku. Firma to nie jest wyłącznie wpis w rejestrze. Za tym wszystkim stoją ludzie, ich praca, rodziny, plany i lata wyrzeczeń.
Państwo, które chce ingerować w sprawy tak fundamentalne, musi udowodnić, że potrafi robić to odpowiedzialnie. Nie wystarczy zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Obywatel nie powinien żyć w strachu przed własnym państwem. A państwo, które chce uzyskać tak daleko idące uprawnienia, powinno być gotowe odpowiedzieć na każde pytanie o ich granice.
Dlatego czytajcie druk nr 3003. Nie po to, żeby bezrefleksyjnie się bać, lecz po to, żeby wiedzieć, o czym naprawdę decydują parlamentarzyści. Bo kiedy chodzi o własność, pieniądze i bezpieczeństwo rodziny, nie ma niczego ważniejszego niż świadomość, jakie prawa przysługują obywatelowi i gdzie kończy się władza państwa.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowane przez AI

