Urodziny, czyli mam 54 lata i nadal nie zamierzam siadać w fotelu
Kolejny rok za mną. A właściwie minął tak szybko, że zaczynam podejrzewać, iż czas również dostał jakiegoś przyspieszenia, tylko jeszcze nikt nie poinformował o tym opinii publicznej. Być może świat rzeczywiście przyspiesza, a być może to ja zwolniłem, żeby mieć więcej czasu na jego obserwację. Jedno i drugie jest zresztą całkiem możliwe.
Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż krytycznie patrzę na to, co mnie otacza. Nadal obserwuję, słucham, analizuję, wyciągam wnioski i wciąż potrafię zauważyć, kiedy ktoś robi coś źle. Zmieniły się natomiast metody. Coraz częściej zamiast tłumaczyć komuś przez pół godziny, dlaczego właśnie zrobił coś idiotycznego, mam ochotę popatrzeć, pokiwać głową, odwrócić się i odejść, bo walczyć z głupcami już mi się nie chce. To jest chyba jedna z największych zdobyczy mojego wieku.
Ostatnio pewna dwudziestoczterolatka próbowała mi bez efektów uświadomić, że jestem już osobą w podeszłym wieku. Przyjąłem tę diagnozę z właściwym sobie spokojem, choć nie wiem, czy autorce należy się za nią podziękowanie. W każdym razie przypomniał mi się wówczas pewien znakomity cytat, którym się z nią podzieliłem: „Wiele rzeczy zacząłem mieć w dupie, odkąd łupie mnie w kręgosłupie”.
I właściwie trudno byłoby lepiej opisać proces dojrzewania człowieka. Z każdym kolejnym rokiem coraz głębiej przestaję przejmować się konwenansami, zresztą opiniami innych ludzi na swój temat nie przejmuję się już od dawna. I chyba właśnie to najbardziej wkurwia moich krytyków. Widzę ich czasami, jak wiją się w poszukiwaniu kolejnych epitetów, próbując wymyślić coś, co powinno mnie zaboleć. A ja patrzę, czasem się uśmiechnę i idę dalej.
To musi być dla nich szczególnie frustrujące, bo żeby skutecznie obrazić człowieka, trzeba najpierw znaleźć w nim coś, czym można go zranić. Jeżeli natomiast człowiek przestaje się przejmować cudzą opinią, cały ten przemysł obelgi zaczyna przypominać strzelanie z procy do czołgu.
Jest w tym wszystkim jeszcze coś. Potrafię coraz częściej patrzeć, słuchać, odwrócić się, odejść i zostawić kogoś z jego własnymi myślami oraz z pytaniem: „Co się właśnie, kurwa, odjebało?”. Tak, z wiekiem zacząłem używać większej ilości tak zwanych wulgaryzmów. Nie dlatego, że zasób słownictwa mi się skurczył. Wręcz przeciwnie. Po prostu język debaty publicznej tak bardzo się zaostrzył, że czasami zdanie pozbawione odpowiedniej „kurwy” wydaje się zwyczajnie niepełne.
A dla całkowitej jasności, ponieważ od czasu do czasu ktoś zwraca mi uwagę, że lekko przesadzam: używam wyłącznie mowy słownikowej. Nie jestem więc żadnym ewenementem.
Zresztą sama „kurwa” tak bardzo spowszedniała, a właściwie można już mówić o jej umiędzynarodowieniu. Niemcy wiedzą, co oznacza, Hiszpanie wiedzą, Francuzi znają znaczenie tego słowa, a Brytyjczycy i Irlandczycy zaczynają nawet używać w mowie potocznej. I coraz częściej mam wrażenie, że inne narody przejęły ją od nas, bo przecież można tym jednym słowem wyrazić całą gamę nastrojów.
Może więc nie wszystko w polskiej kulturze jest takie złe. 😉 Być może właśnie wnieśliśmy swój skromny, aczkolwiek niezwykle donośny wkład w rozwój światowego języka.
Ale znów, bo jako narratoholik się rozpędziłem i odjechałem w zupełnie inną stronę. Miałem przecież napisać, że mam 54 lata i bardzo dobrze mi z tym.
Nie przeraża mnie ta liczba. Przeciwnie – wręcz cieszy i jest w niej coś niezwykle wygodnego. Człowiek ma już wystarczająco dużo doświadczeń, żeby nie musieć wszystkiego sprawdzać na własnej skórze, a jednocześnie wciąż jest wystarczająco młody, żeby eksplorować rzeczy, których wcześniej bał lub wstydził się zrobić, a przede wszystkim, nie trzeba już tak bardzo się spieszyć.
Można spokojnie konsumować zdobycze ludzkości, korzystając z własnego doświadczenia. Można podróżować, czytać, pisać, rozmawiać, śmiać się, obserwować ludzi, robić rzeczy nowe i równie bezczelnie jak wcześniej twierdzić, że człowiek ma jeszcze wiele przed sobą. Bo ma. I tutaj dochodzę do pewnego problemu.
Mam bowiem niestety znajomych w swoim wieku – równolatków obu płci. I słowo „niestety” jest w tym miejscu całkowicie uzasadnione. Nie chodzi o ich metrykę, a bardziej o ich sposób myślenia. Pod tym względem są ludźmi starymi. Naprawdę starymi. Takimi, którzy najwyraźniej uznali, że życie jest już za nimi i pozostaje tylko znaleźć wygodny fotel, włączyć telewizor, wziąć gazetę do ręki, a i przysypiać przy kolejnych przekłamanych wiadomościach.
