Chlup, czyli rzymskie porządki małżeńskie. Dlaczego współczesny facet tęskni za Tybrem (i rzeką w Galway)
Tak się ostatnio rozmarzyłem. Siedziałem w fotelu sącząc napój, który w starożytnym Rzymie mógłby mnie kosztować utratę połowy majątku, a moją życiową partnerkę, cóż, o tym za chwilę. Rozmarzyłem się dlatego, że przeczytałem ostatnio prawa Cesarstwa Rzymskiego. Niektóre z nich dzisiaj, w dobie wszechobecnej poprawności politycznej, parytetów i urlopów „tacierzyńskich”, mogą wydawać się lekko kontrowersyjne. Z całą pewnością byłyby one jednak do zaakceptowania przez całkiem spory odsetek męskiej populacji XXI wieku. Zwłaszcza tej części, która po ciężkim dniu w pracy wraca do domu i zamiast świętego spokoju zastaje listę pretensji oraz żądanie natychmiastowego wyniesienia śmieci.
Oczywiście, bądźmy sprawiedliwi. Podstawy naszej wspaniałej, europejskiej cywilizacji rządziły się zupełnie innymi prawami i współcześnie te dawne rzymskie normy mogą wydawać się nieodpowiednie, a dla co bardziej wrażliwych jednostek, nawet okrutne. Ale cóż, taka była dawna Europa. Prosta, pragmatyczna i przede wszystkim pozbawiona tych wszystkich wymyślnych, wielostronicowych ustaw, aneksów, unijnych dyrektyw i kruczków prawnych, które dzisiaj skutecznie utrudniają nam codzienność. Kiedyś prawo było jasne jak słońce nad Forum Romanum i zrobiłeś coś nie tak… Chlup do wody. Krótko, zwięźle i na temat, bez przewlekania spraw procesowych przez piętnaście lat.
Nie ukrywam, że jako mężczyznę szczególnie zainteresował mnie rozdział o małżeństwach. Choć, powiedzmy sobie szczerze, rzymskie związki matrymonialne nie do końca wyglądały tak, jak wygląda to aktualnie. Dzisiaj ślub to intercyzy, wesela na dwieście osób, kredyt hipoteczny na trzydzieści lat i wieczna dyskusja o tym, czyja kolej na zmywanie naczyń. Otóż w Rzymie sprawa była znacznie bardziej uporządkowana. Kiedy kobieta i mężczyzna, a właściwie, zachowując odpowiednią hierarchię ważności, powinienem powiedzieć: mężczyzna i kobieta, wchodzili w związek małżeński, radosna białogłowa dostawała się pod pełną i absolutną władzę męża.
W rzymskim kodeksie nazywało się to dumnie conventio in manum. W wolnym tłumaczeniu oznaczało to, że żona przechodziła „w ręce” męża. Stawała się w zasadzie jego prawowitą własnością. Genialne w swojej prostocie, prawda?
Żeby jednak nie było, że Rzymianie byli kompletnymi barbarzyńcami bez serca, to kobieta miała swoje obowiązki, choć miała też pewne prawa. Mogła na przykład samodzielnie dokonywać zakupów na rzecz domostwa, czyli, krótko mówiąc, miała pełną swobodę! Mogła iść na rzymski targ, kupić worek oliwek, trzy metry turyjskiej purpury i świeżą rybę, nie pytając nikogo o zgodę. Współczesne galerie handlowe to w zasadzie logiczna kontynuacja tego rzymskiego przywileju, z tą różnicą, że dzisiaj mąż po takich zakupach płacze nad stanem konta, a rzymski obywatel po prostu sprawdzał jakość oliwek.
Jednak ta rzymska swoboda miała swoje dość sztywne ramy i kobieta musiała się bardzo pilnować. Skoro mąż legalnie posiadł wybrankę i z mocy prawa sprawował nad nią opiekę, to jako głowa rodziny – słynny pater familias – mógł ją też osobiście karać za wszelkie domowe wybryki. I tutaj dochodzimy do punktu, który współczesne sądy rodzinne przyprawiłby o stan przedzawałowy. Otóż za wypicie wina bez pozwolenia, mąż miał pełne prawo swoją połowicę po prostu utopić w rzece. Bez sądu, bez adwokata, bez ławy przysięgłych.
Niestety, trzeba uczciwie przyznać, że kary we wczesnym prawodawstwie rzymskim były słabo skorelowane z czynem zabronionym. Brakowało tam tej naszej współczesnej, aptekarskiej proporcjonalności. Pomyślmy więc logicznie, że skoro mąż mógł legalnie utopić żonę za łyk Merlota z domowej piwniczki, to dokładnie taka sama kara, czyli ten sam nieszczęsny Tyber, groziła jej za cudzołożenie. Gdzie tu proporcja? Nawet zrozumiałbym, jako facet o elastycznym podejściu do życia, że za uchlanie się przez żonę na imprezie rzymski kodeks przewidywałby karę chłosty (no, ewentualnie szlaban na zakupy przez miesiąc), a dopiero za bezczelne puszczalstwo karano by rzeką. To jednak kultura kar wczesnych, a tam panowała zasada – po co utrudniać? Po co wymyślać stopnie szkodliwości społecznej czynu, skoro woda w rzece jest darmowa i zawsze pod ręką?
