Dramat w krainie filtrów. Czy TikTok zapomniał o „mental health” w Dublinie?
Od niedawna stolica Irlandii zyskała nową, mroczną atrakcję turystyczną, czyli centralę TikToka, gdzie, jak donoszą związki zawodowe, pracownicy przechodzą zbiorowe załamania nerwowe. Podczas gdy my przewijamy filmy o tańczących babciach i kotach jedzących ogórki, armia moderatorów i specjalistów w Dublinie najwyraźniej walczy o przetrwanie w realiach, które przypominają odcinek „Black Mirror”, ale z gorszym cateringiem.
Związek zawodowy branży technologicznej Financial Services Union (FSU) uderzył w dzwon alarmu, a dźwięk ten rozniósł się po Liffey niczym krzyk kogoś, kto właśnie zobaczył swój stan konta po opłaceniu czynszu w Dublinie. Według ich raportu, ponad 80% pracowników TikToka deklaruje „bardzo lub dość duży stres i niepokój”. To doprawdy imponujący wynik, bo w świecie, gdzie optymalizacja jest wszystkim, TikTokowi udało się zoptymalizować poziom kortyzolu u swoich podwładnych do poziomów dotąd zarezerwowanych dla saperów i kontrolerów lotów w godzinach szczytu.
Oczywiście, gigant technologiczny z gracją godną baletnicy na lodzie, odrzucił te wyniki, gdyż stres to przecież pojęcie subiektywne. Może ci ludzie po prostu nie umieją się relaksować? Może zamiast narzekać na wypalenie zawodowe, powinni poćwiczyć jogę twarzy przed monitorem, filtrując kolejne dziesięć tysięcy godzin szkodliwych treści?
Trzeba przyznać – z większą powagą, że pracownicy TikToka wybrali sobie idealne miejsce na kryzys zdrowia psychicznego. Irlandia ma bowiem wieloletnią tradycję w podchodzeniu do tegoż właśnie elementu zdrowia na zasadzie: „Będzie dobrze, wypij herbatę”. Choć kraj ten stał się europejską piaskownicą dla amerykańskich i chińskich korporacji, system opieki psychologicznej pozostał gdzieś w okolicach lat 90.
Czas oczekiwania na publiczną wizytę u psychologa w Irlandii pozwala na przeczytanie „Ulissesa”, a na dodatek trzy razy, na głos i po łacinie. W kraju, gdzie kryzys mieszkaniowy sprawia, że za pokój wielkości szafy na szczotkę i mopa płaci się równowartością nerki, dodatkowy stres w pracy jest jak wisienka na torcie zrobionym z lęku. Pracownicy TikToka w Dublinie znajdują się więc w unikalnej sytuacji, ponieważ pracują dla jednej z najbogatszych firm świata, żyją w jednym z najdroższych miast Europy, a ich jedynym wsparciem psychicznym jest prawdopodobnie darmowa owocowa środa i automat z kawą.
Problem polega na tym, że praca w TikToku to nie tylko wrzucanie zabawnych naklejek. To moderacja treści, która polega na oglądaniu wszystkiego, co najgorsze w internecie, abyśmy my nie musieli tego robić. To cyfrowa praca w rzeźni, tyle że zamiast krwi na fartuchu, pracownicy mają traumę w podświadomości.
Związki zawodowe alarmują o „powszechnym kryzysie”, ale firma odpowiada, że dba o pracowników, co jednak można zakwalifikować jako klasyczny korporacyjny wybieg:
- Pracownik zgłasza niepokój.
- Firma wysyła e-mail o dobrostanie.
- Pracownik nadal ma traumę.
- Firma organizuje webinar o tym, jak oddychać.
Wydaje się, że algorytm TikToka jest znacznie bardziej wrażliwy na potrzeby użytkowników niż zarząd firmy na potrzeby ludzi, którzy ten algorytm karmią. Jeśli 8 na 10 osób w biurze TikToka czuje, że zaraz wybuchnie, to może problemem nie jest „brak odporności”, ale fakt, że biuro przypomina cyfrowy łagier z ładnym logo.
***
Drodzy pracownicy TikToka, przestańcie się męczyć! Po co wam te szklane biurowce w Docklands, te darmowe granole i te ciągłe lęki o to, czy algorytm was nie wypluje? Jeśli czujecie, że Wasze zdrowie psychiczne wisi na włosku, a korporacyjna nowomowa o „misji i wizji” powoduje u Was odruch wymiotny, mam dla Was propozycję nie do odrzucenia. Istnieje miejsce, gdzie atmosfera jest nie tylko „miła”, ale wręcz „legendarna”. Miejsce, które w każdym ogłoszeniu o pracę podkreśla swoją przyjazną aurę i dbałość o człowieka.
Tak, dobrze słyszycie. Porzućcie moderowanie szkodliwych treści na rzecz układania świeżych bułeczek. Zamiast walczyć z botami, walczcie z kodami na warzywa (marchewka ma kod 12, to prostsze niż polityka prywatności TikToka!). W Lidlu, Dunnes Stores i innych sklepach, jak głoszą ogłoszenia, czeka na Was „przyjazna i miła atmosfera” oraz zgrany zespół. Tam nikt nie będzie kazał Wam oglądać niepokojących filmów przez osiem godzin dziennie, najwyżej spędzicie ten czas na miłej rozmowie z sąsiadką przy kasie numer trzy.
Pamiętajcie: zdrowie psychiczne jest bezcenne, a praca w dyskoncie przynajmniej nie wymaga instalowania aplikacji, która śledzi każdy Wasz ruch. Czas na prawdziwy „challenge”, zmiana branży na taką, w której uśmiech nie jest wyłącznie filtrem na twarzy.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Jonathan Kemper on Unsplash