To jest właśnie ta starość, której nie akceptuję.
Nie dlatego, że ktoś ma 54, 60 czy 70 lat. Wiek sam w sobie jest przecież tylko liczbą. Starość zaczyna się wtedy, kiedy człowiek zaczyna zachowywać się tak, jakby jego życie już się skończyło, chociaż biologicznie nadal trwa. Są przecież ludzie po trzydziestce, którzy mentalnie są już ruinami i są tacy po osiemdziesiątce, których trudno dogonić. Tu podam przykład mojej osiemdziesięciojednoletniej mamy, która ostatniej zimy, tak mnie przetyrała po Dublinie, że miałem wszystkiego dosyć.
Metryka nie jest więc żadnym argumentem. Problemem jest brak woli życia, brak ciekawości, chęci tworzenia czegoś nowego, zanikająca potrzeba poznawania świata i brak marszu do przodu.
Nie mam oczywiście zamiaru przepraszać za to, że nie chcę się starzeć w taki sposób. Wręcz przeciwnie, bo odnoszę wrażenie, że z każdym rokiem mam więcej energii. Szydera wchodzi na coraz wyższe poziomy, a brak hamulców językowych ujawnia się w stopniu, którego sam czasami się nie spodziewam.
Mam też przyjaciela w swoim wieku. No dobrze, złośliwie dodam, że jest ode mnie starszy o sześć miesięcy, więc właściwie powinien już powoli kompletować dokumenty do muzeum. Prowadzimy niejednokrotnie długie dysputy, a przynajmniej obgadujemy wszystko i wszystkich bez najmniejszych oporów. I wtedy na scenę wkracza nasza przyjaciółka, która zazwyczaj patrzy na nas i mówi, że właśnie zebrała się „loża szyderców”. I chyba ma rację, bo jesteśmy wręcz modelowym przykładem starczej złośliwości.
Tyle że bardzo nam z tym dobrze.🤣
Dlatego, jako człowiek w sile wieku, bo nadal właśnie tak się czuję, mam pewną radę dla wszystkich, którzy przekroczyli pięćdziesiątkę.
Olejcie swój wiek!
Naprawdę.
To nie jest czas na siedzenie i czekanie, aż świat przestanie być interesujący. To nie jest moment, żeby zamykać drzwi, zasłaniać okna i uznawać, że wszystko, co najlepsze, wydarzyło się kiedyś. To Wy macie się dobrze czuć we własnym towarzystwie. To Wy macie decydować, co jeszcze chcecie zrobić. I to Wy możecie pokazać światu, bez udowadniania czegokolwiek, że nadal jesteście na fali.
A młodzi? Oni niech się uczą. Nie mówię tego z pozycji człowieka, który uważa się za nieomylnego, bo jest wręcz przeciwnie. Młodość ma swoje przewagi i własną energię, ale doświadczenie również jest kapitałem. I jeżeli człowiek potrafi połączyć jedno z drugim, robi się naprawdę ciekawie.
Tu znowu cytat, bo przecież wiele pamiętam, i mogę powiedzieć, że nadal chcę być człowiekiem, który „Bierze życie za grzywę i wali je w mordę”. I właśnie o to chodzi.
Nie o wiek, o sposób życia.
Dlatego wszystkim tym, którzy po pięćdziesiątce uznali, że nic już im się od życia nie należy, chciałbym przypomnieć jedną rzecz. Mamy jeszcze ważną misję do spełnienia. Musimy przecież zniszczyć europejskie systemy emerytalne, a to wymaga czasu. Dlatego powinniśmy żyć długo i szczęśliwie.
Niech pieniądze z emerytalnych budżetów państw płyną do nas nieprzerwanym strumieniem, a my będziemy siedzieć na ganku, popijać ziółka i śmiać się wszystkim w twarz.
Skoro już jesteśmy przy poradach praktycznych, to dorzucę jeszcze jeden protip, bo takie rzeczy są przecież niezwykle popularne w naszych czasach. Podobno po ukończeniu setnego roku życia ZUS i Social Welfare zaczynają płacić podwójne emerytury. Nie namawiam, ja tylko informuję. Jeżeli więc odpowiednio się postaramy, możemy znacznie przyspieszyć proces niszczenia struktur finansowych Polski oraz Irlandii.
I oto właśnie jest mój plan na kolejne lata. Nie siedzieć, nie narzekać na swój starczy los, nie czekać na koniec, a żyć. Śmiać się, pisać, podróżować, obserwować, denerwować się tylko wtedy, kiedy naprawdę warto, a kiedy już człowiekowi coś lub ktoś naprawdę mocno zajdzie za skórę, zawsze można powiedzieć: „Kurwa, ale zjebał” – i iść dalej.
Mam 54 lata i bardzo mi z tym dobrze. Jeżeli ktoś uważa, że w tym wieku człowiek powinien się pakować i wsiąść do łodzi, która przewiezie go na drugą stronę Styksu – albo zamknąć się w domu i czekać aż śmierć nadejdzie, to mam dla niego złą wiadomość. Ja nie zamierzam. Dopiero się rozpędzam.
Tego wszystkim 54-latkom życzę!
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI

