Europa w 11 kolorach, czyli jak zrobić z domu mikro-sortownię
Są pomysły, które pachną porządkiem i są takie, które pachną nadgorliwością w sterylnym garniturze. Propozycja unijnego systemu segregacji odpadów, oparta na koncepcji aż jedenastu frakcji, dryfuje niebezpiecznie w stronę tej drugiej kategorii. Na papierze wygląda jak triumf racjonalności, ale w praktyce, jak plan logistyczny dla laboratoriów NASA, tylko że realizowany w blokowiskowej kuchni o powierzchni sześciu metrów kwadratowych.
Owszem, dziś nikt oficjalnie nie mówi: „Każdy obywatel ma mieć 11 koszy w domu”, bo formalnie mowa jest o klasyfikacji materiałów, piktogramach i harmonizacji systemów. Tyle że każdy, kto choć raz widział, jak regulacje rozrastają się jak drożdże w ciepłej wodzie, wie jedno, jeśli system przewiduje 11 kategorii, prędzej czy później zacznie to żyć własnym życiem w realnym świecie.
Problem jest banalny, a chodzi o przestrzeń. Pod wieloma domami jednorodzinnymi nie ma miejsca na taką baterię pojemników. Na osiedlach z blokami czy wieżowcami sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Tam każdy dodatkowy kontener to walka o metry kwadratowe, które już dziś są na wagę złota, a przecież urbanistyka nie powstała z myślą o śmieciowej orkiestrze w jedenastu tonacjach.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na zaplecze technologiczne. Sortownie odpadów w całej Europie, także w Polsce, już kilka lat temu wyłożyły gigantyczne pieniądze na nowoczesne linie sortujące. Maszyny, które potrafią rozdzielać odpady z chirurgiczną precyzją. Problem w tym, że część tych mocy przerobowych już dziś nie jest w pełni wykorzystywana. System kaucyjny na puszki i butelki wyciął z odpadów sporą część najłatwiejszego i najbardziej wartościowego surowca. Efekt? Technologie stoją, amortyzacja biegnie, a rachunek i tak trafia do mieszkańca.
Zwolennicy zmian powiedzą, że chodzi o zwiększenie poziomu recyklingu, o gospodarkę obiegu zamkniętego, o ułatwienie życia konsumentom poprzez jasne oznaczenia. I tak – to są cele racjonalne, ale tu pojawia się też kolejny problem, a wówczas, gdy odpowiedzialność za system przesuwa się z poziomu infrastruktury i przemysłu na poziom kuchennego kosza przeciętnego człowieka.
Prawda jest jednak taka, że większość ludzi już dziś myli frakcje. Nie z głupoty, a z życia, z pośpiechu, z chaosu codzienności i dodanie kolejnych kategorii może nie zwiększyć recyklingu, może natomiast zwiększyć frustrację oraz ilość odpadów trafiających do zmieszanych, czyli dokładnie odwrotnie niż zakłada teoria.
Unia Europejska w dezorganizacji, jak ją od dłuższego czasu nazywam, usilnie chce uporządkować system oznaczeń, wprowadzić w całej Europie jednolite piktogramy, zwiększyć skuteczność odzysku surowców. I to brzmi sensownie, jeżeli zapomnimy, że chce i prowadzi nas do federalizacji Europy. Tyle że historia wciąż nam przypomina, że gdy biurokracja zaczyna układać świat w zbyt wiele kolorowych przegródek, rzeczywistość lubi się zbuntować.
Europa może nawet potrzebuje skutecznego recyklingu, ale jeszcze bardziej potrzebuje myślenia, a także systemów, które działają nie tylko w raportach ekspertów i prezentacjach PowerPoint, lecz jednocześnie w ciasnej kuchni na czwartym piętrze, między czajnikiem a koszem na ziemniaczane obierki.
Cywilizacja rozwija się najlepiej wtedy, kiedy technologia bierze na siebie ciężar komplikacji, a człowiek dostaje prostotę. Gdy zaczyna się robić odwrotnie, pojawia się chaos, a ten, nawet jeśli jest posegregowany na jedenaście frakcji, nadal pozostaje chaosem. Oczywiście powie ktoś, że znowu się czepiam, że nadinterpretuję, że jestem źle nastawiony do unijnych pomysłów. To prawda, bo widzę, jak krok po kroku – odbiera się nam w Unii Europejskiej swobody obywatelskie – poprzez 11 śmieciowych frakcji również.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
