Kolejny cel USA, czyli globalna gra o dominację
Analiza polityki USA wobec Iranu i przyszłej „operacji kubańskiej” wydaje się po ostatnim przemówieniu prezydenta Donalda Trumpa jasna, a poniekąd dotyczy też Europy, o ile dostrzeżemy sygnały płynące z Waszyngtonu.
W przemówieniu wygłoszonym na forum inwestycyjnym w Miami prezydent Donald Trump jednoznacznie dał do zrozumienia, że po opanowaniu sytuacji w Iranie Stany Zjednoczone nie zamierzają kończyć ekspansywnej fazy swojej polityki zagranicznej. „Następna będzie Kuba” – rzucił mimochodem, by potem prosić media, by tego „nie zapisywały”. Mimo retorycznej wpadki słowa nie padły w próżnię, bo są kontynuacją serii działań Waszyngtonu, które w ostatnich miesiącach wyglądają mniej, jak dyplomacja, a bardziej, jak strategiczne przeobrażanie globalnej mapy sił.
Administracja USA narzuciła twardą linię wobec Iranu, dbając, jak twierdzi, o bezpieczeństwo żeglugi i stabilność regionu poprzez presję na Teheran, by m.in. udrożnić przepływ przez Cieśninę Ormuz. Równolegle amerykańskie działania militarne w Wenezueli doprowadziły do obalenia Nicolasa Maduro, co odcięło kluczowe dostawy ropy do Kuby i przyspieszyło upadek gospodarki wyspy. To nie przypadek, ponieważ blokada importu surowców, wywoływanie konfliktów i przejmowanie kluczowych przywódców to instrumenty narzucane przez Waszyngton w imię nowego, ale i surowego „porządku międzynarodowego.
W obliczu kryzysu energetycznego i gospodarczego, jaki ogarnął Kubę od blackoutów po gwałtowne cięcia importu ropy, Trump i jego specjaliści od strategii widzą możliwość wykorzystania tych słabości do osiągnięcia własnych celów. Już teraz przymuszają Hawanę do dialogu, grożą sankcjami krajom wspierającym kubański import paliw i sugerują, że reżim jest „na krawędzi upadku”.
Nie jest to jedynie retoryka o globalnej dominacji, a bardziej kalkulacja geopolityczna bazująca na kilku filarach:
1. Osłabienie przeciwników i reżimów, które potencjalnie mogą blokować interesy USA – od Iranu, przez Wenezuelę, po Kubę.
2. Transformacja regionalnych sojuszy i ingerencja w dotychczasowe strefy wpływów – przerwanie łańcucha wsparcia między Caracas a Hawaną to nie tylko ekonomia, to polityczna izolacja przeciwników Waszyngtonu.
3. Budowa strategicznych „ram kontroli” nad kluczowymi obszarami świata, które mogłyby służyć jako zaplecza do potencjalnych konfrontacji z innymi potęgami, takimi jak Rosja i Chiny.
W tej grze regiony, które kiedyś uważane były za peryferia supermocarstw, nagle stają się usytuowanymi na ścieżce bezpośredniego wpływu. Kontynent amerykański miał być tradycyjnie „strefą wpływów” USA, a dziś scenariusz, w którym Waszyngton narzuca swoją wolę w Hawanie, wydaje się nie tylko możliwy, ale i w toku.
***
Na marginesie tej twardej gry warto rzucić okiem na stanowisko think tanku Strategy & Future. Ich zdaniem, co może brzmieć prowokacyjnie, ale jednocześnie logicznie w świetle amerykańskiej strategii, po podporządkowaniu sobie Iranu i Kuby kolejnym krokiem mogłaby stać się Europa jako przestrzeń pełnej kontroli sprawowanej przez Waszyngton. Kontynent ten, ich zdaniem, słabnie pod wieloma względami, w tym ekonomicznie i technologicznie. Nie ma nadmiaru bogactw mineralnych, które mogłyby uczynić go atrakcyjnym celem surowcowym, ale za to jest gigantycznym rynkiem zbytu i strategicznym „przedmurzem” w ewentualnej konfrontacji z Rosją. Choć prawdziwym ciężarem amerykańskiej geopolityki początku XXI wieku pozostaje wyzwanie ze strony Chin, to Europa, sterowana lub przynajmniej mocno zapatrzona w amerykański kierunek, stanowiłaby dla USA idealny bastion wpływów na półkuli północnej.
Nie dziwiłbym się temu wcale, bo taka gra jest jak szachy w czasie, gdy wszyscy patrzą w tym samym kierunku, ale wygra ten, kto ma więcej pionów i jak kontroluje centrum planszy. I to właśnie jest sedno obecnej strategii Stanów Zjednoczonych, więc dominować tam, gdzie inni widzą tylko chaos.
***
Najciekawszy jest jednak w tym wszystkim spokój i opanowanie Chin, które właściwie nie włączają się w widoczny proces walki z USA. Wciąż jednak kontrolują wydarzenia na świcie, dostosowują swoją strategię ekonomiczną, a co najważniejsze, nie osłabiają swojej potęgi militarnej, wciąż ją wzmacniając. Istotne jest również, że Pekin postawił na wzrosty gospodarcze, więc, zamiast rozwadniać swoje interesy, zaczął je konsolidować. To trochę inna sytuacja, niż ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, bo te starają się przymusić do kooperacji z ich gospodarką, w to może obrócić się przeciwko nim.
Nie można przecież wykluczyć, że w pewnym momencie kluczowi dla USA gracze powiedzą, iż dość mają już polityki ekonomicznej Waszyngtonu i zwrócą się w stronę Chin, a i „przeproszą” się z Federacją Rosyjską. Co wówczas stanie się w USA? Tego raczej nie trzeba nikomu wyjaśniać.
Bogdan Feręc
Źr. Reuters
Fot. The White House
