Jak ideologiczna krucjata Komisji Europejskiej wyprowadza Europę na manowce wojny celnej
W gabinetach brukselskich urzędników, a z dala od codziennych trosk przeciętnych mieszkańców Unii Europejskiej, zapadają decyzje, które mogą fundamentalnie zmienić krajobraz gospodarczy naszego kontynentu na całe dekady.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wraz z wąskim kręgiem swoich doradców, wyznaczyła nowy kurs w relacjach z Pekinem – kurs, który w swej istocie jest awanturniczy, krótkowzroczny i przesycony biurokratycznym dogmatyzmem. Pod płaszczykiem ochrony europejskiego przemysłu Bruksela przygotowuje się do rozpętania szeroko zakrojonej wojny handlowej z Chinami, nie biorąc pod uwagę tragicznych w skutkach konsekwencji, jakie taka eskalacja przyniesie milionom europejskich konsumentów, przedsiębiorców oraz rodzinom zmagającym się już teraz z kosztami życia.
Cały ten scenariusz, nazywany przez unijnych technokratów mianem „China Shock 2.0”, jest w istocie autorskim produktem Komisji, która z niezrozumiałą determinacją dąży do konfrontacji, ignorując ostrzeżenia płynące z największych europejskich stolic. Kiedy Ursula von der Leyen zwołuje debatę z unijnymi komisarzami, która ma pokazać opinie państw członkowskich, by omawiać nowe instrumenty polityczne i radykalne środki przeciwko chińskiemu importowi, nie czyni tego z pozycji siły, lecz z pozycji ideologicznej frustracji.
Bruksela, zamiast skupić się na poprawie konkurencyjności unijnej gospodarki poprzez innowacje, inwestycje w edukację czy deregulacje, czyli obszary, w których od lat notujemy stagnację, wybiera drogę najkrótszą i najbardziej niszczycielską, więc protekcjonizm w czystej postaci.
Wojna handlowa, której fundamenty kładzie obecnie Komisja, nie jest żadnym rozwiązaniem problemów strukturalnych Europy. To czysta iluzja polityczna, obliczona na szybki zysk wizerunkowy wewnątrz unijnych instytucji, podczas gdy realne koszty tej polityki zostaną przerzucone na barki obywateli. Warto tu także zadać pytanie, czy przewodnicząca von der Leyen i jej szef sztabu Björn Seibert naprawdę wierzą, że wznoszenie barier celnych i wprowadzanie dyskryminacyjnych ograniczeń zahamuje globalne procesy gospodarcze? Chiny, doskonale rozumiejąc charakter tych działań, już teraz ostrzegają przed zdecydowanymi krokami odwetowymi. Jeśli Bruksela będzie nalegać na jednostronną eskalację, to nie urzędnicy w eleganckich biurowcach, ale zwykli Europejczycy odczują na własnej skórze drastyczny wzrost cen towarów, zerwanie łańcuchów dostaw i nieuchronne spowolnienie gospodarcze, które w dobie inflacji może okazać się zabójcze dla dobrobytu wielu gospodarstw domowych.
Krytyka działań Komisji Europejskiej jest nie tylko uzasadniona, ale konieczna, gdyż mamy do czynienia z ignorowaniem fundamentalnych zasad wolnego handlu, które rzekomo stanowią fundament Unii Europejskiej. Komisarz Stéphane Séjourné forsujący agresywne podejście do Pekinu, używa retoryki o „drapieżnej strategii” Chin, całkowicie pomijając fakt, że europejski przemysł nie stał się ofiarą chińskiego importu w próżni. Stał się ofiarą własnej indolencji, nadmiernego opodatkowania, sztywnego gorsetu regulacji klimatycznych oraz braku determinacji w budowaniu własnej, silnej bazy technologicznej. Komisja Europejska, zamiast przyznać się do błędów w polityce wewnętrznej, postanowiła wskazać natomiast wroga z zewnętrz. To z kolei klasyczny manewr odwracania uwagi, który jednak w zderzeniu z rzeczywistością globalnego handlu może okazać się bardziej niż tragiczny w skutkach.
