Rosyjski skok technologiczny. Budzisz: Polska „szykuje się do wojny przeszłości”
„Przygotowujemy się do wojen z przeszłości, a nie bierzemy pod uwagę postępu technologicznego po stronie przeciwnika” – ostrzega Marek Budzisz. Ekspert Strategy&Future bije na alarm: Rosjanie w błyskawicznym tempie przestawiają się na szybkie drony odrzutowe, a Polska wciąż skupia się na scenariuszach, które nowoczesna wojna dawno zweryfikowała.

W tym artykule:
Budowa umocnień wzdłuż granicy, czyli głośny projekt Tarcza Wschód, zdominował debatę o bezpieczeństwie Polski. Zdaniem ekspertów stawianie wyłącznie na fortyfikacje i odpieranie zmasowanego ataku pancernego to przygotowywanie się na konflikt, który może nigdy nie nadejść w takiej formie.
Prawdziwym wyzwaniem okazuje się asymetryczna wojna bezkontaktowa, prowadzona z odległości setek i tysięcy kilometrów. Doświadczenia z Ukrainy oraz Bliskiego Wschodu pokazują, że polem bitwy rządzą dziś zupełnie inne technologie niż w ubiegłym stuleciu.
Rosyjska rewolucja na niebie
– Przygotowujemy się do wojen z przeszłości, te które już były, te które mamy jakoś skonceptualizowany obraz, jak one mogą wyglądać, a nie bierzemy pod uwagę również i postępu technologicznego po stronie przeciwnika – ocenił w studiu Radia Wnet Marek Budzisz, analityk ds. międzynarodowych z ośrodka Strategy&Future.
Ekspert przedstawił twarde dane obrazujące tempo przezbrajania się rosyjskiej armii. O ile w czerwcu Moskwa wysłała przeciwko Ukrainie około 300 dronów z napędem turboodrzutowym, o tyle w sierpniu liczba ta wzrosła do 2800 sztuk w ciągu zaledwie jednego miesiąca.
Maszyny te przemieszczają się z prędkościami rzędu 500–600 km/h, co stawia pod znakiem zapytania skuteczność budowanych w Polsce systemów zwalczania wolniejszych bezzałogowców. Programy obrony powietrznej projektowane z myślą o maszynach śmigłowych mogą okazać się przestarzałe, zanim w ogóle wejdą do służby.
Potrzebujemy zasięgu 2000 km
Według Marka Budzisza fundamentem polskiego bezpieczeństwa nie mogą być wyłącznie okopy, lecz realne odstraszanie militarne. Kreml musi mieć świadomość, że każdy atak na polską infrastrukturę spotka się z natychmiastową i bolesną odpowiedzią na terytorium agresora.
– Musimy jako państwo polskie nabyć zdolności w zakresie operowania czy to systemami rakietowymi, czy dronami dalekiego zasięgu na dystansie 2000 kilometrów. Dlatego, że to przede wszystkim wzmocnić może nasze odstraszanie – podkreślił Marek Budzisz.
Wzorcem takich działań są obecnie Niemcy. Minister obrony Boris Pistorius złożył niedawno wizytę w Waszyngtonie, zabiegając o zakup amerykańskich pocisków manewrujących Tomahawk. Równolegle Berlin bada rozwiązania izraelskie oraz ofertę producentów z Ukrainy, nie ograniczając się do jednego dostawcy.
Polityczne spory blokują zakupy
Tymczasem w Warszawie proces pozyskiwania nowoczesnych zdolności uderzeniowych przebiega ze znacznym opóźnieniem. Analityk zwrócił uwagę, że decyzje o kluczowych zakupach dla armii wciąż bywają skażone bieżącą walką partyjną.
– Rząd polski moim zdaniem działa w tym kierunku, ale zbyt wolno. A niektóre firmy są wręcz dyskryminowane. O tym mówił choćby pan premier Tusk, bo jemu się nie podoba firma, w której Radzie Nadzorczej zasiada pan prezydent Duda. I to jest kryterium wyboru tych, którzy współpracują z resortem obrony – zaznaczył analityk.
Budzisz wskazał również na konieczność budowy suwerennego przemysłu zbrojeniowego w kraju. Za wzór podał Wielką Brytanię, gdzie tamtejszy resort obrony w zaledwie osiem miesięcy doprowadził do uruchomienia seryjnej produkcji silników do bezzałogowców przez lokalny startup.
– Jeżeli naszą odpowiedzią jest polityka zakupów u partnerów zewnętrznych i wyłącznie tych zakupów, no to siłą rzeczy jest to polityka obarczona całym szeregiem ryzyk – podsumował ekspert.
Autorzy:

Opracowanie:

