GEOPOLITYCZNA HUCPA, CZYLI JAK DONALD Z IRANEM PODALI POMOCNĄ DŁOŃ ZIELONEMU OBŁĘDOWI – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

GEOPOLITYCZNA HUCPA, CZYLI JAK DONALD Z IRANEM PODALI POMOCNĄ DŁOŃ ZIELONEMU OBŁĘDOWI

Jako wielbiciel teorii spiskowych od czasu do czasu tworzę swoje, bo w zasadzie, kto mi może zabronić, skoro współczesna rzeczywistość stała się tak groteskowa, że nawet najbardziej szalony scenariusz wydaje się przy niej nudnym raportem księgowym. Przyznam się bez tortur, że wcale nie musi być to tak bardzo oderwane od rzeczywistości, bo przecież politycy są w stanie wymyślić wiele dziwnych rzeczy, a ich wyobraźnia w dziedzinie uprzykrzania życia szaremu człowiekowi nie zna granic. Obserwując ten globalny kukiełkowy teatrzyk, trudno nie odnieść wrażenia, że scenariusz pisze pijany szympans z manią wielkości, a my jesteśmy tylko statystami w filmie klasy B, za który musimy sami zapłacić bilety wstępu w cenie złota.

Na świecie toczą się dwie wojny, ale jak się okazało, ta na Ukrainie już się wszystkim znudziła, bo ileż można oglądać te same mapy i słuchać tych samych ekspertów od siedmiu boleści, którzy codziennie zapowiadają przełom, z którego wynika jedynie kolejna prośba o przelew. Publika łaknie nowej krwi, świeżych emocji i lepszych efektów specjalnych. Więc niejaki Trump o wdzięcznym imieniu Donald – z zawodu prezydent, uznał, że rozrusza trochę to całe towarzystwo, żeby znowu było o czym rozmawiać. Nasz ulubiony blondyn z Waszyngtonu, człowiek, który dyplomację traktuje jak casting do reality show, poczuł też, że reflektory gasną, czyli dodał trochę fajerwerków. Jak postanowił, tak zrobił, a i zapowiadał, że „pozamiata” w Iranie i dalej będzie w mniej lub bardziej oczywisty sposób napadał na inne państwa. To przecież amerykańska tradycja – przynieść komuś demokrację na czubku rakiety, a potem dziwić się, że obdarowany jakoś mało entuzjastycznie dziękuje.

No i przestrzelił, bo Iran, jak wyszło na jaw, wcale nie jest jakimś tam państewkiem, a przeciwstawił się potędze Stanów Zjednoczonych, niczym Dawid Goliatowi. Tylko że ten Dawid zamiast procy ma drony, rakiety balistyczne i fanatyczny upór, który sprawia, że amerykańskie lotniskowce wyglądają na wodach Zatoki Perskiej jak drogie zabawki w wannie pełnej piranii. Donald myślał, że to będzie szybka ustawka przy burgerze, tymczasem się okazało, że trafił na przeciwnika, który nie zamierza grać według scenariusza napisanego w Mar-a-Lago.

Kiedy już wszystko szło ustalonym torem, czyli wojska z Ameryki strzelały w Iran, ten także odpowiadał ogniem, ale wykonał także ruch, który zmienił całkowicie całą rozgrywkę, a to nie była zwykła wymiana uprzejmości za pomocą „ołowiu”. Teheran uznał, że skoro Stanom się nie podoba, że jako wolny kraj sprzedają ropę komu chcą, to im się nie spodobało, iż Cieśnina Ormuz dostarcza ropę przyjaciołom ich wroga. Logika iście szlachetna w swojej prostocie, czyli oko za oko, baryłka za baryłkę. Tym samym Iran zablokował ten ważny szlak transportu ropy i gazu, więc teraz mogę zacząć snuć moje przypuszczenia. Tu zaczyna się prawdziwa zabawa, bo nic tak nie pobudza wyobraźni spiskowca, jak widok tankowców stojących w korku większym niż ten na autostradzie M50 przed długim weekendem.

Statki utknęły w portach, pomijam fakt, że Iran zniszczył trochę infrastruktury przemysłu naftowego w innych krajach arabskich, świat wstrzymał oddech, bo nagle komuś przyszło na myśl, że taki krok zagraża całemu światowemu przemysłowi. O rany, co za niespodzianka! Kto by pomyślał, że odcięcie głównej tętnicy, którą płynie krew współczesnej cywilizacji, może spowodować niemałą arytmię serca rynków finansowych? Politycy uspokajali, że może nie będzie aż tak źle, że zaraz się wszystko skończy, a statki ponownie rozpanoszą się na całej Zatoce Perskiej. To klasyczne gadanie dla mas – „proszę się rozejść, nie ma na co patrzeć”, podczas gdy pod nogami płonie nam grunt.

