Między Moskwą a Waszyngtonem – Europa w politycznej poczekalni – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Między Moskwą a Waszyngtonem – Europa w politycznej poczekalni

Od lat europejską politykę zagraniczną sprzedaje się obywatelom niczym tani moralitet i po jednej stronie mamy dobro, po drugiej zło, po jednej demokracja, po drugiej autorytaryzm, po jednej nasi, po drugiej obcy. Narracja prosta, wygodna i medialnie nośna, ale problem w tym, że świat nie działa jak bajka dla grzecznych dzieci, a geopolityka nie zna sentymentów. Zna za to interesy, surowce, wpływy i bezwzględny rachunek strat.

W Polsce jednak wciąż próbuje się prowadzić debatę o świecie w kategoriach moralnego uniesienia. Rosja jest złem absolutnym, Ameryka dobrem koniecznym, Europa zaś naiwnym obserwatorem, który ma słuchać silniejszych i wierzyć, że ktoś zadba o jego bezpieczeństwo. Ten model myślenia jest nie tylko infantylny, ale zwyczajnie groźny. Prawda jest dużo bardziej bezduszna, bo Europa nie prowadzi dziś własnej polityki. Europa reaguje, ona próbuje się dostosować i czeka, aż inni zdecydują za nią. I właśnie dlatego każde stwierdzenie, że należy przemyśleć relacje z Rosją, budzi natychmiastową histerię. Wystarczy zasugerować, że przyszłość kontynentu będzie wymagała nowego ułożenia stosunków ze Wschodem, by zostać okrzykniętym „agentem Kremla”, „onucą”, sterowanym z Łubianki „symetrystą” albo „pożytecznym idiotą Moskwy”. To z kolei pokazuje, że nie mamy dziś przestrzeni do realnej debaty geopolitycznej, a mamy przestrzeń do rytualnego potwierdzania obowiązującej linii.

Jednak w tym wszystkim nawet najbardziej ideologicznie zaślepieni politycy wiedzą jedno, że nie da się na trwałe budować europejskiego ładu bez uwzględnienia Rosji, tak samo jak nie da się budować bezpieczeństwa przeciwko geografii i nie jest to kwestia sympatii, a realiów. Rosja nie przestanie istnieć tylko dlatego, że europejskie elity ogłoszą ją cywilizacyjnie wyklętą. Nie zniknie z mapy dlatego, że politycy w Brukseli uchwalą kolejne pakiety sankcji. Nie przestanie być wielkim graczem dlatego, że publicyści nazwą ją „państwem bandyckim”. Oczywiście można Rosję potępiać, można ją izolować, można ją karać, ale nie można udawać, że jej nie ma.

A Europa właśnie to robi, więc udaje, że jest inaczej, niż jest w rzeczywistości.

Od początku wojny na Ukrainie europejskie stolice przyjęły strategię moralnego wzmożenia, w której symboliczne gesty stały się ważniejsze niż strategiczne kalkulacje. Nakładano sankcje, ogłaszano kolejne pakiety restrykcji, wygłaszano podniosłe deklaracje o obronie wartości i wgniataniu w ziemię. Wszystko to dobrze wyglądało na konferencjach prasowych, gorzej w rachunkach ekonomicznych.

Zastanówmy się, kto realnie zapłacił za geopolityczne gesty? Nie Kreml, nie rosyjscy oligarchowie, nie architekci wojny, a zapłacił za nie europejski przemysł, europejski konsument i europejski podatnik.

Europa odcięła się od tanich surowców, po czym zaczęła kupować droższe. Zamknęła sobie część rynków, po czym zaczęła dopłacać do własnych strat. Ogłosiła energetyczną niezależność, a następnie zwiększyła koszty funkcjonowania gospodarki. W teorii miało to osłabić Rosję, a w praktyce osłabiło hamującą ekonomicznie Europę. I tu dochodzimy do sedna największego europejskiego zakłamania, bo politycy przedstawiają społeczeństwom sankcje jako moralne zwycięstwo, nawet jeśli gospodarczo są one kosztowną demonstracją bezradności.

Nie znaczy to, że Rosja nie ponosi strat. Ponosi, ale ponosi je również Europa, i to często w sposób, którego europejskie społeczeństwa nie chcą widzieć. Kiedy ceny energii rosną, kiedy przemysł traci konkurencyjność, kiedy gospodarstwa domowe płacą więcej, koszty tej „moralnej polityki” przestają być abstrakcją. Tymczasem nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden mit, czyli bezinteresownego sojusznika zza oceanu.

Polska polityka od dekad traktuje Stany Zjednoczone jak gwaranta bezpieczeństwa, niemal strategicznego opiekuna i każda amerykańska decyzja jest tu odbierana jak akt łaski, każda deklaracja jak obietnica bezwarunkowego wsparcia. Problem w tym, że Waszyngton nie kieruje się sentymentem. Kieruje się interesem, a tak było zawsze. Wiele osób powie, że Ameryka wspiera Europę, czy nawet jakiś kraj ze Starego Kontynentu, ale wtedy, gdy się to opłaca Ameryce. Rozszerza obecność wojskową wtedy, gdy wzmacnia to amerykańskie wpływy i sprzedaje uzbrojenie wtedy, gdy wzmacnia to amerykański przemysł. Narzuca warunki handlowe wtedy, gdy służy to amerykańskiej gospodarce.

