Zielona Wyspa na czerwonym kursie? Irlandia ma dość starej gry
Irlandzka polityka przez dekady przypominała dobrze znany spektakl, więc te same twarze, te same role, zmieniają się tylko dekoracje. Dwie partie – Fianna Fáil i Fine Gael – raz po raz przejmowały stery, tworząc system, który dla wielu wyborców stał się czymś więcej niż stabilnością. Stał się stagnacją.
Dziś jednak na horyzoncie widać zmianę, nie tę, którą sugeruje obraz, czyli drogę leninizmu, nie gwałtowną rewolucję, lecz powolny, ale wyraźny skręt w lewo. Partie lewicowe zaczynają mówić jednym głosem, a co ważniejsze, coraz więcej ludzi niestety zaczyna ich słuchać. Na konferencji w Dublinie Richard Boyd Barrett nie owijał w bawełnę i jego zdaniem istnieje realna szansa na pierwszy w historii rząd lewicowy w Irlandii. Jeszcze kilka lat temu brzmiałoby to jak polityczna fantazja. Dziś, bardziej jak scenariusz, którego nie da się już zbyć wzruszeniem ramion.
Lewica, skupiona m.in. wokół People Before Profit buduje narrację prostą i chwytającą za gardło, że państwo zawiodło w sprawach najbardziej podstawowych. Mieszkania – kryzys, koszty życia – rosną szybciej niż cierpliwość społeczeństwa, a neutralność Irlandii – pod znakiem zapytania i to nie są abstrakcyjne debaty – to codzienność, która uwiera jak kamień w bucie.
Co istotne, nie chodzi już tylko o krytykę. Lewica mówi o „zjednoczonym froncie” i próbie sklejenia rozproszonych sił w jedną polityczną alternatywę. Kampania Catherine Connolly pokazała, że taki eksperyment może działać, więc nadchodzące wybory uzupełniające mają być kolejnym testem: czy wyborcy rzeczywiście chcą czegoś nowego, czy tylko narzekają przy kuchennym stole.
Głos zabierają też inni i Paul Murphy wskazuje na kontekst globalny, więc wojny, rosnące ceny energii, system gospodarczy uzależniony od paliw kopalnych. W jego narracji to nie przypadek, lecz problem świata, w którym zysk wygrywa z człowiekiem. Mocne słowa, ale trafiają w moment, gdy rachunki za paliwo i prąd przestają być tylko liczbami, a stają się realnym ciężarem. Jeszcze ostrzej mówi Ruth Coppinger, łącząc politykę krajową z globalnymi sporami i wzywając do symbolicznych działań, które mają odbić się szerokim echem. To pokazuje, że lewica nie zamierza grać zachowawczo i stawia na emocje, na wyrazistość, na konflikt, bo wie, że bez tego nie przebije się przez mur przyzwyczajeń.
A ten mur jest solidny, choć Fianna Fáil i Fine Gael wciąż mają struktury, doświadczenie i wyborców, którzy cenią stabilność bardziej niż eksperymenty. Dla wielu Irlandczyków zmiana władzy to nie tylko nadzieja, ale i ryzyko, a ryzyko nigdy nie sprzedaje się łatwo. Mimo to coś się przesuwa. Nastroje społeczne przypominają przypływ, na razie spokojny, ale konsekwentny. Ludzie są zmęczeni rosnącymi kosztami życia, kryzysem mieszkaniowym i poczuciem, że polityka kręci się w kółko i w tej przestrzeni zmęczenia lewica upatruje swojej szansy.
Pytanie jednak brzmi: czy potrafi ją wykorzystać, bo historia zna wiele momentów, gdy gniew społeczny był ogromny, ale kończył się… niczym. Rozproszony, nieskoordynowany, rozmieniony na drobne. Irlandia stoi dziś na rozdrożu i może dalej iść utartą ścieżką, bezpieczną, przewidywalną, trochę już wydeptaną do granic sensu albo spróbować czegoś nowego, z całym bagażem ryzyka, jaki to niesie.
Jedno jest pewne, że stare porządki już nie mają tej samej siły przyciągania, a gdy znika przyzwyczajenie, polityka zaczyna się naprawdę.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
