Ostatni owocowy czwartek
Był taki czas, całkiem niedawno, kiedy szczytem cywilizacyjnego sukcesu było siedzieć w biurze, bo to ciepło, herbata w kubku, owocowe czwartki i poczucie, że oto człowiek oderwał się z fizycznego motłochu, ze świata młotków, pyłu i zmęczonych, twardych dłoni. Klawiatura stała się berłem, ekran był tronem, a garnitur, identyfikator na smyczy i karta dostępu były współczesnym herbem rodowym. Ci, którzy potrafili „klepać w komputer”, patrzyli z góry na tych, którzy klepali tynk, jakby żyli w różnych epokach, choć dzieliła ich tylko szerokość jednej ulicy.
Biuro było obietnicą stabilności, klimatyzacja szumiała jak kołysanka, a rytm dnia wyznaczały spotkania, raporty i kawa pita bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby i nawet zmęczenie było czyste, niemal szpitalnie sterylne. Człowiek wracał do domu z bólem karku, a nie z pękniętą skórą na dłoniach. To wydawało się postępem, to miało być zwycięstwo.
Dziś berło pęka w palcach.
Spirala zwolnień właśnie się rozkręca, choć wciąż mówi się o niej półgłosem, używając miękkich słów w rodzaju „restrukturyzacja”, „optymalizacja”, „transformacja cyfrowa”, ale choć te słowa brzmią jak niewielki remont, w istocie oznaczają rozbiórkę. Za każdym razem, gdy firma ogłasza, że „upraszcza procesy”, oznacza to, że gdzieś ktoś przestaje być potrzebny. Nie dlatego, że zrobił coś źle, ale dlatego, że istnieje coś, co zrobi to szybciej i taniej. Prezesi zrozumieli coś fundamentalnego, że sztuczna inteligencja nie choruje, nie negocjuje pensji, nie bierze urlopu i nie pyta o sens pracy po godzinach. Nie zakłada związków zawodowych, nie ma dzieci, które trzeba odebrać z przedszkola, nie ma zmęczenia ani buntu. Jest za to narzędziem absolutnie posłusznym, czyli pracownikiem idealnym, bo nie jest pracownikiem wcale.
Najpierw przyszli po maklerów, a ci jeszcze niedawno byli symbolem finansowej elity. Czerwone krawaty, szybkie telefony, głos pełen pewności siebie. Jednak był to człowiek, który musiał wybrać numer, przekonywać, tłumaczyć, budować relację, obiecywać przyszłość, której sam nie mógł być pewien. Algorytm nie obiecuje, on wysyła komplet danych w jednej sekundzie do setek tysięcy ludzi. Analizuje ryzyko szybciej, niż człowiek zdąży poprawić mankiet, a decyzja zapada jednym kliknięciem. Czerwone krawaty znikają z Wall Street jak gatunek, który przegapił zmianę klimatu, bo wierzył, że zawsze będzie lato.
Potem przyszli po tych wszystkich, którzy wierzyli, że ich zawód jest „bezpieczny”, bo wymaga wykształcenia, egzaminów, certyfikatów i lat wyrzeczeń. Prawników, księgowych, programistów, dziennikarzy, fotografów, muzyków, czyli każdego, kto pracuje w świecie czystej informacji. Informacja to nic innego, jak środowisko naturalne dla sztucznej inteligencji i nie musi się pocić, nie ma oporu materii, jest u siebie.
Najbardziej gorzki jest jednak moment przejściowy, bo nie ma w nim dramatycznego gestu ani otwartej konfrontacji. Jest za to uśmiech przełożonego i zapewnienie, że nowe narzędzie pomoże w pracy, że odciąży, że pozwoli skupić się na „bardziej kreatywnych zadaniach”. Pracownik siada więc posłusznie i pokazuje maszynie każdy ruch, każdy skrót, każdy schemat myślenia. Karmi ją własnym doświadczeniem, przekazuje jej swoje zawodowe DNA, więc uczy ją samego siebie. A kiedy proces się kończy, dowiaduje się, że właśnie zakończył szkolenie własnego następcy.
To nie dzieje się wyłącznie w gigantycznych korporacjach, gdzie tysiące ludzi są tylko numerami w arkuszu kalkulacyjnym. Mniejsze firmy równie uważnie patrzą i uczą się szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał. Wdrażają sztuczną inteligencję ostrożniej, ciszej, niemal niezauważalnie. Tam nie ma wielkich ogłoszeń, bo jest pojedyncze stanowisko, które znika. Potem kolejne, a następnie całe działy, które przestają istnieć, choć firma nadal działa, a nawet rozwija się szybciej niż wcześniej.
