Zanim na dobre się zaczęła… Don’t cry for me Argentina?
Nie ma nic bardziej zabawnego niż widzieć, jak wielcy polityczni gracze potykają się o własne sznurowadła. Wystarczy przecież spojrzeć na pokój pełen zadufanych urzędników, gdzie Berlin gwarantuje, że umowa Mercosur to brama do nowych rynków, Bruksela śpiewa pieśń liberalizacji handlu, a reszta Europy kiwa głowami, jakby to była opowieść o świętym Graalu. A tymczasem rzeczywistość, ostra jest jak irlandzki wiatr, więc zderza się z tą utopią z hukiem.
W styczniu tego roku Unia Europejska podpisała porozumienie handlowe z krajami Mercosur – Argentyną, Brazylią, Paragwajem i Urugwajem, a stało się to po 25 latach negocjacji, co samo w sobie jest zabawne, że do podpisania jednej, choć rozbudowanej umowy, potrzeba UE aż ćwierć wieku. Brzmi to wszystko jak niekończąca się saga, ale od pierwszego podpisu umowa ta jest bardziej jak bajka opowiadana przy kominku. Pierwszy front oporu nie pojawił się jednak w Buenos Aires, tylko na polach Francji i Polski, gdzie rolnicy ruszyli traktorami niczym średniowieczni obrońcy murów. Ich argument to tanie mięso i produkty rolne z Ameryki Południowej mogą zniszczyć lokalne gospodarstwa, bo konkurują z nimi nie tylko ceną, ale i innymi standardami.
Do tego dochodzą rozgrywki polityczne. Parlament Europejski postanowił wysłać tę umowę do Trybunału Sprawiedliwości UE, co może opóźnić jej wejście w życie o lata. Przeciwko traktatowi protestują Francja, Polska i Węgry, a premier Węgier Viktor Orbán mówi nawet, że nie pozwoli na ratyfikację, dopóki jest przy władzy, podpierając tym samym rolników i ich gniew wobec Brukseli.
I wtedy wchodzi do gry ciekawy twist, który mógłby być hitem politycznego dramatu, czyli Stany Zjednoczone. Zamiast czekać, aż Unia Europejska upora się z własnymi rozterkami, Waszyngton właśnie podpisał z Argentyną umowę, która gwarantuje preferencyjny dostęp na rynek amerykański m.in. dla produktów mięsnopochodnych oraz uprzywilejowane traktowanie amerykańskich maszyn oraz samochodów. To nie jest jednak zwykła umowa handlowa, a geopolityczna partia szachów, w której Ameryka Południowa, od dawna arena amerykańskich wpływów, wraca pod silniejszą egidę USA, a Europa wygląda, jakby wciąż zdawała egzamin z podstaw geografii politycznej. W tym scenariuszy handel UE-Mercosur przestaje być tylko ekonomią, staje się narzędziem globalnych wpływów.
Niektórzy mówią, że Unia Europejska wprowadziła „bezpiecznik” dla rolników, mechanizm ochronny, który pozwala reagować na nagły wzrost importu i dbać o rynek wewnętrzny, co teoretycznie może być krokiem, który łagodzi straty. Jednak w ocenie ogólnej trzeba stwierdzić, że to wciąż kroplówka na barki, które i tak są nadwyrężone.
Tu z kolei do gry wchodzi właśnie Polska i nie jako prowincjonalny uczestnik cichego konsensusu, ale jako kraj, który krytykował umowę, choć rząd przestraszył się nacisków Niemiec i rejterował się ucieczką. Polska domagała się jednak większego poziomu ochrony rolnictwa i procedur prawnych, a w świetle obecnego chaosu można powiedzieć, że polska postawa zawierała w sobie więcej szczęścia niż rozumu”, a może nawet stała się bardziej wyczuciem realiów, które właśnie zaczynają się ujawniać.
*
Rzeczywistość globalnego handlu nie zna sentymentów i każda umowa handlowa to nie tylko liczby, ale żywe interesy ludzi, gospodarstw, społeczności. Pycha Berlina i arogancja Brukseli, która myślała, że może pchać temat siłą, jakby to była kolejna rezolucja klimatyczna, dziś odbija się jak echo w pustej sali negocjacyjnej.
Czy to koniec Mercosur? Nie do końca, bo umowa nadal istnieje, czeka na ratyfikację i stoi w ogniu sprzeciwu, ale to, co miało być triumfem liberalnej Europy, zamienia się w lekcję pokory, ponieważ geopolityka nadal rządzi, a ideologiczne konstrukty często padają przed twardą logiką narodowych interesów, głównie amerykańskich.
Piszę to z gorzkim uśmiechem, ale Unia Europejska kolejny raz dostała z otwartej dłoni od Ameryki w pysk, a i musiało to ją zaboleć, bo z gry usunięto jedno z państw Mercosur. Teraz należy jeszcze poczekać, co stanie się w przypadku Brazylii, a jak wiadomo, Trump jej nie odpuści. Jednak skoro Argentyna została w pewien sposób wyeliminowana, może Unia Europejska gremialnie powinna powiedzieć… Don’t cry for me Argentina?
Bogdan Feręc
Źr. DW/The Guardian/Reuters
Photo by Angelica Reyes on Unsplash
