Limit lotniskowy może wywindować ceny biletów
Irlandia stoi dziś przed lotniczym paradoksem, bo jedno z najbardziej zatłoczonych lotnisk Europy bije rekordy pasażerów, a jednocześnie wisi nad nim widmo ograniczeń, które mogą przycisnąć branżę do ziemi. A kiedy linie lotnicze zaczynają mówić jednym głosem, że będzie drożej – warto ich słuchać, bo w tej orkiestrze fałszywych nut raczej nie grają.
Aer Lingus nie owijało dziś w bawełnę przed Komisją Transportu Oireachtas i dyrektor naczelna Lynne Embleton określiła obowiązujący limit 32 mln pasażerów na lotnisku w Dublinie jako „historyczny anachronizm”. Z tym, że ten anachronizm może nie tylko zatrzymać rozwój portu, ale wręcz wywołać „bardzo znaczące cięcia w przepustowości” już w przyszłym roku. Cięcia oznaczają natomiast jedno, czyli droższe bilety. Embleton powiedziała to wprost, że pełne przywrócenie limitu zaburzyłoby relację podaży i popytu, a to natychmiast podbiłoby ceny lotów. Jeśli lotów jest mniej, a chętnych tylu co zawsze, to wiadomo, kto musi zapłacić różnicę, więc zrobi to pasażer.
W zeszłym roku przez lotnisko w Dublinie przewinęło się 36,4 mln pasażerów, znacznie powyżej limitu z 2007 r., który został zawieszony przez Wysoki Trybunał. Sprawa trafiła do Trybunału Sprawiedliwości UE i dopóki nie zapadnie wyrok, żyjemy w prawnej próżni. Embleton twierdzi, że gdyby teraz wymusić powrót do 32 mln pasażerów, lotnisko musiałoby odciąć aż 4,4 mln miejsc, a ponad 12% obecnego ruchu, więc nie będzie to kosmetyka, a brutalne cięcie skrzydeł całemu sektorowi.
Dyrektor Aer Lingus ostrzega, że opóźnianie ustawy znoszącej limit IAA ogłoszone zostanie w październiku, a to decyzja, której potem nie da się cofnąć. Wtedy na sezon letni 2027 linie musiałyby zaciskać pasa, a pasażerowie – portfele.
Aer Lingus to nie jedyny przewoźnik bijący na alarm. Ryanair w swoim stylu bardziej dobitnie twierdzi, że przywrócenie limitu oznacza po prostu mniej lotów i wyższe ceny biletów. Eddie Wilson, szef Ryanaira informuje parlamentarzystów, że ograniczenia z 2007 r. są „niezgodne z prawem” i stoją w sprzeczności z umową UE–USA o otwartym niebie. Według prezentacji przygotowanej dla komisji, argumenty dotyczące hałasu, zgłaszane przez mieszkańców okolic lotniska, to „fałszywe” pretensje, a, jak zgrabnie to ujął, „nimby nie mogą blokować krajowego rozwoju”.
Co jeśli limit zostanie utrzymany? Ryanair ostrzega, że Irlandia straci nowe samoloty, kierunki do Wielkiej Brytanii i innych państw UE, a sam Dublin będzie wyglądał jak lotnisko, które samo sobie podłożyło nogę.
Rząd zatwierdził już projekt ustawy znoszącej limit. Problem w tym, że proces legislacyjny i oceny środowiskowe mogą wlec się miesiącami, a luka czasowa jest wyjątkowo wąska. Embleton podkreśla, że ustawa musi wejść w życie błyskawicznie, bo tylko wtedy minister będzie mógł formalnie wydać konieczne rozporządzenie. Jak podkreśla, linie lotnicze chcą jasności teraz, nie za rok czy dwa, bo przepustowość na lato 2027 ustala się już tej jesieni.
Nie chodzi tu o abstrakcyjny przepis z odległego 2007 roku. Chodzi o to, czy Dublin utrzyma tempo rozwoju, czy stanie się lotniczym korkiem, który wywoła efekt domina, czyli mniej połączeń, mniejsza konkurencja, droższe loty, mniej inwestycji, słabsza gospodarka. Aer Lingus mówi, że brak szybkich regulacji to „katastrofalny wpływ na łączność”, a Ryanair dodaje, iż „mniej lotów, wyższe ceny biletów”.
Pamiętajmy jednak, że oba podmioty często rywalizują o pasażera, ale w tej sprawie mówią jednym tonem. Limit lotniskowy stał się tykającą bombą, którą ktoś musi w końcu rozbroić, a dopóki to nie nastąpi, każdy podróżny powinien szykować się na jedną, prostą prawdę, że im mniej miejsca na lotnisku, tym więcej zapłacimy, zanim w ogóle oderwiemy się od ziemi.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Stroopsniper Lenn on Unsplash
