Człowiek niewinny nie kupuje biletu w jedną stronę
Warszawa, godzina bliżej nieokreślona, bo w polskiej polityce zegarki od dawna chodzą według własnej strefy czasowej. W aktach sprawy przewija się nazwisko Zbigniew Ziobro, więc człowieka, który przez lata z powagą grabarza demokracji i zacięciem szeryfa Dzikiego Zachodu przekonywał obywateli, że państwo musi być twarde, bezwzględne i skuteczne. Szczególnie wobec innych.
Dziś jednak role trochę się odwróciły i łowca stał się zwierzyną, bo właśnie teraz zaczyna się najciekawsza część całej sprawy. Mam problem z Panem Ziobro, a tylko dlatego, że człowiek niewinny, nie ucieka, nie chowa się w kolejnych krajach, a i nie ukrywa przed wymiarem sprawiedliwości, gdzie może udowodnić swoją niewinność. To przecież elementarz, stara szkoła. Pamiętam tzw. dawne czasy, gdy polityk, nawet jeśli był cynikiem do szpiku kości, miał jeszcze odwagę pojawienia się przed sądem i podjęcia się swojej obrony, a nawet udowodnienia niewinności.
Dziś modne stało się natomiast stwierdzenie i działanie wg zasady, że „nie ma mnie dla nikogo”.
Owszem, co też muszę przyznać, aby pozostać w zgodzie ze swoim sumieniem, że prokuratura i sądy pod zarządem wcześniej Adama Bodnara, a obecnie Waldemara Żurka, mają problem z zachowaniem zasad nieskażonej podejrzeniem uczciwości i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. W Polsce wymiar sprawiedliwości od dawna przypomina karczmę przy wojennym trakcie, a w tej każdy twierdzi, że walczy o honor, uczciwość i przejrzystość funkcjonowania władzy. Właśnie obaj panowie przedstawiani są jako działający na polityczne zlecenie, co wcale nie jest dalekie od prawdy, i to niezależnie od tego, co sami mówią. Nie o nich jednak mowa, bo raport dotyczy byłego ministra od tzw. sprawiedliwości, a i on ma wiele za uszami, czyli polowanie na czarownice trwa w najlepsze.
Tu ironia historii zaczyna tańczyć oberka, bo przecież nie zaczęło się to po przejęciu władzy przez Koalicję Obywatelską. Nie, tak nie było. Za czasów, kiedy ster państwa dzierżyło Prawo i Sprawiedliwość, to sam minister i prokurator generalny w jednej osobie Zbigniew Ziobro z zapałem przecierał szlaki. Dziś Bodnar i Żurek są jedynie kontynuatorami tej niechlubnej tradycji, którą dawniej obóz „dobrej zmiany” ochoczo cementował. Polska polityka przypomina tu zwykłą sztafetę, w której pałeczka zemsty przechodzi z rąk do rąk, a każdy kolejny zawodnik krzyczy, że tym razem robi to w imię demokracji.
Oczywiście ścierać się tu będą dwa poglądy, więc zwolennicy każdej ze stron znajdą argumenty, by bronić swoich ulubieńców z gorliwością średniowiecznych kronikarzy opisujących świętych patronów. Jedni widzą w Ziobrze ostatniego sprawiedliwego, drudzy politycznego terminatora z obsesją kontroli, ale spójrzmy na to realnie: czy minister Ziobro jest na wskroś uczciwy?
Z mojej perspektywy, a oskarżanego już przez wszystkich o poglądy prawicowe, lewicowe i centrowe jednocześnie, co w Polsce oznacza chyba pełne obywatelstwo, nie ma podstaw, żeby były minister sprawiedliwości mógł tak o sobie mówić. Pozostanę więc przy tezie, że jednak nawywijał, a następnie uciekł.
Co istotne, nie, nie podoba mi się ta cała nagonka, bo w takim przypadku polska polityka coraz bardziej przypomina publiczną egzekucję transmitowaną w jakości HD. Honorowi państwa to nie służy, tylko że uczciwość wymaga również pamięci, a pamięć jest okrutna. Za poprzedniej ekipy działo się podobnie. Wtedy też byli ścigani, wtedy też kamery ustawiano pod odpowiednim kątem, wtedy też jedni politycy wycierali sobie usta praworządnością, gdy inni chowali dokumenty do najgłębszych szuflad.
Podsumowując tę część, system nie został naprawiony, bo zmieniły się jedynie tabliczki na drzwiach.
Tymczasem Pan Ziobro – niczym bohater serialu polityczno-szpiegowskiego klasy premium, konsekwentnie buduje narrację człowieka niewinnego. I owszem, każdy ma prawo do obrony, każdy ma prawo twierdzić, że jest ofiarą politycznej wendetty. Problem polega na tym, że słowa byłego ministra, skoro zwyczajowo podkreśla, iż jest niewinny jak dziewica przed ślubem, nie mają zbyt wiele wspólnego z prawdą. Przynajmniej nie w oczach tych, którzy patrzą nie na konferencje prasowe, ale na zachowania.
A zachowania bywają brutalnie szczere, ponieważ człowiek do szpiku kości uczciwy, któremu stawia się zarzuty, staje z podniesioną przyłbicą. Wynajmuje armię obrońców, organizuje konferencje, rozkłada dokumenty na stole i próbuje wykazać przed sądem, że oskarżenia wyssane są z brudnego palca prokuratora. Czy były minister to robi?