Patrząc na rosnący deficyt handlowy UE z Chinami, który osiągnął już 360 miliardów euro, Bruksela reaguje wręcz w sposób histeryczny, ignorując szeroką i skomplikowaną naturę współzależności ekonomicznych. Zamiast dążyć do równowagi poprzez dialog, na co wskazują chociażby ostrożniejsze głosy z Berlina czy Hiszpanii, Komisja Europejska wybrała drogę konfrontacji, która z góry skazuje europejskie firmy na straty.
Niemiecki gigant eksportowy, przez lata filar europejskiego sukcesu, długo ostrzegał przed odwetem, wiedząc doskonale, że chiński rynek nie jest tylko miejscem importu tanich produktów, ale kluczowym obszarem zbytu dla europejskich technologii. Obecny zwrot Berlina w stronę bardziej zdecydowanych działań nie jest więc wyrazem pewności, lecz desperacji w obliczu rosnącej presji ze strony brukselskich urzędników, którzy nie przyjmują do wiadomości argumentów o szkodliwości rozpoczynania wojen celnych.
Co więcej, propozycje „nowych narzędzi” i „nowych środków”, o których tak chętnie rozprawia Séjourné, w praktyce oznaczają jedynie zwiększenie kontroli urzędniczej nad każdym aspektem wymiany handlowej. Jest to prosta droga do utraty konkurencyjności europejskiej gospodarki jako całości. Jeśli UE nałoży cła, Pekin, co zapowiada, odpowie cłami na europejskie towary. Kto na tym straci najbardziej? Z pewnością europejski konsument, któremu Bruksela obiecuje ochronę, a w rzeczywistości zafunduje jeszcze większą drożyznę. Jeśli panele słoneczne, elektronika czy ubrania staną się znacznie droższe w wyniku ceł wyrównawczych, to nie chińskie firmy będą płacić rachunek, lecz europejskie rodziny. Jest to w tym przypadku polityka wysoce nieodpowiedzialna, która stawia interesy polityczne Komisji ponad dobrostanem mieszkańców upadającej i przesiąkniętej bzdurnymi regulacjami Unii Europejskiej.
Niepokojący jest również sposób, w jaki ta debata jest prowadzona. Brakuje w niej przejrzystości i szerokich konsultacji z biznesem, który najbardziej odczuje konsekwencje wojny handlowej. Urzędnicy Komisji, zamknięci w swoich sterylnych gabinetach, zdają się uważać, że poprzez dekretowanie nowych przepisów są w stanie sterować globalnym rynkiem. Nic bardziej mylnego. Przykłady z przeszłości, jak chociażby cła na chińskie pojazdy elektryczne, pokazują, że protekcjonizm jest mieczem obosiecznym.
Po nałożeniu ceł przez UE, producenci po prostu zmienili strukturę eksportu, kierując na rynek europejski hybrydy, co czyni unijne działania nie tylko nieskutecznymi, ale wręcz śmiesznymi. Komisja Europejska zamiast jednak wyciągnąć z tego wnioski, chce brnąć dalej w tę ślepą uliczkę, domagając się jeszcze szerszych uprawnień.
To, że von der Leyen chce wykorzystać szczyt G7 we Francji, by budować poparcie dla swojej skazanej na porażkę gospodarczą krucjaty, świadczy o tym, jak bardzo zdeterminowana jest, by forsować ten kurs nawet za cenę destabilizacji stosunków międzynarodowych. Ignoruje jednocześnie głosy rozsądku płynące z państw członkowskich, które widzą korzyści z otwartego handlu i inwestycji, czyli Bruksela ryzykuje powstaniem trwałych podziałów wewnątrz Unii. Hiszpania, dystansując się od wspólnej inicjatywy, słusznie zauważa, że „mobilizacja” nie oznacza wywoływania konfliktu, lecz prowadzenie aktywnego kontaktu. Niestety, w Brukseli obecnie dominuje narracja „twardogłowych”, którzy, jak komisarz Wopke Hoekstra, porównują zależność od Chin do zależności od Rosji, co jest nie tylko demagogią, ale przede wszystkim jest szkodliwe, głównie w kwestii odcinania się od jednego z największych rynków świata. Takie podejście stawia Europę w roli zakładnika własnych emocji i źle pojętego poczucia bezpieczeństwa.