Ciekawie zachowywała się Unia Europejska, która ustami swoich krajowych prezydentów i premierów zapewniała, że blokada Cieśniny Ormuz nie wpłynie istotnie na europejski rynek. Ach, ta brukselska pewność siebie! To samo grono mędrców, które twierdzi, że ślimak to ryba, a marchewka to owoc, nagle stało się ekspertami od logistyki morskiej i energetyki geostrategicznej. No. To właśnie wtedy zaczęły się europejskie wzrosty cen, zaczęto mówić, iż paliwa może brakować, a i ten niewielki wpływ wszyscy widzimy na stacjach paliwowych. „Niewielki wpływ” w języku eurokratów oznacza najwyraźniej, że tankowanie Passata w dieslu zaczyna kosztować tyle, co kolacja z kawiorem na jachcie u wybrzeży Monako.

Skoro jednak wpływ blokady Cieśniny Ormuz miał być nieznaczny, to, czy nie jest to przypadkiem celowa robota określonych kół? Pytanie retoryczne, ale jakże przyjemne w zadawaniu. Jeżeli spojrzeć na to, z czym mamy do czynienia, szybko dojdziemy do wniosku, że Unia Europejska dostała od Donalda Trumpa prezent. Można by rzec, że Donald, w swojej nieświadomej (lub genialnie zaplanowanej) hucpie, stał się najlepszym lobbystą brukselskich elit. Wykorzystując wzrosty cen ropy i gazu na światowych giełdach, państwa unijne użaliły się nad swoimi obywatelami, choć musiało to trochę potrwać, ale w końcu litościwie zaczęły wprowadzać obniżki akcyz i podatków. Jednak łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Ulgi były natomiast nikłe, więc w zasadzie zjadane są przez ruchy cenowe, czyli niby dali, ale zysk z tego jest niezauważalny. To tak, jakby ktoś ukradł ci portfel, ale w ramach rekompensaty oddał ci dwa euro znalezione pod wycieraczką i jeszcze oczekiwał, że podziękujesz mu za hojność.

Zastanówmy się jednak, po co to całe mydlenie oczu, jakie stosuje UE, jest jej potrzebne? Tu dochodzimy do sedna, do tej mrocznej i dusznej komnaty, w której powstają najbardziej niedorzeczne idee naszej ery. Otóż, jeżeli masz walący się Zielony Ład, ludzie nie wierzą ci w żadne słowo, potrzeba jakiejś iskry, która wszystko przywróci na swoje tory. Zielony Ład, ten wielki ideologiczny mastodont, który miał być zbawieniem, a stał się kulą u nogi każdego, kto śmie posiadać piec na węgiel lub samochód starszy niż pięcioletni, zaczął trzeszczeć w szwach. Rolnicy na ulicach, przemysł uciekający do Azji, narastający gniew ludu, a brukselscy komisarze zaczęli już pewnie nerwowo przeglądać oferty pracy w organizacjach charytatywnych. I nagle – bam! Iran blokuje cieśninę. Co za fart!

Szalejące wzrosty cen węglowodorów stały się więc idealną okazją, żeby po pierwsze podreperować budżety, bo pieniądze z akcyz lały się przez kilka tygodni szerokim strumieniem, ale za chwilę odezwali się też pierwsi politycy i tzw. eksperci, którzy uderzyli w ekologiczne bębny. Bo przecież nic tak nie motywuje do kochania ekologii, jak cena paliwa na poziomie 2.20 euro za litr. Tym samym przekonywali, że tylko „wiater” nas uratuje, że słońce dopomoże, więc trzeba budować tych konstrukcji więcej, żeby nas węgiel nie zabił. Słuchając ich, można odnieść wrażenie, że prąd bierze się z magicznego pyłu jednorożców, a jedynym problemem jest to, że mamy za mało wiatraków, które psują krajobraz i mielą ptaki na pasztet.

Co więcej, temat podchwyciły już media głównego nurtu, gdzie jęły pojawiać się obecnie z większą częstotliwością teksty i wypowiedzi „wybitnych” ludzi nauki, że nie możemy opierać się na gazie i ropie. Oczywiście! „Wybitni naukowcy” opłacani z grantów na promowanie „jedynie słusznej drogi” nagle odkryli, że ropa jest ble, a gaz to w zasadzie zło wcielone. Reasumując, ci pajace chcą też dołączyć właśnie oba paliwa do zagrażających życiu planety i docelowo zlikwidować. Tak, proszę państwa, niedługo oddychanie w pobliżu kanistra z benzyną będzie traktowane jak zbrodnia przeciwko ludzkości, a posiadanie butli z gazem na działce stanie się formą terroryzmu środowiskowego.

