Europa ślepa jest na własne błędy
Jest coś głęboko niepokojącego w obserwowaniu współczesnej polityki. Nie dlatego, że politycy się mylą, bo mylić się może każdy. Problem zaczyna się wtedy, gdy rzeczywistość staje naprzeciw politycznych deklaracji, a mimo to rządzący udają, że nic się nie dzieje. Jakby żyli w równoległym świecie, w którym wszystkie eksperymenty społeczne kończą się sukcesem, wszystkie decyzje były słuszne, a zwykli ludzie po prostu nie nadążają za ich wizjonerstwem.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że istnieje dziś przepaść pomiędzy życiem zwykłego człowieka a światem politycznych elit. Przepaść nie tylko ekonomiczna, ale przede wszystkim mentalna. Z jednej strony są mieszkańcy europejskich miast i miasteczek, którzy widzą zmiany zachodzące wokół nich każdego dnia. Z drugiej strony stoją politycy, eksperci i komentatorzy przekonujący, że problemów nie ma, a jeśli ktoś je dostrzega, to powinien natychmiast zostać wysłany do kąta, jako człowiek zacofany, nietolerancyjny albo po prostu niewystarczająco oświecony. Słyszymy nieustannie, że należy się integrować, że otwartość jest wartością, że migracja jest procesem naturalnym. Wszystko to brzmi pięknie. Problem polega na tym, że rzeczywistość nie składa się z haseł drukowanych na banerach i publikowanych w mediach społecznościowych. Rzeczywistość ma to do siebie, że prędzej czy później wystawia rachunek za błędne decyzje.
Politycy lubią przedstawiać siebie jako ludzi wykształconych. Ukończyli najlepsze uczelnie – przynajmniej niektórzy, przeczytali podobno stosy książek, wygłaszają długie przemówienia o przyszłości Europy. Tym bardziej zastanawia mnie, czy naprawdę zapomnieli o lekcjach historii. Wojny i konflikty nie wybuchały przecież znikąd, a najczęściej ich źródłem były pieniądze, terytorium oraz przekonania. Te trzy elementy od wieków pozostają niezmienne, bo jeżeli spojrzymy na współczesną Europę, trudno nie zauważyć, że przynajmniej dwa z tych czynników zaczynają odgrywać coraz większą rolę. Rosnące napięcia społeczne, rywalizacja o miejsca pracy, mieszkania, świadczenia publiczne oraz coraz wyraźniejsze zderzenie różnych systemów wartości nie są wymysłem internetowych komentatorów. To zjawiska obserwowane przez miliony ludzi każdego dnia.
Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że europejskie elity zdają się traktować te problemy jak niewygodny temat, który należy przemilczeć albo wyszydzić. Zamiast uczciwej dyskusji otrzymujemy kolejne moralizatorskie kampanie, a zamiast odpowiedzi na konkretne pytania słyszymy oskarżenia wobec tych, którzy odważyli się te pytania zadać. Nie chodzi tutaj o narodowość czy kolor skóry. Nie chodzi również o nienawiść wobec kogokolwiek. Chodzi o zwykły zdrowy rozsądek, który przez lata był fundamentem skutecznej polityki, a dziś bywa traktowany jak przejaw politycznej herezji.
Szczególnie zastanawia mnie postawa europejskiej centrolewicy, która od lat nadaje ton debacie publicznej. To właśnie z tego środowiska płyną zapewnienia, że masowa migracja z państw trzecich jest dla Europy szansą, a nie wyzwaniem. To właśnie stamtąd słyszymy, że przybysze z innych kontynentów mają stać się lekarstwem na nasze problemy gospodarcze, demograficzne i społeczne. Jednocześnie bardzo często pomija się kwestie niewygodne. Przestępczość. Problemy z integracją. Powstawanie równoległych społeczności. Narastające napięcia kulturowe. Oczywiście uczciwość wymaga przyznać, że ogromna większość migrantów nie popełnia przestępstw i próbuje żyć w Europie normalnie. Jednak równie uczciwie należy powiedzieć, że istnieje grupa, która generuje problemy wpływające na ocenę całego zjawiska.
Tymczasem politycy zachowują się tak, jakby samo zauważenie tego faktu było większym problemem niż sam problem.
Jeszcze bardziej zdumiewa mnie coś innego. Czy naprawdę wszyscy zwolennicy polityki otwartych drzwi są przekonani o jej słuszności? Czy naprawdę nie dostrzegają konsekwencji swoich decyzji? Trudno mi w to uwierzyć i podejrzewam raczej, że wielu polityków doskonale rozumie obawy zwykłych obywateli. Widzą te same statystyki, czytają te same raporty, rozmawiają z tymi samymi mieszkańcami miast. Wiedzą przecież, nawet więcej od nas, że projekt bezwarunkowej otwartości przyniósł nie tylko korzyści, ale również poważne problemy. Jednak przyznanie się do błędu wymaga odwagi, a ta nie jest dziś szczególnie popularną cechą w polityce.