Co ciekawe, picie wina przez żonę, ale właśnie bez mężowskiego zezwolenia, uznawane było za występek zaliczany do przewinień najcięższych. Dlaczego? Rzymianie uważali, że alkohol osłabia kobiecy umysł i prowadzi prosto do zdrady, a poza tym, co gorsza, niszczy domowy budżet, a mąż miał pełną kontrolę nad zapasami. Wyobraźcie sobie to dzisiaj, że żona wraca po ciężkim dniu, chce otworzyć butelkę Prosecco z koleżankami, ale najpierw musi złożyć pisemny wniosek do męża o udzielenie dyspensy alkoholowej pod rygorem natychmiastowej egzekucji wodnej. Wizjonerskie.
Do głębokiej i wręcz rewolucyjnej zmiany w rzymskim prawie doszło natomiast w 18 roku p.n.e. za panowania cesarza Augusta. Wprowadzono wtedy słynne ustawy o moralności. Cesarz uznał, że dotychczasowe procedury były zbyt chaotyczne. Od tego momentu prawo dawało mężowi przywilej bezkarnego zgładzenia kochanka złapanego na gorącym uczynku w łóżku żony. Co ciekawe, egzekucja samej żony przez męża na miejscu stała się już wtedy niezgodna z prawem, bo od tego był osąd publiczny. No, ale jak to w historii bywa, zanim nowe prawo w pełni się przyjęło, istniał też ciekawy okres przejściowy. W niektórych prowincjach i częściach Cesarstwa Rzymskiego stosowano bardzo kreatywną karę łączoną. Co to oznaczało w praktyce? Otóż niewiernych kochanków po prostu związywano razem sznurem. Po co? Ano po to, żeby następnie, w tym miłosnym uścisku, rzucić ich wspólnie do rzeki. Taki starożytny, rzymski romantyzm, razem na zawsze, aż do dna.
Rzymianie mieli też inne, niezwykle praktyczne prawo, które stosowano chętnie i z dużym zaangażowaniem, a które było niczym innym jak starożytnym odpowiednikiem naszej teraźniejszej upadłości konsumenckiej. Dzisiaj, gdy człowiek wpadnie w spiralę zadłużenia, banki zabierają mu mieszkanie, samochód, a komornik licytuje telewizor. W Rzymie natomiast procedura oddłużeniowa była znacznie bardziej ekscytująca i humanitarna dla majątku trwałego. Kiedy więc mąż wpadł w tarapaty finansowe i spiralę zadłużenia u lokalnych lichwiarzy, miał pełne prawo oddać własną żonę w zastaw wierzycielowi! Otrzymywał tę żonę z powrotem dopiero wtedy, kiedy uczciwie oddał całą kwotę należności lub niestety najdalej po trzech latach.
Tu jednak w mojej głowie rodzi się fundamentalne, czysto ludzkie pytanie: ilu rzymskich mężów tak naprawdę chciało z tych długów wyjść? Wyobraźcie sobie tę sytuację. Masz długi, oddajesz małżonkę wierzycielowi i w zasadzie zaczynasz nowe życie.
Na koniec zostawiłem sobie pewne ostrzeżenie dla współczesnych dam. Drogie panie, gdybyście żyły w czasach świetności Cesarstwa Rzymskiego, wasz los byłby mocno uzależniony od waszego temperamentu. Żonę, która bez przerwy ciosała mężowi kołki na głowie, wiecznie marudziła, narzekała na pogodę i jakość przyniesionego z targu mięsa, mąż również mógł bez większych formalności utopić w rzece. Inność i swoisty „humanitaryzm” tej konkretnej metody polegał na tym, że w tym przypadku kobieta wcale nie musiała mieć związanych rąk i nóg. Dawano jej szansę. Jeśli potrafiła pływać, mogła dopłynąć do drugiego brzegu Tybru i zacząć nowe życie, prawdopodobnie z mniejszą ochotą do marudzenia.
Kiedy natomiast kobieta zamężna spodobała się innemu, wpływowemu mężczyźnie, a sama nie grzeszyła wiernością, rzymskie obyczaje bywały bezwzględne w swojej prostocie. Taka pani sama musiała pójść nad rzekę, spojrzeć w nurt i…
Chlup.
Problem poniekąd rozwiązywał się sam, bez angażowania sędziów i pozwów rozwodowych.
Siedzę tak teraz, patrzę przez okno na irlandzką pogodę i tak się głęboko zastanawiam. Które prawodawstwo jest mi bliższe? To dzisiejsze, z tymi wszystkimi skomplikowanymi rozprawami, alimentami, podziałami majątku i prawnikami kosztującymi majątek? Czy może jednak to starożytne, rzymskie, gdzie rzeka załatwiała większość problemów małżeńskich i finansowych?
Muszę się nad tym jeszcze bardzo poważnie zastanowić. Koszty życia rosną, podatki też, a przecież tutaj, na miejscu, w Galway, mamy całkiem przyjemną i wartką rzekę…
Bogdan Feręc
Photo by Chandan Shastri on Unsplash