Mówi się teraz dużo, że tylko odnawialne źródła energii ochronią nas przed kolejnymi przerwami w dostawach paliw, a nawet słychać głosy, iż to właściciele aut elektrycznych są obecnie wygranymi. Tak, ci sami właściciele, którzy zimą modlą się o zasięg do najbliższej ładowarki, a ich jedynym luksusem jest świadomość, że są „lepsi”, bo ich prąd pochodzi z, o ironio, ze spalania ropy i gazu z Zatoki Perskiej oraz USA. To jest ten triumf technologii, ta świetlana przyszłość, w której będziemy wszyscy jeździć odkurzaczami na baterie, o ile akurat wiatr wiał wystarczająco mocno, by je naładować.

Nie wierzę, że w Europie to wszystko jest dziełem przypadku, bo przecież w uszach wciąż brzęczą mi słowa, iż Unia Europejska nie jest uzależniona od ropy i gazu z rejonu Zatoki Perskiej, czyli wpływ będzie na nasze kraje niewielki. Skoro wpływ jest tak mały, to dlaczego moje konto bankowe płacze za każdym razem, gdy mijam stację benzynową? Skoro nie jesteśmy uzależnieni, to dlaczego Bruksela zachowuje się jak narkoman na głodzie, który próbuje nas przekonać, że przydomowa trawa to świetny substytut obiadu? To nie przypadek – to precyzyjnie skrojona strategia. Wykreować kryzys, zwalić winę na Donalda i ajatollahów, a potem zaproponować „jedyne słuszne rozwiązanie”, które polega na tym, że będziemy biedni, ale za to bardzo ekologiczni.

Tak patrzę sobie na Irlandię, która od kilku dni stoi w proteście, a rząd się zwija w konwulsjach, jak to wszystko uspokoić, a może nawet wytłumaczyć Brukseli, że muszą się poddać i wygranymi będą mieszkańcy Zielonej Wyspy. Irlandczycy, naród niegdyś bitny, dziś uwięziony w biurokratycznej pułapce, zaczynają rozumieć, że ich Zielona Wyspa wcale nie musi oznaczać wyspy rządzonej przez „zielonych” szaleńców. Rząd w Dublinie próbuje uprawiać dyplomatyczną gimnastykę artystyczną, starając się zadowolić panów z UE i jednocześnie nie zostać wywiezionym na taczkach przez własnych obywateli. To widowisko godne najlepszego teatru absurdu.

Wszystko to układa się w jedną, logiczną całość. Donald Trump rzuca zapałkę, Iran dolewa oliwy do ognia, a Unia Europejska, zamiast gasić pożar, piecze przy nim swoje ideologicznie zielono-ładowane kiełbaski. Mechanizm jest prosty: sprawić, by życie oparte na tradycyjnych źródłach energii stało się tak nieznośnie drogie i skomplikowane, żebyśmy sami, na kolanach, błagali o instalację fotowoltaiczną na głowie. To nie jest teoria spiskowa – to jest spiskowa, ale praktyka.

Kiedy więc następnym razem usłyszycie w telewizji kolejnego eksperta z siwizną na głowie i w modnych okularach, który z troską w głosie będzie opowiadał o konieczności odejścia od ropy, przypomnijcie sobie Cieśninę Ormuz. Przypomnijcie sobie Donalda Trumpa, który chciał tylko „pozamiatać”. A przede wszystkim przypomnijcie sobie, że w tym całym cyrku to my jesteśmy tymi, którzy mają skakać przez płonące obręcze, podczas gdy treserzy w Brukseli liczą zyski z naszych podatków.

Cieszy mnie tylko jedno, że jako wielbiciel teorii spiskowych mam rację częściej, niż ci spece z Brukseli, by chcieli. Bo świat nie kończy się na blokadzie jednej cieśniny, ale może się skończyć na blokadzie zdrowego rozsądku, którą zafundowali nam nasi umiłowani liderzy. I to jest dopiero prawdziwy spisek, przy którym Trump i jego rakiety to tylko niewinna zabawa w piaskownicy.

Bogdan Feręc

Grafika wygenerowane przez AI

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Protesty rozlewają
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.