Warto przy tym zauważyć, że europejskie „odstraszanie”, o którym wspomina Grzegorz Stec, w relacjach handlowych z Chinami jest konstruktem wysoce kruchym. Europa nie posiada takiej siły rażenia ekonomicznego, by dyktować warunki Pekinowi bez narażenia się na katastrofalne straty własne. Zamiast więc budować „twierdzę Europa”, która w dzisiejszym zglobalizowanym świecie jest jedynie mitem, Komisja powinna dążyć do dywersyfikacji źródeł dostaw i wzmocnienia wewnętrznych innowacji. Jednak to wymagałoby pracy organicznej, długofalowej wizji i odejścia od biurokratycznej łatwizny. Zdecydowanie łatwiej jest ogłosić wojnę celną i przedstawić się jako „obrońca” europejskiego rynku, nawet jeśli jest to obrona, która w efekcie ten rynek osłabi i ten zuboży.
Wartości, które rzekomo promuje UE, czyli tzw. otwartość, współpraca, wolny rynek, są w tym procesie sukcesywnie wygaszane na rzecz interwencjonizmu, który przypomina czasy – socjalistycznie gospodarki centralnie planowanej. Komisja Europejska, przyjmując rolę arbitra w światowym handlu, zaczyna przypominać instytucję, która w imię ochrony swojej wizji Europy jest gotowa poświęcić stabilność ekonomiczną jej mieszkańców, więc koszty, na które UE jest gotowa. To przerażająca perspektywa, zważywszy na to, że zbliżamy się do września, kiedy to w orędziu o stanie Unii możemy usłyszeć zapowiedzi o jeszcze większej ilości drastycznych kroków. Jeżeli obywatele UE nie zaczną otwarcie krytykować tej ślepej polityki, szybko obudzimy się w rzeczywistości, w której nasze portfele będą puste, a nasze przedsiębiorstwa odcięte od rynków zbytu i wszystko w imię urzędniczej ambicji.
Prawdziwym wyzwaniem dla Europy nie jest „zalew chińskich towarów”, lecz niezdolność Komisji do stworzenia warunków dla europejskich firm, by mogły one skutecznie konkurować w XXI wieku. Zamiast budować mury, powinniśmy inwestować w przewagę technologiczną. Zamiast prowadzić wojny handlowe, powinniśmy prowadzić mądrą dyplomację gospodarczą.
Niestety, aktualny kurs Brukseli prowadzi nas dokładnie w przeciwnym kierunku. Jeśli wojna celna z Pekinem stanie się faktem, to zapłacimy za nią wszyscy, a nie tylko wyższymi cenami w sklepach, ale utratą wpływów Europy na arenie międzynarodowej. Czas, aby przywódcy państw członkowskich otrzeźwieli i zatrzymali ten szkodliwy proces, zanim jeszcze będzie za późno. Jeżeli natomiast Komisja Europejska nie zmieni swojego podejścia, to zderzymy się z rzeczywistością, w której to nasze własne decyzje handlowe staną się największym zagrożeniem dla gospodarki UE.
Warto zatem zadać sobie pytanie: czy naprawdę chcemy być zakładnikami ideologicznych wizji, które nie mają pokrycia w twardych realiach gospodarczych? Czy stać nas na to, by w imię ambicji Ursuli von der Leyen i jej komisarzy, Europa stała się skansenem, który w imię „ochrony” odcina się od świata i pogrąża w stagnacji? Odpowiedź wydaje się oczywista, lecz niestety dla brukselskich decydentów, jest ona całkowicie niewygodna. Dlatego też, z pełną powagą i troską o przyszłość UE, należy postawić tamę tej awanturniczej polityce, póki jeszcze czas, by wycofać się z krawędzi, na której stawia nas Komisja Europejska.
Bogdan Feręc
Źr. Politico
