Tragedia z Parnell Square na sądowej sali. Życie dziewczynki zostało zniszczone
W Centralnym Sądzie Karnym w Dublinie, gdzie na wokandę trafiła sprawa brutalnego ataku z listopada dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku, powróciły wspomnienia chwil, które na zawsze zmieniły oblicze irlandzkiej stolicy. To nie jest zwykły proces karny, lecz bolesna rekonstrukcja momentu, w którym bezbronność dzieciństwa zderzyła się z niezrozumiałą, niszczycielską przemocą. Na sali rozpraw, pośród chłodnych procedur prawnych, wybrzmiał głos matki, której opowieść uświadomiła wszystkim zgromadzonym ogrom nieodwracalnej straty i cierpienia, jakie dotknęło jej córkę.
Dzień, który przyniósł tragedię, zaczął się zupełnie zwyczajnie, choć zwiastował go drobny niepokój. Matka dziewczynki pracująca na co dzień w centrum miasta zmagała się tego ranka ze złym samopoczuciem i bliska była podjęcia decyzji o pozostaniu w domu. Koszmar nadszedł wczesnym popołudniem. Krótko przed godziną czternastą ciszę przerwał telefon od właścicielki placówki, która przez łzy powtarzała słowa rozpaczy, informując o ataku nożownika. Dramatyczny bieg matki przez ulice Dublina doprowadził ją do kordonu policji i służb ratunkowych na Parnell Square.
Tam, pośród migających świateł ambulansów, ujrzała widok, który na zawsze wyrył się w jej pamięci: grupę ratowników medycznych walczących o życie jej dziecka, a obok, na zimnej ziemi, porzucony różowy plecak i małe buty do biegania.
Prokurator Karl Finnegan szczegółowo odtworzył przebieg dramatycznych wydarzeń, wskazując jako sprawcę pięćdziesięciodwuletniego Riada Bouchakera. Z ustaleń śledztwa wynika, że oskarżony podszedł do grupy dzieci prowadzonych przez pracowników świetlicy i z pełną premedytacją zaczął zadawać ciosy nożem, celując w najbardziej wrażliwe obszary ludzkiego ciała – głowę, szyję i klatkę piersiową. Tragedia mogłaby mieć jeszcze straszniejszy bilans, gdyby nie heroiczna postawa otoczenia. Opiekunka Leanne Flynn interweniowała natychmiast, chwytając napastnika od tyłu i próbując odciągnąć go od podopiecznych, za co zapłaciła głęboką raną ciętą boku. W obronie najmłodszych stanęli również przechodnie, w tym obywatele Polski i Francji, którzy wspólnymi siłami powalili agresora na ziemię, rozbroili go i przetrzymali do przyjazdu policji.
Oskarżony nie przyznaje się do zarzutów usiłowania zabójstwa trojga dzieci, napaści na personel oraz postronnych świadków. W liniach obrony i wcześniejszych zeznaniach zasłaniał się wzburzeniem wywołanym pismem z opieki społecznej, złym stanem zdrowia oraz przebytą wcześniej operacją mózgu, twierdząc, że działał w afekcie i bez intencji pozbawienia życia. Prokuratura stoi jednak na twardym stanowisku, że zamiar sprawcy definiują jego czyny, wielokrotne, precyzyjne ciosy nożem wymierzone w małe dzieci. Co więcej, analizy medyczne wykazały, że mężczyzna jest w pełni zdolny do udziału w procesie, a w momencie ataku nie stwierdzono u niego ograniczenia poczytalności.
Najbardziej poruszającym elementem rozprawy pozostaje jednak teraźniejszość poszkodowanej dziewczynki, która dziś ma już prawie osiem lat. W wyniku odniesionych ran klatki piersiowej i serca, jej organizm przez czterdzieści minut był pozbawiony tlenu. Długotrwała reanimacja uratowała jej życie na stole operacyjnym szpitala przy Temple Street, lecz cena, jaką przyszło zapłacić, jest porażająca. Dziewczynka cierpi na ciężką postać dystonii i głębokie uszkodzenie mózgu. Obecnie porusza się wyłącznie na wózku inwalidzkim, straciła zdolność mowy, a kontakt z otoczeniem ogranicza się do mrugania oczami w celu zasygnalizowania prostych odpowiedzi. Każdy ruch kosztuje jej ciało ogromny wysiłek, odbierając jej całą dziecięcą niezależność.
Trwający proces, który ma potrwać jeszcze kilka tygodni, jest nie tylko próbą wymierzenia sprawiedliwości, ale też bolesnym pomnikiem krzywdy, której skutki rodzina będzie dźwigać przez całe życie.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Dzięki uprzejmości RTE
