Czy Kijów i Berlin grzebią powagę struktur europejskich? Dyplomacja ukraińskiego szantażu i niemiecki sufler
Wiosna 2026 roku przynosi na europejskie salony dyplomatyczne atmosferę nie tyle odwilży, co gęstniejącej irytacji, która powoli zastępuje dawny i bezkrytyczny entuzjazm. Wołodymyr Zełenski od lat brawurowo balansujący między rolą tragicznego herosa a nieustępliwego petenta, zdaje się coraz wyraźniej przekraczać granice dyplomatycznego decorum.
Jego najnowsza retoryka wybrzmiewająca z całą mocą po odblokowaniu rekordowej darowizny w wysokości 90 miliardów euro, uderza w tony skrajnie roszczeniowe. Postawa prezydenta Ukrainy, który stawia wspólnocie ultimatum „pełne członkostwo albo nic”, przestaje być traktowana jako wyraz wojennej determinacji, a zaczyna być postrzegana jako przejaw politycznego narcyzmu, który ignoruje skomplikowaną architekturę bezpieczeństwa i stabilności gospodarczej kontynentu.
Prezydent Ukrainy, operując w logice „wszystko albo nic”, zdaje się celowo pomijać fakt, że Unia Europejska to nie tylko wspólnota idei i solidarności, ale przede wszystkim precyzyjny mechanizm prawny i gospodarczy. Forsowanie akcesji na skróty, przy jednoczesnym ignorowaniu standardów, które inne kraje kandydujące spełniały przez dekady, zakrawa na próbę moralnego wymuszenia. Zełenski zdaje się wierzyć, że krew przelewana na froncie daje mu mandat do dyktowania warunków państwom, które od lat budują stabilność regionu. Takie podejście nie tylko uderza w fundamenty traktatowe, ale też buduje niebezpieczny precedens, w którym zasady są zawieszane pod presją retorycznej agresji. Kijów, wymagając specjalnego traktowania, ryzykuje rozbicie unijnej spójności, zamieniając proces integracji w licytację na emocje zamiast merytorycznej debaty o reformach.
Nie mniej kontrowersyjna jest postawa Berlina, gdzie kanclerz Friedrich Merz, a wbrew wcześniejszym sygnałom o konieczności zachowania procedur, stał się głównym adwokatem ukraińskiego pośpiechu. Propozycje płynące z Urzędu Kanclerskiego, sugerujące włączenie Ukrainy do prac Rady Europejskiej, Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego jeszcze przed formalnym członkostwem, budzą uzasadniony opór.
Choć Merz mówi o udziale bez prawa głosu, to w realiach unijnych, zdominowanych przez niemieckie lobby, jest to prosta droga do faktycznego współdecydowania Kijowa o sprawach, które go bezpośrednio nie dotyczą lub, w których jego interesy są sprzeczne z interesami obecnych członków. Działania Berlina sprawiają wrażenie prób budowania nowej strefy wpływów pod płaszczykiem europejskiej integracji, co stawia Niemcy w roli protektora, który dla własnych geopolitycznych korzyści gotów jest poświęcić spójność rynku wewnętrznego.
Współpraca na linii Berlin–Bruksela w tej materii stała się aż nadto widoczna, zwłaszcza gdy spojrzymy na działania Ursuli von der Leyen. Komisja Europejska, zamiast pełnić rolę bezstronnego strażnika traktatów, coraz częściej zachowuje się jak biuro lobbingowe Kijowa. Jaskrawym tego dowodem były naciski na kraje sąsiednie, w tym Polskę, w kwestii embarga na ukraińskie produkty rolne. Sytuacja, w której Bruksela grozi karami państwu członkowskiemu za ochronę własnego rynku przed zalewem towarów niespełniających unijnych norm, jest więc kuriozalna. Preferencyjne umowy handlowe, na które bezkrytycznie zgadzają się niektóre stolice, pozwalają na import produktów obciążonych pestycydami i substancjami zakazanymi wewnątrz Unii, co nie tylko niszczy lokalne rolnictwo, ale podważa sens istnienia wspólnych standardów jakości.
Nie można przy tym zapominać o wewnętrznej kondycji samej Ukrainy. Choć wojenna propaganda stara się ten obraz wybielać, państwo to pozostaje strukturą oligarchiczną, w której korupcja dotyka najwyższych szczebli władzy. Ignorowanie tego faktu przez kanclerza Merza i unijnych urzędników jest natomiast przejawem skrajnej nieodpowiedzialności. Wprowadzenie do unijnego organizmu państwa o tak niestabilnej strukturze, bez rygorystycznego przejścia przez wszystkie etapy negocjacyjne, doprowadzić może do infekcji korupcyjnej całego systemu i destabilizacji unijnego budżetu, który już teraz jest napięty do granic możliwości.
Pomysł tzw. odwróconego członkostwa, który niedawno został odrzucony przez ambasadorów państw członkowskich, był wyraźnym sygnałem ostrzegawczym. Fakt, że temat ten powraca teraz z nową siłą i to dzięki wsparciu Niemiec, świadczy o głębokim pęknięciu wewnątrz wspólnoty. Kijów i Berlin zdają się grać w niebezpieczną grę, w której stawką jest przetrwanie Unii Europejskiej jako projektu opartego na prawie i przewidywalności.
Na szczęście w Europie wciąż słychać głosy rozsądku, które nie ulegają tej dyplomatycznej gorączce. Część państw unijnych, świadoma zagrożeń płynących z pośpiechu i omijania reguł, zajmuje stanowisko zdecydowanie przeciwne. Stolice te, reprezentujące interesy narodowe swoich obywateli, twardo stoją na stanowisku, że proces akcesji Ukrainy musi odbywać się w normalnym, przewidzianym traktatami trybie. Argumentują one, że droga na skróty, jakkolwiek uzasadniana doraźną polityką, w dłuższej perspektywie okaże się katastrofalna zarówno dla Ukrainy, jak i dla samej Unii Europejskiej, która straci swój charakter wspólnoty opartej na równych i przejrzystych zasadach dla wszystkich.
Bogdan Feręc
Źr. MEP Ewa Zajączkowska-Hernik
Fot. CC President Of Ukraine