To jednak nie zarzut z mojej strony, bo to czysta polityka. Zarzut można mieć do europejskich elit, które od lat zachowują się tak, jakby partnerstwo transatlantyckie było wspólnotą romantycznych ideałów, a nie układem interesów. Tym samym Europa uzależniła swoje bezpieczeństwo od USA, a potem zaczęła udawać, że to przejaw siły o znaczeniu strategicznym. W rzeczywistości jest to dowód strategicznej słabości kontynentu, który nie potrafi sam zadbać o własne bezpieczeństwo, więc nie jest podmiotem, a stała się klientem. Właśnie w tej roli Europa tkwi od lat, między rosyjskim zagrożeniem a amerykańską kuratelą, a najbardziej uderzające jest to, że europejscy politycy próbują przedstawiać ten stan jako triumf rozsądku. Tymczasem jest to raczej dowód politycznej niedojrzałości. Zamiast budować własną autonomię ekonomiczną, wojskową i strategiczną, Europa przeskakuje od zależności energetycznej wobec Rosji do zależności militarno-energetycznej wobec Stanów Zjednoczonych. Zamiast samodzielności, zmienia się patron.

Czy to znaczy, że należy „dogadywać się z Rosją”? Samo to pytanie jest źle postawione. Nie chodzi o sentymentalne „dogadywanie się”, lecz o zrozumienie, że polityka międzynarodowa nie jest konkursem moralnej czystości, tylko zarządzaniem konfliktami interesów. Rosja prowadzi politykę brutalną, imperialną i cyniczną, ale Stany Zjednoczone prowadzą politykę pragmatyczną, twardą i podporządkowaną własnej racji stanu. Europa natomiast usiłuje prowadzić politykę deklaracji, jakby same słowa miały moc geopolityczną. Nie mają.

Państwa nie przestają rywalizować dlatego, że przywódcy wygłoszą jakiś apel. Nie przestają walczyć o strefy wpływów dlatego, że opinia publiczna uzna coś za „niedopuszczalne”. Świat nie działa według kodeksu dobrych intencji. Właśnie dlatego Europa musi w końcu przestać zachowywać się jak polityczny junior, co nie oznacza ani kapitulacji wobec Rosji, ani nie oznacza też zerwania z Ameryką. Oznacza tylko tyle, że Europa powinna zacząć myśleć kategoriami własnego interesu, a nie cudzych emocji.

Dziś Europa jest w sytuacji wręcz groteskowej, ponieważ gospodarczo płaci za konflikt, politycznie nie kontroluje jego przebiegu, militarnie zależy od USA, a strategicznie nie ma planu na przyszłość. To nie jest polityka siły, a bardziej polityka żeglarstwa, o ile nie dryfu.

Polska zaś, zamiast chłodno analizować sytuację, woli odgrywać rolę najgorliwszego ucznia geopolitycznej ortodoksji. U nas nie dyskutuje się o interesach, tylko recytuje dogmaty. Każdy, kto mówi o realizmie, jest podejrzany. Każdy, kto przypomina, że polityka wymaga kalkulacji, jest oskarżany o zdradę. To zaś absurd w czystej postaci, bo państwo, które nie myśli realnie, prędzej czy później staje się narzędziem cudzych strategii.

Polski i europejski realizm mógłby zacząć się od prostego uznania faktów, że Rosja pozostanie sąsiadem Europy, a konkretnie Unii Europejskiej. Ameryka pozostanie mocarstwem kierującym się własnym interesem. Ukraina nie będzie wiecznie centrum światowej uwagi. Sankcje nie zastąpią strategii, a polityczne deklaracje nie zastąpią samej polityki. Im szybciej Europa to zrozumie, tym dla nie będzie lepiej.

W mojej opinii największym zagrożeniem nie jest dziś ani rosyjski imperializm, ani amerykański egoizm. Największym zagrożeniem jest europejska iluzja, że można funkcjonować bez własnej podmiotowości, bo świat nie nagradza naiwnych, on ich wykorzystuje. Jeżeli więc Europa chce przetrwać jako gracz realny, musi odzyskać zdolność do samodzielnego definiowania swoich interesów. Musi umieć rozmawiać z silniejszymi, nie będąc od nich zależna i musi odbudować sprawczość, a nie moralną retorykę, gdyż inaczej pozostanie tym, czym jest dziś, czyli całkiem jeszcze bogatym kontynentem, ale o biednej polityce.

Wtedy naprawdę nie będzie miało znaczenia, czy decyzje zapadną w Moskwie, w Waszyngtonie czy w Pekinie, bo one wszystkie nie będą zapadać w Europie. A kontynent, który oddaje innym prawo do decydowania o własnym losie, wcześniej czy później budzi się jako przedmiot cudzej gry. W polityce międzynarodowej nie ma czegoś takiego, jak pojęcie pustki. Jeśli nie prowadzisz własnej strategii, realizujesz strategię kogoś innego, a Europa właśnie tego doświadcza i to jest prawdziwy dramat naszego czasu.

Bogdan Feręc

Photo by Jørgen Håland on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE – chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Koniec ery technolog
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.