Wielu może mieć nadzieję, że nie skończy na wiecznym bezrobociu, bo ucieknie do zawodów manualnych. Weźmie do ręki młotek, pędzel i poziomicę, więc tam wciąż jest miejsce dla człowieka. Malarz, tynkarz, fryzjerka, „śmieciarz” czy stolarz budujący szafę na wymiar nie muszą jeszcze oglądać się przez ramię. Ich praca ma ciężar, zapach i fakturę, wymaga także obecności ciała, bo maszyna wciąż nie potrafi wejść po wąskich schodach starej kamienicy i dopasować drzwi, które nigdy nie były proste. Specjalista od sklejania witraży także może spać spokojniej niż specjalista od przeglądania danych giełdowych.
Tu natomiast liczy się czas, bo nawet te przystanie zaczynają się zapełniać. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj tworzyli raporty, dziś uczą się trzymać narzędzia, a rynek, który przez lata narzekał na brak rąk do pracy, nagle zaczyna mieć wybór. Sprzeczność jednak polega na tym, że im więcej osób ucieka z biur, tym mniej miejsca zostaje dla tych, którzy uciekają, więc trudniej będzie im znaleźć miejsce, w którym będą mogli się „zaczepić”.
Spójrzmy na całkiem niedawne wydarzenia, a nawet wciąż trwające, bo powrót do biur, który tłumaczono troską o kulturę organizacyjną i integrację zespołów, nabiera nowego znaczenia. Człowiek siedzi przy biurku, a maszyna patrzy mu przez ramię, analizuje każdy ruch myszy, każdą decyzję, każdy odruch. Uczy się rytmu jego pracy, uczy się go lepiej, niż człowiek kiedykolwiek sam rozumiał siebie i swoje gesty przy klawiaturze. Kiedy już wszystko zrozumie, człowiek może spakować kubek, odpiąć identyfikator i zabrać ostatnie zdjęcie z wakacji przypięte do monitora, a wtedy ochrona odprowadzi go do drzwi. Czy firma, którą opuści specjalista do obróbki danych wówczas upadnie? Nie, ona nie upada, a wręcz przeciwnie, działa lepiej niż kiedykolwiek.
Właściciele przedsiębiorstw nie potrzebują już przekonywania, gdyż widzą liczby, widzą także oszczędności i przyszłość, w której koszty maleją, a wydajność rośnie. Człowiek, który przez dekady był fundamentem organizacji, nagle staje się kosztem, który można usunąć, stał się w dobie sztucznej inteligencji balastem, który spowalnia ruch.
Co w tym wszystkim najciekawsze, nawet stanowiska dyrektorów i menedżerów, którzy „restrukturyzują” przedsiębiorstwa, również nie są bezpieczne. Zarządzanie procesami, analizowanie danych, ale też podejmowanie decyzji, wszystko to można sprowadzić do wzorców, a wzorce są językiem maszyn. Hierarchia, która przez lata była drabiną ambicji, może okazać się tylko rusztowaniem, które zostanie rozebrane, gdy budowa taniej produkcji i nieobciążania procesów ludźmi już się zakończy.
Największą ofiarą tej zmiany może stać się, a właściwie nie, bo stanie się z pewnością klasa średnia, więc ludzie, którzy zbudowali swoje życie na przekonaniu, że wiedza i wykształcenie są gwarancją bezpieczeństwa. Kredyty, plany, stabilność, właśnie to opierało się na założeniu, że ich praca jest komuś potrzebna. Tymczasem może się okazać, że jedyną umiejętnością, jaką posiadają, jest obsługa narzędzia, które już ich nie potrzebuje, a potem wydarzy się coś, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe…
Biurowce opustoszeją, te szklane wieże, które były pomnikami epoki klawiatury, przestaną świecić nocą. Windy będą jeździć rzadziej, cisza zajmie miejsce szumu klimatyzacji i te same przestrzenie zostaną przerobione na mieszkania. Dokładnie w tych samych oknach, przy których kiedyś siedzieli analitycy i księgowi, zamieszkają sprzedawczynie, dekarze, złote rączki i sprzątaczki dworców, co oznacza ludzi, których pracy nie da się jeszcze teraz zamknąć w kodzie.
Rozwój technologiczny ludzkości zatoczy w ten sposób koło, którego nikt chyba jeszcze przed dekadą nie planował. Ci, którzy kiedyś patrzyli z góry, będą patrzeć z dołu, ci, którzy pracowali rękami, okażą się ostatnimi strażnikami świata, w którym człowiek wciąż jest potrzebny nie dlatego, że potrafi myśleć jak maszyna, ale dlatego, że jest człowiekiem.
Odnoszę coraz częściej wrażenie, że ostatni owocowy czwartek już się odbył. Światło w biurowej kuchni wciąż się jeszcze pali, ale nikt nie wie, kto włączy je po raz ostatni. To tak trochę, jak na Titanicu, kiedy tonął, a orkiestra wciąż grała.
Bogdan Feręc