Dla jasności, nie jestem przeciwnikiem emigracji zarobkowej. Nigdy nim nie byłem. Człowiek, który przyjeżdża do obcego kraju, aby pracować, rozwijać się, utrzymywać rodzinę i budować lepsze życie, może być ogromną wartością dla społeczeństwa. Wynajmuje mieszkanie. Płaci podatki. Korzysta z usług. Napędza gospodarkę. Jest częścią wspólnego wysiłku. Ale problem zaczyna się wtedy, gdy państwo wysyła sygnał, że wysiłek nie jest konieczny. To właśnie tutaj popełniono jeden z największych błędów ostatnich lat. Najpierw otwarto granice bez odpowiedniej kontroli, a następnie stworzono system, który w wielu przypadkach premiował bierność zamiast aktywności. W efekcie część osób przyjeżdżających do Europy otrzymała komunikat, że nie musisz się spieszyć z pracą, państwo zajmie się resztą.
Czy mam pretensje do tych ludzi? Niekoniecznie.
Gdyby wiele lat temu, kiedy przyjechałem do Irlandii, ktoś zaoferował mi mieszkanie, regularny zasiłek i wygodne życie bez większych obowiązków, prawdopodobnie również rozważyłbym taką możliwość. Tak działa człowiek. Korzysta z okazji, które się pojawiają. Różnica polega na tym, że większość emigrantów ekonomicznych nie miała takich przywilejów. Nikt nie rozkładał czerwonych dywanów na lotniskach. Nikt nie pytał, czy mają co jeść. Nikt nie organizował im życia od pierwszego dnia pobytu. Trzeba było znaleźć pracę. Zapłacić czynsz. Uregulować rachunki. Wziąć odpowiedzialność za własny los. To była trudna szkoła życia, ale właśnie dzięki niej wielu ludzi stało się częścią społeczeństw, do których przyjechali.
Dlatego teraz już z pewną irytacją słucham polityków próbujących wmówić mieszkańcom Europy, że każdy sprzeciw wobec obecnej polityki migracyjnej oznacza niechęć do obcokrajowców. To intelektualne oszustwo. Najłatwiej zamknąć komuś usta, przypinając mu etykietę. Najtrudniej odpowiedzieć na jego argumenty.
Zamiast prowadzić uczciwą debatę, wielu polityków próbuje wywołać w społeczeństwie poczucie winy. Jeśli masz wątpliwości – jesteś podejrzany. Jeśli pytasz o bezpieczeństwo – jesteś podejrzany. Jeśli domagasz się kontroli granic – jesteś podejrzany. A przecież nie ma niczego skrajnego w oczekiwaniu, że państwo będzie wiedziało, kto pojawia się na jego terytorium. Nie ma niczego radykalnego w oczekiwaniu, że osoby przyjeżdżające do Europy będą przestrzegały prawa, szanowały miejscową kulturę i uczestniczyły w życiu społecznym. To nie jest ekstremizm. To fundament funkcjonowania każdego państwa.
Europa potrzebuje dziś przede wszystkim szczerości. Nie kolejnych sloganów. Nie kolejnych kampanii wizerunkowych. Nie kolejnych konferencji, podczas których politycy będą opowiadać obywatelom, że nie widzą tego, co ci widzą każdego dnia. Potrzebujemy odwagi, by przyznać, że część decyzji była błędna. Potrzebujemy rozsądnej polityki migracyjnej, która odróżnia ludzi chcących pracować i budować wspólną przyszłość od tych, którzy traktują Europę wyłącznie jako źródło świadczeń socjalnych. Potrzebujemy państw, które odzyskają kontrolę nad procesami zachodzącymi na ich własnym terytorium.
Najbardziej interesuje mnie jednak jedno pytanie. Co powiedzą dzisiejsi entuzjaści masowej migracji za dziesięć czy piętnaście lat? Czy nadal będą przekonywać, że wszystko przebiegło zgodnie z planem? Czy nadal będą powtarzać te same formułki, jeśli problemy będą narastać? Historia bywa bezlitosna, również dla polityków, a zwłaszcza dla tych, którzy bardziej wierzą w ideologię niż w rzeczywistość.
A rzeczywistość, cóż, zawsze w końcu upomina się o głos.
Bogdan Feręc
Photo by Fer Troulik on Unsplash