Zbigniew Ziobro najpierw zasłaniał się chorobą i akurat tego, w przeciwieństwie do jego politycznych przeciwników, nie zamierzam negować. Choroba jest rzeczą poważną, a polska polityka ma ohydny zwyczaj traktowania cudzych problemów zdrowotnych jak elementu kampanii wyborczej. Jednak potem scenariusz zaczął przypominać kino sensacyjne klasy B, czyli ucieczka na Węgry. Tak, właśnie tam udał się człowiek, który jeszcze niedawno opowiadał obywatelom o sile państwa i konieczności rozliczeń. Węgry to kraj, który dla części polskiej prawicy stał się czymś między politycznym Disneylandem a azylem dla ideologicznych emigrantów. Według pojawiających się relacji miał tam szukać politycznego schronienia. I tu pojawia się pytanie tak stare jak kryminały noir: czy tak postępuje człowiek uczciwy?
Następnie, gdy grunt zaczął palić mu się pod nogami, więc na Węgrzech zmieniła się władza, pojawia się kolejny rozdział, czyli Stany Zjednoczone, choć jakoby te już opuścił. Piękna klasyka gatunku, bo to człowiek ścigany politycznie zawsze najlepiej wygląda na tle amerykańskiej flagi. Tam zza oceanu łatwiej mówić o prześladowaniu, trudniej zaś usłyszeć stukot prokuratury do drzwi.
I oto były minister śmieje się przed kamerami w nos polskiej prokuraturze, a to gest dobrze znany. Władza bardzo długo uczy polityków poczucia bezkarności tak długo, aż zaczynają wierzyć, że immunitet jest stanem ducha, a nie przepisem prawa.
Tymczasem prokuratura przygotowuje wniosek o ekstradycję. Jeśli dokumenty okażą się wystarczające, nie można wykluczyć, że administracja USA, a może inna, przychyli się do oddania Polsce jej obywatela. Wtedy cała ta opowieść o niezłomności może nagle zderzyć się z bardzo prozaicznym dźwiękiem policyjnych kajdanek, ale ważne jest jednak coś innego.
W moim przekonaniu Pan Ziobro zbiegł do Stanów i ponownie zadam pytanie: czy tak postępuje człowiek uczciwy? Niestety uczciwość nie polega na wygłaszaniu patriotycznych przemówień z odpowiednim oświetleniem i muzyką w tle. Uczciwość zaczyna się wtedy, gdy gasną reflektory, a człowiek zostaje sam z własnym nazwiskiem i własnymi decyzjami. Właśnie dlatego ten tekst może być dla byłego ministra tak niewygodny. Właściwie nawet nie dlatego, że dotyczy jednego polityka, gdyż Polska widziała już dziesiątki podobnych historii. Problem polega na tym, że minister Ziobro przez lata budował system oparty na bezlitosnym rozliczaniu innych. Tworzył atmosferę, w której oskarżony niemal automatycznie stawał się winny. Polityczne widowisko miało zastępować prawomocny wyrok, a dziś ten mechanizm wraca do niego niczym źle rzucony bumerang.
Trudno więc oczekiwać współczucia od ludzi, którzy pamiętają tamte czasy. Polityka bywa okrutna, ale ma jedną fascynującą cechę, bardzo rzadko zapomina własne metody.
A Stany Zjednoczone, o ile w tych Ziobro jeszcze przebywa, ważne są jeszcze z jednego powodu. Jeśli zgodzą się na ekstradycję byłego ministra, a on nadal będzie krył się przed możliwością udowodnienia swojej niewinności, to chyba zostanie mu tylko egzotyczna geografia politycznego przetrwania, czyli Paragwaj, Peru, Dominikana, Kolumbia, Boliwia, Kuba, Wenezuela, Nikaragua, Turkmenistan, Tadżykistan, Mauretania, Somalia lub Zimbabwe. Brzmi to trochę jak katalog biura podróży dla polityków z problemami, ale z tymi państwami Polska nie ma podpisanych umów o ekstradycję, więc może właśnie tam uda lub udał się nasz niezłomny, choć były prokurator generalny.
Ze smutkiem powiem jednak, że w tym wszystkim jest coś przygnębiającego, bo Polska znów wygląda jak państwo prowadzące nieustanny wewnętrzny proces o własną duszę. Każda nowa ekipa obiecuje sprawiedliwość, po czym natychmiast zaczyna używać jej jak pałki. Każdy kolejny minister mówi o standardach, a kończy na politycznym widowisku transmitowanym ku uciesze własnego elektoratu. Może właśnie dlatego historia Ziobry nie jest wyłącznie historią Ziobry. To historia państwa, które od dawna bardziej kocha spektakl niż prawdę. Państwa, w którym politycy opowiadają o honorze, a później szukają najbliższego lotniska. Państwa, gdzie konferencje prasowe zastępują procesy, a moralność zmienia się szybciej niż paski w telewizjach informacyjnych.
Na sam koniec ciśnie mi się na usta, że osoba publiczna przez lata budująca narrację bezkompromisowej walki z przestępczością sama unika bezpośredniej konfrontacji z wymiarem sprawiedliwości. Podejrzany deklaruje niewinność, lecz jednocześnie wybiera strategię geograficznego oddalenia od organów ścigania. Takie zachowanie budzi więc poważne wątpliwości natury logicznej, moralnej i politycznej. Krótko mówiąc, człowiek naprawdę pewny swojej niewinności zazwyczaj idzie do sądu, a nie za ocean.
Bogdan Feręc
Fot. Adam Guz/ KPRM – Kancelaria Premiera from Poland
